SLD droga na cmentarz

Lewica parlamentarna się podzieliła. Nie tylko parlamentarna – rozczłonkowanie partii, które się przyznają do idei lewicowych – jest porównywalne do tego, co się działo z polską prawicą, zanim znalazła się pod szyldem AWS. Może partii nie ma ich dużo, jak tamtych trzy- czteroliterowych partyjek, w których dominowały słowa konserwatyzm, prawica i Ojczyzna – ale ich skłócenie jest jeszcze większe, niż prawicy.
Pisałem o lewicy już wystarczająco dużo – i dalej twierdzę, że pójście w stronę radykalizmu społecznego, czyli skręt w lewo, ku elektoratowi „opuszczonemu, zdradzonemu” w wyniku przemian społecznych po roku 1989 – to droga donikąd, droga ku gettu politycznemu. Słusznie wczoraj w programie TVN 24 Jerzy Urban zauważył, że jak się skręca tylko w lewo – to pojazd zaczyna się kręcić w kółko…
Impuls do rozstania się lewicy dał Wojciech Olejniczak, postawiony pod ścianą przez swojego konkurenta do stanowiska szefa Sojuszu Lewicy Demokratycznej, sekretarza generalnego, Grzegorza Napieralskiego. Jest to dość dziwne, ponieważ Olejniczak to człowiek namaszczony przez Aleksandra Kwaśniewskiego, który od ideałów doktrynerskiej lewicy odszedł już dawno. Rozpad LiD był jednak rzeczą logiczną, z punktu widzenia jego pozycji w partii i nacisków aparatu partyjnego SLD, która nie potrafiła się zintegrować – i zgodzić – z działaczami Partii Demokratycznej. Ci zresztą za bardzo zintegrować się nie chcieli – etos „S” służy im jak etola, mająca podkreślić ich wyjątkowość – tylko, że jest ona już mocno wyleniała i podszyta pustką – pustką elektoratu i znaczenia na scenie politycznej.
Sierakowski: demiurg w powijakach

Sławomir Sierakowski to obecnie chyba największa gwiazda polskiej polityki. Tak, właśnie – nie Donald Tusk, nie były premier, Jarosław Kaczyński, czy jego brat, prezydent, nie Lech Wałęsa czy Antoni Macierewicz.
Nie ich się słucha i czyta, nie czeka się na ich wypowiedzi – lecz wszyscy zerkają w stronę młodego, lekko zgarbionego, jeszcze młodzieńca i oczekują ,co on napisze, ogłosi na zebraniu Klubu „Krytyki Politycznej”, albo bąknie w jakiejś stacji telewizyjnej. I nie ma znaczenia, że z reguły jego wypowiedzi są enigmatyczne i dość przewidywalne – bo to powiedział właśnie on, Sławomir Sierakowski.
Określają go już mianem guru polskiej nowej lewicy – tej, która nie jest obciążona postkomunistycznym aparatem, papieżem nowej myśli lewicowej (choć wydawał też w swojej oficynie dzieła z materiałami Lenina…), a ostatnio zaczęto mówić o nim per demiurg. Spotkał się z Wojciechem Olejniczakiem, w knajpce o uroczej nazwie „Szparka” i kilkoma zdaniami wyzwolił młodego też szefa SLD z wpływów starych aparatczyków, Janika i Szmajdzińskiego. To on miał być autorem pomysłu, aby wypchnąć trzech polityków Partii Demokratycznej z klubu LiD i zawrócić SLD na tory polityczne skręcające w lewo. Okrzyknięto to wielkim sukcesem i wizjonerskim spojrzeniem na przyszłość lewicy. Tylko, że Sierakowski temu zaprzecza i nie przykłada do swobodnej, jak to określił, wymiany zdań wielkiego znaczenia. A dodatkowo wizjonerskie spojrzenie zakończyło się tym, że za Widackim, Lisem i Filarem poszli działacze SdPL, w ilości 6 – i za chwilę rojenia o konsolidacji lewicy ulecą w powietrze.
Demokraci.pl – pozamiatane?

Powołanie platformy wyborczej Lewicy i Demokratów w sierpniu 2007 roku przyjąłem z dużą sympatią. Już nie jako zwolennik, ale raczej jako bardzo życzliwy sympatyk. Liczyłem, że nowa zjednoczona lewica, składająca się z młodych SLD, postkorowców i pod przewodnictwem Aleksandra Kwaśniewskiego – będzie mocną trzecią siłą polityczną w polskim parlamencie i naturalnym koalicjantem dla Platformy Obywatelskiej.
Cóż – nikt nie przypuszczał wtedy, że plebiscyt kto za – kto przeciw Kaczyńskiemu ,przybierze taki dramatyczny obraz, że Kwaśniewski „zachoruje” na tajemniczą „filipinkę”… i rzeczywiście LiD miał trzeci wynik wyborczy – ale nie miał legitymacji do wejścia do rządu…
Patrząc na konwencję wyborczą Lewicy i Demokratów, na Rozbrat, w siedzibie Sojuszu Lewicy Demokratycznej, wielu zadawało sobie pytania – dlaczego w jednym rzędzie siedzą tacy ludzie jak Lityński, Pinior, Lis, Borowski, Onyszkiewicz, Kwaśniewski, Kalisz? Przecież tych ludzi te 27 lat temu dzieliło wszystko, byli na przeciwstawnych biegunach politycznych i społecznych. A teraz siedzą obok siebie. Czy tylko niechęć do rządów PiS-u ich do siebie zbliżyła, czy chęć wejścia do nowego parlamentu jest motorem ich działania, czy coś więcej?
Koniec z LiD – nic się nie stało

Wczorajsza konferencja prasowa Wojciecha Olejniczaka, informacja o odejściu od koalicji z Partią Demokratyczną – partią z którą SLD tworzyło koalicję wyborczą Lewica i Demokraci – a następnie klub parlamentarny – ma znaczenie… poznawcze. I żadnego innego, jest tylko zagraniem medialnym, bez faktycznego znaczenia, ani na pozycję samego SLD, ani na pozycję partii Janusza Onyszkiewicza.
Było wiadome, że ten sojusz, stworzony wokół Aleksandra Kwaśniewskiego, będą zwieńczeniem marzeń połączenia i pogodzenia środowiska odwołującego się do lewicy i środowiska postsolidarnościowego – rozpadnie się, co było wynikiem działania samego Kwaśniewskiego i wynikającej z tego porażki wyborczej.
Problemem demokratów.pl jest właściwie tylko to, jak zakończyć działalność. Czcigodna rada starszych tej partii – która stanowi jej siłę – i jedyną wartość – musi zakończyć smutny żywot tego zstępnego Unii Demokratycznej. Panowie Geremek, Mazowiecki, Onyszkiewicz czy Frasyniuk – mogą sobie znaleźć inne miejsce w polityce i życiu społecznym – reszta może się przyłączyć do Platformy Obywatelskiej. Cześć środowiska danego KOR-u – jest już tylko historią.
Lewica bez pomysłu

Pisanie o lewicy polskiej nie jest łatwe, ani przyjemne, ani również twórcze. Bo właściwie – o czym pisać?
Czy pisać o formacji, która werbalnie odwołuje się do etosu lewicowego, a praktycznie jest tylko szczątkami partii władzy Leszka Millera – czyli do SLD? Czy może pisać o nowej partii Leszka Millera, Polskiej Lewicy, która z kolei jest formacją nastawioną na promowanie swojego wodza i właściwie poza jednostronicowymi hasłami nie ma programu? Bo czy może być zaczątkiem programu stwierdzenie, że „nie powinniśmy się wstydzić czasów PRL”?.
Można oczywiście rozpatrywać programy takich partii jak Polskiej Partii Pracy czy Racji PL. Tylko, że nie widać, aby te formacje potrafiły zdobyć się na szersze, niż syndykalistyczne spojrzenie na sprawy społeczne, socjalne i ekonomiczne. Bo niczym innym , jak syndykalizm w czystej postaci, jest strajk w kopalni „Budryk”, sterowany przez związek zawodowy „Sierpień ‘80”.
Można oczywiście zachwycać się „świeżością”myśli środowiska „Krytyki politycznej” Sierakowskiego, Gduli i Dunin – ale ja zostawiam to komentatorom konserwatywnym, którzy doskonale wiedzą, że to kółko zainteresowań nie stworzy nigdy poważnego programu politycznego – nie mówiąc o sprawnej organizacji. Zresztą przywódcę w czerwonej koszuli ostatnio więcej interesuje jego nowy program w TVP i zajęcia parateatralne – niż praca organizacyjna.
Nieuprawniona krytyka Millera

Ostatnie notowania jedynego ugrupowania sejmowego, które się przyznaje oficjalnie do lewicy – Lewicy i Demokratów – są rzeczywiście zasmucające. Powinny być zasmucające dla wszystkich polityków, niezależnie od opcji politycznej, bo dobra, klarowna opozycja podnosi jakość debaty i powinna być krytykiem działalności rządu. Lewica zawsze też jest wyczulona na sprawy społeczne, mniejszości, socjalne.
W wyborach LiD uzyskał 13% poparcia – obecny sondaż daje tej formacji wyborczej tylko 4%.
Czy to koniec lewicy, przynajmniej w tej formie organizacyjnej? Opinie, jak zwykle są podzielone. Jedni politolodzy twierdzą, że to koniec tej formacji w tym kształcie – inni wskazują na odbitą falę powyborczą, która w dalszym ciągu daje wysoki bonus dla wygranej w wyborach Platformy Obywatelskiej – i trend spadkowy LiD się odwróci.
Do tej pory to prawica miała monopol na spektakularne rozpadanie się i znikanie ze sceny politycznej partii.
Kto dziś pamięta takie nazwy, jak Partia Chrześcijańskich Demokratów, ROP czy KPN? Tylko historycy i niedobitki tamtych formacji, najczęściej funkcjonujący poza polityką w ogóle – lub będący członkami innych ugrupowań. Któż pamięta kogoś takiego, jak Łączkowski, ile razy w ciągu ostatniego roku zostało wymienione w publikatorach nazwisko Mariana Krzaklewskiego, w kontekście spraw bieżących, a nawet „Solidarności”?.
Są tacy, którzy świadomie odeszli od polityki, zajmując się innymi sprawami, biznesem, czy nauką, jak Wiesław Walendziak, czy Zbigniew Bujak.
Pożegnanie Aleksandra Kwaśniewskiego

Nie ukrywałem, że choć nie mam poglądów ekonomicznych bliskich lewicy – to ze względu na postrzeganie spraw społecznych, stosunku do praw obywatelskich, zagadnień wolności jednostki, praw kobiet i poparcia dla Polski w Unii Europejskiej – blisko mi było do partii po lewej stronie – a właściwie do pewnych ludzi, którzy działali w tych formacjach. Ale czas i ich dokonania weryfikują poglądy i każą rozliczać definitywnie ich działania.
Pożegnałem się już z kilkoma politykami, z Leszkiem Millerem – bez żalu i z uczuciem ulgi, z Józefem Oleksym – z zażenowaniem, niesmakiem. Inny polityk, którego bardzo cenię – Włodzimierz Cimoszewicz – powrócił na scenę polityczną. I mam nadzieję, że jeszcze odegra na niej jakąś pozytywną rolę.
Dziś czas na pożegnanie Aleksandra Kwaśniewskiego – znów, niestety, z poczuciem mocnego zawodu.
Im lepiej w sondażach dla PiS - tym…lepiej

Od zawsze, to znaczy, od momentu, kiedy wiadomo było, że po wyborach w roku 2005 koalicja Platformy Obywatelskiej i Prawa i Sprawiedliwości nie zostanie zrealizowana – pisowscy działacze robią wszystko, aby po pierwsze – dokonać rozłamu w konkurencyjnej partii, po drugie – wepchnąć ją na pozycje lewicowe, w ramiona tak zwanej „postkomuny”.
Scenariusz był zawsze taki sam. Najpierw doprowadzenie do kryzysu, do konfrontacji z PO, później , kiedy grunt jest już przygotowany – atak. Upychanie po lewej stronie sceny politycznej. Media, szczególnie te sprzyjające Prawu i Sprawiedliwość, robiły wszystko, aby pokazać i uwypuklić każdą rysę na wizerunku liberalnej partii. Stąd to wieczne kokietowanie Jana Maria Rokity, ukradzenie mu żony Nelly, straszenie odpływem elektoratu, grożenie palcem i mówienie „że to niegodne” z Kwaśniewskim i działaczami lewicy. Jakby godność można było zachować w koalicji z Lepperem i Giertychem…
Debata

Oczekiwanie na debatę pomiędzy Aleksandrem Kwaśniewskim a Jarosławem Kaczyńskim jest zręcznie podsycane przez media. Będą miały one o czym pisać, co analizować, wytykać błędy i stawiać laurki.
A tak naprawdę sama debata, przy tych właśnie wyborach, do parlamentu krajowego, nie ma głębszego sensu i znaczenia dla wyników. Bo wybory w Polsce odbywają się na poziomie powiatu, województwa, a nie szczeblu globalnym. Głosuje się tam na znanych sobie, na twarze lokalne, na ludzi, którzy się sprawdzili, lub potrafią się na rynku lokalnym dobrze sprzedać. Układ polityczny został w ciągu ostatnich lat tak spetryfikowany, także na szczeblu lokalnym, że takie medialne szopki nie będą miały znaczenia. Oczywiście, sprawy wizerunków polityków mają znaczenie w metropoliach, Warszawie, Krakowie, Poznaniu, ale Kwaśniewski nie startuje – a przeciwnikiem Kaczyńskiego jest Donald Tusk.
Donald Tusk to ten, który przegrał na debacie dzisiejszej, jako „wielki” nieobecny. Wist Kwaśniewskiego, który na potyczce z Kaczyńskim może tylko zyskać, i podjęcie rękawicy przez Kaczyńskiego – to sprowadzenie szefa Platformy Obywatelskiej do rangi polityka drugiej kategorii. I Tusk teraz, jeżeli będzie chciał odzyskać pozycję, to musi konsekwentnie… unikać debat. Bo niezależnie od tego, czy dostanie zaproszenie od Kaczyńskiego czy byłego prezydenta – to zawsze będzie tym drugim. Chyba że propozycja padnie z obydwu stron, na debatę trójstronną… tego unikać już nie może, bo zostanie oskarżony o działanie tchórzowskie i przeciwko wyborcom.
Sojusz robotniczo – chłopski

Miller znalazł swoje miejsce. U boku chłopa, w dodatku – chama i wyrokowca. Miller, który wyszedł z fabryczki w Żyrardowie – zatoczył koło, nie tylko polityczne, ale również – mentalne.
Leszek Miller. Aparatczyk ZSMP i PZPR, działacz starej daty. Za starej, jak na obecne czasy. Nie czas na przypominanie jego niewątpliwych zasług – i jeszcze większych przewin wobec lewicy. Można powiedzieć – miał wszystko – ostał mu się jeno sznur… który mu dynda u szyi.
Ten oszlifowany beton partyjny miał swoje 10 lat, po wybraniu Aleksandra Kwaśniewskiego na prezydenta RP. Z partii, która za przyczyną Kwaśniewskiego, zrobił organizację postkomunistyczną, która wprawdzie osiągnęła w 2001 roku sukces – ale nie taki jak oczekiwano. I potem – była już równie pochyła…
Miller zakończył działalność jako wiarygodny polityk… nie teraz, tylko w 2005 roku, kiedy nie wyciągnął wniosków z porażki wyborczej i nie odsunął się – na kilka lat co najmniej. Mógł dalej jeździć z wykładami, mógł prowadzić publicystykę, być mentorem. Miał okazję poczekać na swoją kolej – jak to swego czasu uczynił Waldemar Pawlak, odsunięty na boczny tor.. Tamten wykorzystał ten czas, i stał się najlepiej przygotowanym merytorycznie i intelektualnie politykiem w Polsce.
Idąc na listę Samoobrony – popełnił poważny błąd. Spalił za sobą mosty w SLD definitywnie – i niezależnie, czy wejdzie do Sejmu, czy nie – odsunął się na margines polityczny. Przełożył prywatę, czyli tak naprawdę dość małostkową rywalizację z Olejniczakiem w Łodzi – nad pryncypia. Szermuję także chęcią odegrania się na Zbigniewie Ziobrze – i wykazania się w pracach komisji do spraw wyjaśnienia śmierci Barbary Blidy – i oczywiście udziału w tym ministra sprawiedliwości. Rozumiem jego motywację, czysto ludzką chęć odegrania się. Ale to nie zwalnia od ważniejszej, też ludzkiej przyzwoitości.
Miller, stając w jednym rzędzie z Wrzodakiem i Lepperem – pokazał, jakim małym człowiekiem i politykiem jest
Miller wzmocnił, oczywiście, Samoobronę – i nieco osłabił koalicję Lewicy i Demokratów. Ale tylko chwilowo, ma to znacznie lokalne. Lepper nie pozwoli na to, aby Miller był twarzą kampanii – za bardzo zagraża to jego pozycji, nadszarpniętej aferami. To będzie tylko chwilowe wahnięcie.
Azrael
Przegląd kampanii

Robiąc krótki przegląd kampanii wyborczej z ostatniego tygodnia – jednego możemy być pewni – żadna z dwóch głównych sił politycznych, ani Prawi i Sprawiedliwi, ani Platformersi nie mają nic do zaoferowania dla tych 60% wyborców, którzy zostali w 2005 roku w domu.
Kampanie wyborcze są głównie kierowane do elektoratów partii – i nie zawierają żadnych programów i przesłania dla Państwa, dla obywateli. Są praktycznie wyprane z merytorycznych treści, stanowią zlepek haseł, reklam, spotów, pustych przemówień i socjotechnicznych zagrań.
Taki styl został narzucony przez PiS, Jarosława Kaczyńskiego, który kilkanaście dni temu ustawił kampanię słowami, że kampania roku 2007 to będzie plebiscyt.
Varia wyborcze

Dużo się działo dziś w polityce, praktycznie wszystkie znaczące siły polityczne zrobiły większe lub mniejsze show wyborcze.
Wszystkie te imprezy nie miały żadnego większego znaczenia dla polskiej polityki, żadna konwencja, wiec czy przemówienie – nie przyniosły czegoś, co warte byłoby zapamiętania. Bo prawda jest taka, że żadne ugrupowanie polityczne w Polsce nie ma ani nowego pomysłu na Polskę, ani nawet nośnego programu, który mógłby zainteresować wyborców. Bo żadna partia nie ma zaplecza intelektualnego, które byłoby wstanie przedstawić jasny, spójny program. Zresztą – i tak polscy wyborcy, którzy w 90% są analfabetami politycznymi – nie zrozumieliby tego przesłania. Więc mieliśmy kolejne wykwity oratorskie, na lepszym lub z reguły gorszym poziomie i kolejne zabawy medialne dla mas.
Zanim się zajmę krótką analizą dnia dzisiejszego, spróbuję odpowiedzieć, dlaczego tak się dzieje, dlaczego ani dziś – ani najprawdopodobniej na żadnym innym spędzie przedwyborczym nie usłyszymy nic, nad czym warto by było się dłużej pochylić.
Oczywiście – ton kampanii wyborczej został określony przez dwuletnie rządy Jarosława Kaczyńskiego i również on określa warunki brzegowe kampanii. To jest kampania, która rozgrywa się w przestrzeni medialnej, jest kampania haseł i znaków – a nie dyskusji merytorycznych. Wynika to z czasu, jaki pozostał do wyborów i zasady plebiscytu, narzuconego przez PiS.
Ale głównym powodem tego jest miałkość intelektualna wszystkich polskich polityków.
LiD – nowa solidarność

Wspominając lata 80 – 81, przed oczyma stają mi twarze Wałęsy, Gwiazdy, Borusewicza, Walentynowicz, Jurczyka, Lisa, Kuronia, Geremka, Piniora, Jurczyka… nie widzę i nie pamiętam Kaczyńskich. Więc dla mnie – ich tam nie było.
„Solidarność” była tylko jedna i na zawsze zostanie ruchem unikatowym w historii Polski. Jedynym, niepowtarzalnym i takim, do którego trzeba się odnosić. I każdy uczestnik tamtych czasów ma prawo do odnoszenia się do tamtych czasów.
Patrząc na konwencję wyborczą Lewicy i Demokratów, na Rozbrat, w siedzibie Sojuszu Lewicy Demokratycznej, wielu zadawało sobie pytania – dlaczego w jednym rzędzie siedzą tacy ludzie jak Lityński, Pinior, Lis, Borowski, Onyszkiewicz, Kwaśniewski, Kalisz? Przecież tych ludzi te 27 lat temu dzieliło wszystko, byli na przeciwstawnych biegunach politycznych i społecznych. A teraz są obok siebie. Czy tylko niechęć do rządów PiS-u ich do siebie zbliżyła, czy chęć wejścia do nowego parlamentu jest motorem ich działania, czy coś więcej.
Otóż według mnie jest w tym wszystkim coś więcej. Dużo więcej, niż mógłby się ktoś spodziewać.












