“Tadeusz” organizuje Ruch

Już od dłuższego czasu pisze się i mówi, że Tadeusz Rydzyk zamierza zorganizować własne siły polityczne, swoje polityczne “zbrojne ramię”. Ponoć pod jego auspicjami już w styczniu tego roku zostało zorganizowane w Łodzi spotkanie grupy inicjatywnej, mające powołać zręby nowej, katolicko - narodowej partii. Miałoby się to nazywać Ruch Narodowy i lokować się politycznie na prawo od Prawa i Sprawiedliwości. Na spotkaniu 13 stycznia obecni byli między innymi Urszula Krupa - prawa ręka Rydzyka w Parlamencie Europejskim, a także Dariusz Grabowski, Bogdan Pęk i inni.
I słowo stało się ciałem. W niedzielę już oficjalnie ogłoszono powstanie Ruch Przełomu Narodowego, pod kierownictwem Jerzego Roberta Nowaka. Ma to być na razie nie partia - tylko ruch społeczny, ale skądinąd wiadomo, że dla pozyskiwania funduszy i uniknięcia kontroli finansowania tego rodzaju działalności - taka formuła, przynajmniej na początku jest wielce wygodna. Organizacja zarejestrowana oficjalnie 10 czerwca, posiada 28-osobowy komitet założycielski, w kilkudziesięciu ośrodkach pełnomocnicy tworzą struktury terenowe. I ma to być organizacja dla milionów…
Tadeusz Rydzyk zmaterializował więc swoje ambicje polityczne, uznał, że tyle razy został już “zdradzony” przez Jarosława Kaczyńskiego - że nie może mu wierzyć, szczególnie jeżeli chodzi o zabezpieczenie jego interesów.
Alternatywny świat Jarosława K.

To, że Jarosław Kaczyński i jego zwolennicy żyją w świecie iluzji, spisków i negacji wszystkiego, co nie powstało w głowie Genialnego Stratega - to jest wiadome od dawna. Brak poczucia rzeczywistości i odbieranie tego, co się wokół dzieje, jako prostej ekstrapolacji spisku Okrągłego Stołu i wpływu michnikowszczyzny na Polskę, jest stałym, lejtmotywem wypowiedzi szefa PiS. Jest on w tych fobiach wspomagany nie tylko przez swoich współpracowników - ale również przez układ mediów, tak zwany Salon IV RP, składający się z “Rzeczpospolitej”, “Gazety Polskiej”, “Nowego Państwa”, portalu blogerskiego, kiedyś niezależnego, Salon24.pl i mediów publicznych.
Warto przeglądać te gazety, oglądać programy Sakiewicza, czy Ziemkiewicza, czytać “niezależnych” blogerów, mających swe biurka w redakcjach wspomnianych mediów - aby zrozumieć, że ten układ napędza sam siebie i karmi Kaczyńskiego wiedzą tajemną, którą on następnie filtruje przez swoje chore poglądy - i sprzedaje kłamstwa jako nowe teorie polityczne.
Atak Salonu IV RP

Coraz wyraźniej widać, że sprawa książki duetu historyków IPN, Sławomira Cenckiewicza i Piotra Gontarczyka jest tym, na co Salon IV RP czekał długo. I co stara się wykorzystać do maksimum.
Jeżeli jeszcze kilkanaście dni temu mogło się wydawać, że rzeczywiście chodzi tu o wyjaśnienie wątpliwości.co do życiorysu pierwszego historycznego przywódcy “Solidarności”, Lecha Wałęsy i próba oceny jego postawy, zarówno w okresie działalności opozycyjnej w czasach komunizmu, jak i po odzyskaniu przez Polskę pełnej niezależności - to teraz już wiadomo, że opracowanie, wydane pod auspicjami Instytutu Pamięci (Potwarzy) Narodowej ma służyć atakowi na III Rzeczpospolitą i umowy Okrągłego Stołu. I nie chodzi tu o sprawy związane z tak zwanym mitem założycielskim III RP - lecz o przejęcie świadomości i pamięci społecznej. Walka idzie o to, aby ukazać dwadzieścia, bez mała, lat wolnej Polski, jako bękarta służb bezpieczeństwa i brudnej umowy, która nie daje moralnego mandatu obecnej władzy.
Nie ukrywa tego Jarosław Kaczyński. W wywiadzie dla “Sygnałów Dnia”, programu I PR powiedział;
Nasze zarzuty wobec III Rzeczypospolitej to były w wielkiej mierze właśnie zarzuty odnoszące się właśnie do tej wartości, jaką jest prawda, bo to była formacja i ciągle jest formacja w wielkiej mierze uformowana na fundamencie kłamstwa.
Daje się zauważyć, że następuje konsolidacja ekipy, która chce na nowo napisać historię wolnej Polski, która podpatrując dokonania i działania innych uczestników życia społecznego - buduje własny układ, własny salon. Nazwijmy go właśnie Salonem IV RP.
Rodzinny interes

Nie zwrócono specjalnej uwagi na słowa Lecha Kaczyńskiego, który powiedział w wywiadzie radiowym, że to on kazała wyrzucić Kazimierza Marcinkiewicza ze stanowiska premiera rządu. Nie zwrócono również uwagi na to, co było motywem tego rodzaju NACISKÓW , z jego strony. Potem wprawdzie stwierdził, że to był tylko skrót myślowy - ale nie zmienia to kontekstu i wagi jego słów.
Otóż nie interes państwa, społeczeństwa, nawet nie interes formacji politycznej, z którą już właściwie oficjalnie się Lech Kaczyński utożsamia - lecz po prostu interes jego i jego brata.
W dniu wręczenia dymisji Marcinkiewiczowi i on i jego brat wypowiadali się o nim jak z największą atencją - wczoraj się okazało, że powodem głównym dymisji nie była jego nędzna praca - lecz to, że nie bronił Jarosława przed krytyką.
Lech Kaczyński twierdzi, że nie zlecał ani nawet nie prosił służb specjalnych o inwigilowanie Marcinkiewicza. Można być tego właściwie pewnym - bo podejrzewam, że Witold Marczuk, ówczesny szef ABW sam z siebie donosił usłużnie co trzeba. Lech Kaczyński posługuje się w swoje działalności skrótami - nie tylko myślowymi - lecz zarówno on, jak i jego brat są przyzwyczajeni do prowadzenia konsultacji poza oficjalną procedurą. Tak przynajmniej twierdzą rozmówcy Michała Majewskiego i Pawła Reszki, redaktorów “Dziennika”, którzy zebrali te informacje od byłych i obecnych pracowników Kancelarii Prezydenta.
Pajac z Londynu

Poważne traktowanie Kazimierza Marcinkiewicza jest… niepoważne. Jednak konieczność sprawdzenia tego, co mówi pierwszy niegdyś urzędnik państwa - jest oczywiście konieczne.
Kazimierz wypuścił wczoraj kolejnego balona medialnego, tym razem z dość śmierdzącą zawartością. Oskarżył Lecha Kaczyńskiego, iż ten usiłował użyć jednego z innych urzędników (podobnie jak Kazio - miernego, ale wiernego), szefa ABW, Marczuka, do inwigilacji premiera, ponieważ ten zabrał zabawkę bratu, któremu premierostwo należało się, jak psu kość (albo mleczko kotu…). Marczuk miał odmówić, ale według Kazia pozostał po tym “zleceniu” na niego jakiś kwit. I ten kwit jest właśnie ważny.
„Jak długo im będzie stać?”

W samym środku „pisowskiej nocy”, w sierpniu 2006 roku napisałem artykuł pod powyższym tytułem, zastanawiając się, dlaczego Prawo i Sprawiedliwość miało wtedy tak wysokie i stabilne notowania, sondaże popularności. Nie były one wprawdzie tak wysokie, jak ma w obecnym czasie Platforma Obywatelska, sam premier i rząd – ale utrzymywały się one na niezmiennym poziomie przez wiele miesięcy. Kaczyzm wydawał się ideologią panującą, na cztery ,co najmniej, lata kadencji. Jak się skończyło – wiemy wszyscy.
Moje wnioski były następujące – trwałe poparcie społeczne dla PiS i Jarosława Kaczyńskiego polegało na tym, że partia ta posiadała sprawny system komunikacji z wyborcami, polegający na tym, że jako pierwsza partia w Polsce zdecydowanie skierowała się w stronę konkretnej grupy wyborców – grupy wyborców „przegranych.
Ani SLD, a ani poprzednie partie prawicowe nie stosowały takiego jeżyka i takiego zabiegu socjologicznego. PiS przeciwstawiał tych przegranych pozostałej części społeczeństwa.
Po drugie – opozycja atakowała PiS i jego rząd za sprawy, które nie miały nic wspólnego z życiem społeczeństwa, jego potrzebami i bolączkami codziennym, a na które jakoby są dobre, łatwe recepty.
Po trzecie – PiS zaadaptował i scalił – na krótko, na szczęście – elektorat prawicy - Jarosław Kaczyński nigdy nie ukrywał, że jego ideą jest stworzenie wielkiej formacji prawicowej. Jednocześnie skutecznie niszczył i zniszczył Ligę Polskich Rodzin i Samoobronę – powoli przejmując ich elektorat.
Cesarz IV RP

Co innego słyszeć, co innego się domyślać – a co innego przeczytać o tym, na podstawie relacji ludzi, którzy mogli obserwować to od środka.
O Lechu Kaczyńskim i jego działaniu pisał już kilkakrotnie Piotr Zaremba i były to raczej opinie pozytywne – a na pewno lepiej go oceniał, niż poprzedników. Nie przeszkadzało Zarembie partyjniactwo Kaczyńskiego, jego małostkowość, niezliczone gafy, brak zdolności podejmowania decyzji, otaczanie się ludźmi, delikatnie mówić – nie najwyższej klasy.
W „Dzienniku” ukazał się artykuł, pokazujący pracę Lecha Kaczyńskiego i jego bezpośredniego zaplecza od strony kuchennej. I niestety, okazuje się, że to co widzimy na zewnątrz – jest i tak tylko uładzonym obrazem faktycznego niedostosowania – żeby nie napisać – niedorośnięcia do sprawowanej funkcji.
Autorzy, Michał Majewski i Paweł Reszka, dotarli do ludzi z najbliższego otoczenie – i to takich, którzy jeszcze pracują w Kancelarii Prezydenta – i tych, którzy z niej odeszli. Artykuł jest trochę śmieciowy, tabloidowy – ale cóż – o pewnych rzeczach nie można napisać ładnie, przyjemnie i bez owijania w bawełnę.
Lemingi górą!

Fenomen zwycięstwa Donalda Tuska i jego formacji w wyborach parlamentarnych w 2007 roku został mniej więcej zdiagnozowany. Oczywiście, te diagnozy są różne, w zależności od tego, po której stronie pan socjolog, politolog – czasem fachowiec, a częściej tylko domorosły – siedzi. Czy po stronie wygranych, przegranych – czy poza układem (tfu!) politycznym.
I tak zwolennicy Prawa i Sprawiedliwości widzą źródło swojej porażki w kontrofensywie właśnie układu politycznego III RP, wspomaganego nieprzychylnymi mediami i mitycznym udziałem – manipulacją służb specjalnych, ze szczególnym naciskiem na WSI. Znany publicysta post upeerowski, Stanisław Michalkiewicz nazywa to z rosyjskiego „razwiedką”, nie zdając sobie chyba sprawy, że użycie tego sformułowania w jego felietonach (a jest prawie w każdym) świadczy o tym, że jego podświadomość jest przesiąknięta sowieckim sposobem pojmowania rzeczywistości, jako spisku wszechogarniającego i wszechobecnego.
Zwycięzcy chętnie by widzieli laur zwycięstwa jako zwieńczenie swojej doskonałości politycznej i planu, który uwiódł elektorat, gdzie znaki i programy nowoczesnego i odnowionego państwa XXI wieku w Unii Europejskiej zostały zaakceptowane bezwarunkowo. Ładny premier, ładna partia, ładny program, polityka miłości i wszystko jasne – i dążymy ku nowoczesnemu państwu w Unii Europejskiej.
Kto po “Genialnym Strategu”?

Kilka ostatnich sytuacji politycznych, w Sejmie i poza nim wskazuje, że Prawo i Sprawiedliwość straciło to, co najważniejsze – integralność organizacyjną oraz niczym nie zmąconą wiarę w Jarosława Kaczyńskiego.
Jeden z dziennikarzy zapytał mnie o osobowości polityczne na polskiej scence politycznej. I oczywiście, musiało to zahaczyć o szefa PiS.
Zastanowiłem się, kiedy skończyła się charyzma i siła tego polityka? Nie tylko dla tych, którzy stoją po przeciwnej stronie barykady politycznej – ale również dla jego zwolenników. I stwierdziłem, że tym przełomowym momentem, kiedy padł mit niepokonanego – była wcale nie przegrana kampania wyborcza – ale, jak to często bywa – jeden moment. Był to wieczór debaty telewizyjnej z Donaldem Tuskiem – kiedy jego mit polemisty i twardziela upadł.
Od tego dnia nie widziałem już ani jednego wystąpienia Jarosława Kaczyńskiego, godnego zapamiętania, nie było ani jednego wywiadu radiowego i prasowego, w którym słyszelibyśmy wizjonerskiego, pełnego pasji i zdecydowania wodza.
To zostało też widoczne wewnątrz jego partii, w systemie zarządzania, kreowania i wytyczania drogi. I konflikty zaczęły się mnożyć.
Walcowanie Lecha Kaczyńskiego

Właściwie o Lechu Kaczyńskim już nie bardzo chce się pisać, bo widać, że „król jest nagi” albo „koń jaki jest, każdy widzi”, ale okoliczności zmuszają do poświęcenia mu uwagi.
Ostatnio odświeżono dyskusję na temat zmiany konstytucji, gdzie osią problemu jest dwuwładza wykonawcza – czyli brak jasnego podziału kompetencji pomiędzy rządem a prezydentem. Kohabitacja jest klęską – nie ma praktycznie żadnego tematu, gdzie by zgrzytało na linii rząd – kancelaria prezdencka.
Donald Tusk w lutym tego roku, w trakcie wywiadu dla „Gazety Wyborczej”, powiedział;
Jestem za tym, żeby był jeden ośrodek rozstrzygający - albo prezydent, albo premier. Dzisiaj mamy konflikt prezydent - premier, i to nie jest wina Lecha Kaczyńskiego, tylko ustroju politycznego. Kiedy nasz ustrój polityczny jest nasycony niechęcią między prezydentem a rządem, kiedy ta niechęć jest programowa i osobista, kiedy prezydent uważa, że ma zawsze rację, powstaje ustrojowy paraliż.
[...]
W ostatnich dniach coraz poważniej zastanawiam się nad złożeniem poważnej propozycji prezydentowi Kaczyńskiemu i opozycji. Trzeba rozpocząć debatę konstytucyjną i przedyskutować, kto ma mieć więcej władzy prezydent czy premier.
Dyskusja więc nie jest nowa i niespodziewana, nie dotyczy tylko spraw personali Lecha, brata Jarosława – lecz szerszego tematu ładu ustrojowego.
TVP łączy PiS i SLD

Dyskusja o nowej ustawie medialnej jest zażarta i pełna niespodziewanych zwrotów. Projekt Platformy Obywatelskiej, który lada moment zostanie zawetowany przez prezydenta Lecha Kaczyńskiego i wróci z powrotem do Sejmu – jest, jak wszyscy doskonale wiedzą – tylko protezą prawną, mającą na celu wymiecenie z mediów publicznych „złogów” po Prawie i Sprawiedliwości.
Oczywiście trwa nieodłączna dyskusja dziennikarzy, medioznawców, ludzi kultury (tej „wyższej”, bo innych się nie dopuszcza) o roli mediów w życiu społecznym i publicznym – i oczywiście o „misji”. Zostawmy jednak misję – każdy, kto obserwuje tą dyskusję, wie, że słowo to jest tylko zabiegiem erystycznym – umiejętnie wplatanym w argumentację, która służy tak naprawdę tylko zachowaniu stołków i wpływów.
Wiadomo, że do odrzucenie veta prezydenckiego głosów PO i PSL nie wystarczy – trzeba jest głosów innych – oczywiście nie PiS, tylko SLD i pozostałego lewicowego planktonu parlamentarnego. Ale oczywiście – w obronie misji i niezależności musi być coś za coś.
Po stronie obrońców „wolności i pluralizmu”mediów mamy „niezależnych” dziennikarzy i ludzi mediów, głównie niezależnie popieranych przez… PiS. Ciekawe, nieprawda? I właśnie ci dziennikarze dla obrony swoich… stołków i synekur są gotowi na pakt z każdym, kto zapewni im dalsze działania – i czerpanie korzyści… z naszego abonamentu i reklam.
Wiadomo – lewica to panna już starszawa, lekko łysiejąca, cześć członków od niej odpada (SDPL) – ale jednak posażna jeszcze w mandaty sejmowe. I trzeba o nią zabiegać. PO nie robiło tego skutecznie – PiS przez swoich wiernych stronników działa sprawniej – i bez skrupułów.
W sobotę 3 maja, w trakcie posiedzenia Rady Programowej TVP Piotr Gadzinowski został wybrany członkiem prezydium tego „niezależnego” ciała, które dba o pluralizm i swobodę telewizji, o to, aby były przestrzegane normy programowe i właśnie misja. Na czele tego ciała stoi redaktor Janina Jankowska – z którą miałem już przyjemność polemizować – oczywiście – całkowicie niezależna politycznie, popierana przez PiS.
Gadzinowskiego poparli inni niezależni działacze tego gremium, w tym Jan Ołdakowski, Jarosław Rusiecki i Anna Sobecka (posłowie PiS); Daniel Pawłowiec i Krzysztof Bosak (dawni posłowie LPR); Janusz Maksymiuk i Elżbieta Wiśniowska (byli parlamentarzyści Samoobrony) – i oczywiście sama Pani Janka, jak familiarnie jest nazywana w post styropianowym środowisku. Resztę składu tego ciała stanowią twórcy kultury… z partyjnymi rekomendacjami…ale oczywiście – niezależni…
„Dym” wokół Traktatu Lizbońskiego

Zaczyna się druga runda rozgrywki prezydentem Lechem Kaczyńskim, przez Prawo i Sprawiedliwość sprawą ratyfikacji Traktatu Lizbońskiego.
Od rana politycy PiS rozpoczęli kampanię medalną, przygotowującą do wojny wokół nie tylko tak zwanej ustawy kompetencyjnej – ale również samego aktu podpisania ratyfikacji.
Jacek Kurski z samego rana, w programie „Sygnały Dnia”, stwierdził, niby to hipotetycznie, że ratyfikacja umowy unijnej nie została zakończona.
Kurski wprawdzie przypomniał, że zgodę PiS na ratyfikację traktatu poprzedziła honorowa umowa między Lechem Kaczyńskim a premierem Tuskiem – ale okazuje się, że podpisanie jest uwarunkowane podpisaniem ustawy według projektu pisowskiego. Czyli do podpisania może nie dojść… oczywiście z winy PO – bo wszak wszystko jest winą Donalda…
Projekt autorstwa PiS zakłada, że wszystkie ważne decyzje dotyczące Unii Europejskiej (głównie sprawy głosowań, sił głosu – i oczywiście Karty Praw Podstawowych) były podejmowane przy zgodzie prezydenta, Sejmu, Senatu i rządu – jednocześnie.
Dość zgodna opinia specjalistów konstytucyjnych jest tak, że ten projekt rozszerza kompetencje urzędu prezydenckiego (także parlamentu) poza zapisy konstytucyjne , gdzie wyraźnie jest zapisane, że w sprawach polityki zagranicznej decyzje podejmuje rząd.
Poseł Karol Karski na konferencji prasowej w Sejmie stwierdził, że projekt ten jest zgodny z porozumieniem Kaczyńskiego i Tuska z Juraty – ale nie jest to jednak do udowodnienia. I dlatego, czego nikt do tej pory nie zauważył – projekt nie jest autorstwa kancelarii prezydenckiej – lecz właśnie PiS. Bo zawsze będzie można powiedzieć – to projekt zgodny z umową.
Potwierdzeniem tego są słowa posła Jarosława Zielińskiego, który „podduszony” przez redaktora Grzegorza Chlastę w popołudniowej audycji w radiu „TOK FM”, stwierdził mniej więcej, że PiS uważa że nie ma przeszkód, aby, aby w ustawie kompetencyjnej zostały zapisane takie kompetencje prezydenta, których nie ma w Konstytucji… Prawda, jakie pięknie słowa ze strony strażników prawa?!
O co w tej sprawie chodzi, poza awanturą?
Oczywiście – o integralność klubu Prawa i Sprawiedliwość, poszarpanego głosowaniami na temat ratyfikacji.
Po drugie – oczywiście pokazaniem, że „My”, czyli PiS – chcemy – tylko zła Platforma nie chce.
Ala naprawdę chodzi o to, aby przedłużyć maksymalnie akt ratyfikacji, do czasu referendum w Irlandii, które może się skończyć zwycięstwem eurosceptyków, aby Lech Kaczyński mógł tryumfalnie powiedzieć – oni nie chcą, to znaczy, że już nie ma po co podpisywać…
Tak właśnie się w polityce gra – umowy honorowe i interesy społeczne się nie liczą
Azrael
Podtopiony delfin

O Zbigniewie Ziobro od dawna mówi się per „delfin”. Nie ssak morski, obdarzony inteligencją i ciepłym charakterem, których temu niedokończonemu prokuratorowi brak – lecz następca tronu Jarosława Kaczyńskiego i jego brata, hologramu z Pałacu Namiestnikowskiego.
Cała sprawa zamieszania wokół wyborów szefa Prawa i Sprawiedliwości w Małopolsce i „wycięcia” Zbigniewa Wassermanna przez zwolenników byłego ministra sprawiedliwości nie warta byłby nie tylko mszy, ale nawet zdrowaśki, gdyby nie to, że oddaje ona stan wewnętrzny partii i stosunki w niej panujące.
Ziobro odstrzelił swojego największego wroga Zbigniewa Wassermanna – prawie natychmiast został oskarżony przez Jarosława Kaczyńskiego szefa partii o „szkodnictwo”. To pierwsza taka sytuacja, gdy k Kaczyński publicznie i jednoznacznie karci swego przybocznego z Krakowa za zbyt duże ambicje. Jak usłużni przeciwnicy Ziobry donoszą – Rada Polityczna skończyła się ostrą wypowiedzią Kaczyńskiego i SAMOKRYTYKĄ byłefo ministra.
W PiS panują zdrowe zasady demokracji – w starym dobrym stylu – centralizmu demokratycznego. Pan Kaczyński wybiera kandydatów – a „teren” ich demokratycznie zatwierdza – najchętniej przez aplauz i zaakceptowanie…
Sierakowski chce programu w TVP?

Wojciech Olejniczak w wywiadzie dla Agnieszki Kublik, z „Gazety Wyborczej” powiedział, że Sojusz Lewicy Demokratycznej nie poprze PO i PSL w jego planach nowelizacji ustawy medialnej. Czyli, w przypadku, kiedy prezydent zawetuje ustawę – w głosowania przeciwko odrzuceniu veta, klub Lewica skupiający polityków tej partii wstrzyma się od głosowania. Czyli, pomimo tego, że Olejniczak uważa Urbańskiego i Czabańskiego za złych szefów mediów publicznych – to przyłoży rękę do tego, aby dalej mogli oni w spokoju działać i realizować zadania „zlecone”, przez PiS.
Olejniczak z rozbrajającą szczerością mówi, że Czabański to wielki szkodnik, że zniszczył Radio, i że jego partia nie podjęła żadnych stosownych kroków, aby samemu sprokurować projekt nowelizacji ustawy.
Problem jest stosunkowo prosty; Sojusz Lewicy Demokratycznej przyjął rolę taką, jaką kiedyś pełnił PSL - „obrotowego”, który zwraca się frontem ku temu, kto da więcej. A więcej proponuje pewnie Prawo i Sprawiedliwość, z którym SLD może się dogadać co do stanowisk w spółkach radia i telewizji. PO nie jest skłonne pójść (jeszcze) na taki układ – bo w planach ma przygotowanie nowej ustawy medialnej.
I tym sposobem SLD idzie ręka w rękę z PiS, konserwując układ zależności i podporządkowania mediów celom tej partii.
Co w tym wszystkim robi Sławomir Sierakowski?
Otóż Andrzej Urbański jeszcze w wakacje ubiegłego roku proponował młodemu guru lewicy samodzielny, duży program w TVP, w I lub II – oraz okienko publicystyczne w „trójce” - obecnie TVPInfo. Sprawa się przeciąga – ale nigdy nie została odłożona całkowicie.
Sierakowski doradza nieformalnie Olejniczakowi. Nieformalnie – ale skutecznie i wpływowo – co pokazał rozwód lewicy z demokratami.pl.
Czy decyzja Olejniczaka i jego stanowisko nie ma może czegoś wspólnego z „handelkiem” w sprawie programu Sierakowskiego? W TVP nie ma obecnie żadnego programu, w którym ważne problemy społeczne byłyby nagłaśniane z pozycji liberalnych obyczajowo. Sierakowski mógłby tą lukę zapełnić.
Jego ostatnie wypowiedzi na temat SLD nie są już takie kategoryczne – więc może jest coś w tym, że Olejniczak jeszcze kilkanaście dni temu chciał nowelizacji – i de facto przyspieszenia odejścia Urbańskiego z TVP – a teraz zmienił zdanie.
Straciłem już wiarę w zdolności polityczne i skuteczność Olejniczaka – teraz tracę resztki wiary w jego kręgosłup moralny…
Azrael
Prawica – czyli łączenie przez podział

Awantura, wywołana przez Jarosława Kaczyńskiego wokół Traktatu Lizbońskiego, oprócz obnażenia podziałów w jego partii, kompromitacji brata (zmniejszonej wyraźnie poprzez jego porozumienie z premierem Donaldem Tuskiem), nadszarpnięcia wizerunku Polski na arenie europejskiej – przyniosła jeszcze jeden efekt; poruszyła bagno prawicowe, z którego na wierzch zaczęły wyłazić różnego rodzaju autoramentu pogrobowcy sceny politycznej. Orzechowski, Wierzejski, Chruszcz – a także ostatnio wielki pupil mediów – Marek Jurek. Wychynęli z niebytu i rozkładają swoje rachityczne skrzydełka, bardziej przypominają nielotne kuraki, niż zrywającego się do lotu drapieżniki polityczne.
Prawica znów się wyraźnie podzieliła. Może inaczej – podziały te zostały uwidocznione, jak pęknięcia na starej ścianie.












