“Co robić?” Napieralskiego

Czas euforii po zwycięstwie szybko minie i nowy przewodniczący Sojuszy Lewicy Demokratycznej stanie przed nowymi zadaniami i wyzwaniami - i będzie musiał sobie zadać leninowskie “Co robić?”.
Napieralski zamieścił na swoim blogu, być może w spontanicznym akcie, wpis, w którym usiłuje odpowiedzieć na to pytanie. Oprócz zadań politycznych, czyli uzyskania pozycji drugiej siły politycznej w kraju -znajdujemy tam liczne, aż nazbyt liczne postulaty i zadania. Jest oczywiście o neutralności światopoglądowej, o programie socjalnym i ochronie ludzi pracy, o współpracy z rożnymi, marginalizowanymi i kontestującymi rzeczywistość XXI wieku środowiskami, jest o demokracji -i inne tego rodzaju hasła. Głównie zresztą właśnie hasła, ponieważ na temat PROGRAMU - nie znajdziemy tam wiele. Jednym konkretem, który Grzegorz Napieralski zamieszcza w tym swoim wpisie - jest sprawa obrony Kodeksu Pracy. Dalej znajdujemy znów hasła o obronie pamięci wszystkich, którzy walczyli o Polskę (?) oraz szerzej omówione sprawy walki o prawa kobiet - aborcja i zapłodnienia in vitro. Czyli - znany katalog tematów. I co ciekawe - nie ma tam już na gorąco tuż po wyborach powiedzianego zdania o wymówieniu konkordatu z Watykanem - za to znajdujemy słowa, że nowy szef SLD nie jest antyklerykałem. A to ni mniej, ni więcej oznacza, że jest… koniunkturalistą, czyli - politykiem z krwi i kości.
Wytłuszczone słowa we wpisie przewodniczącego Napieralskiego to “Nasz program to Polska, w której odnajdą się wszyscy – wolna jak dziś Hiszpania, zamożna jak Skandynawia”. Prawda jak ślicznie?! Tylko co to znaczy?
Czy Napieralskiego stać, w przeciwieństwie do Wojciecha Olejniczaka na autorski program swojej partii, czy jest intelektualnie przygotowany nie tylko doprowadzenia takiej machiny, ale również do podjęcia wysiłku zjednoczenia lewicy? Szczerze mówiąc - wątpię.
Mieczysław F. Rakowski, który pomimo ciężkiej choroby, jest aktywnym komentatorem życia politycznego, głównie lewicy, daje, jak zwykle, proste - ale jakże słuszne rady. Z pozycji prawdziwego guru, gdzie nie zawiła forma, lecz prosty, jasny, klarowny przekaz, stwierdza, że Napieralski przede wszystkim powinien się dużo uczyć, czytać, łączyć partię i zwalczać w niej koterie, nie słuchać potakiwaczy, ale słuchać mądrych rad. I przede wszystkim - jeżeli już chce się powoływać na Zapatero - to nie powinien zapominać o tradycjach polskiej lewicy.
Rakowski nie widzi szansy na podjęcie konstruktywnego dialogu z SDPL (ale o Polskiej Lewicy Leszka Millera nic nie mówi), jak również nie widzi dla SLD drogi we współpracy z organizacjami lewackimi. I co ciekawe - wyraźnie daje sygnał, że lewica XXI wieku musi koniecznie pracować nad nowymi formami języka i komunikacji. Jak by to nie zabrzmiało - jest to ukłon w stronę “Krytyki Politycznej”.
Grzegorz Napieralski stoi być może przed ostatnią szansą uratowania tej starej łajby, Sojuszu Lewicy Demokratycznej. Dobrze by było, gdyby posłuchał właśnie rad ludzi trzeźwych i doświadczonych, którzy przepłynąwszy życie, widzą w dalszym ciągu wyraźnie i ostro horyzont. Może to ostatnia szansa na naukę.
Azrael
Napieralski - jednak niespodzianka

Grzegorz Napieralski wygrał dziś na Kongresie Sojuszu Lewicy Demokratycznej z Wojciechem Olejniczakiem w stosunku 237 do 210 głosów. Minimalnie, ale jednak.
Wydawało się, że nie będzie to możliwe, że łatka aparatczyka, którą mu ostatnio przypięto - spowoduje, że Olejniczak wygra - może nie z wielką przewagą, ale znacznie. Jednak stało się inaczej.
Co ciekawe - wydaje się, że dość drewniany Napieralski - co zresztą potwierdził w wystąpieniu tuż po ogłoszeniu wyników - miał więcej głosów wśród młodych lewicy. To rokuje mu dobrze - o ile oczywiście nie zmarnuje szansy.
Czy jego wybór to jest skręt w lewo? I jakie to ma być “lewo”? Napieralski, zgodnie zresztą z zaleceniami zespołu profesora Reykowskiego, widzi przyszłość lewicy we współpracy ze związkami zawodowymi, jego głos wyraźniej było słychać w rozmowach na tematy społeczne, w obronie “odrzuconych”. Tylko, że co innego się mówi w momencie, kiedy się prowadzi kampanię, co innego, kiedy trzeba prowadzić partię, A partia może się tylko odrodzić na podstawie zdobycia młodego, inteligenckiego elektoratu - bo ten klasyczny, postpeerelowski wymiera, a ten roszczeniowy, nastawiony na “daj” - jest zagospodarowany przez Prawo i Sprawiedliwość.
Polska Lewica, a paradygmat lewicy

Miałem okazję, na zaproszenie Leszka Millera, byłego premiera i szefa (niektórzy również mówią - nieszczęścia) Sojuszu Lewicy Demokratycznej, uczestniczyć w jej pierwszym, pełnym wyborczym zjeździe jego nowej partii - Polskiej Lewicy. Został on nazwany I Zgromadzeniem Krajowym, nie kongresem, czy zjazdem - lecz właśnie zgromadzeniem.
Nie uczestniczyłem w pełnych obradach - ich pierwszą część, organizacyjną, można sobie obejrzeć na stronie partii - Leszek Miller zaprosił mnie na część programową, zaczynającą się jego wystąpieniem. Zapewne wkrótce znajdzie się w internecie jego pełna treść, więc nie będę go streszczał. Kilka tematów w nim poruszonych i haseł było dość ciekawe.
Miller zaakcentował, poza oczywistymi sprawami solidaryzmu społecznego, bardzo nowoczesne podejście do miejsca Polski w Europie. Hasło, jakie padło z trybuny, brzmiało mniej więcej;
“PRL był moją Ojczyzną, III RP jest moją Ojczyzną, a Europa będzie moją Ojczyzną” - choć po ostatnim członie tej deklaracji oklaski z sali były dość umiarkowane…
Czyli sprawy integracji europejskiej są mu bardzo bliskie. Po raz kolejny można było usłyszeć z jego ust dość radykalny i nowatorski projekt Federacji Państw Zjednoczonych Europy. Również jednoznacznie Leszek Miller popiera ratyfikacje Traktatu Lizbońskiego - i oczywiście walkę o Kartę Praw Podstawowych. Leszek Miller widzi przyszłość Polski w strukturach Unii Europejskiej i namawia – jak na klasycznego liberała gospodarczego przystało – do wejście do strefy euro.(Integracja ważniejsza, niż suwerenność)
Dalej oczywiście było o rozdziale państwa i kościoła (Wolność sumienia i państwo świeckie), o równym dostępnie do nauki i edukacji (Równość ważniejsza, niż dobre urodzenie, Edukacja ważniejsza, niżindoktrynacja), ochronie zdrowia (Zdrowie ważniejsze, niż pieniądze), nauce (PAN ważniejszy, niż IPN).
I na końcu tego programu merytorycznego - ale jako jedno z najważniejszych zagadnień, były premier zwrócił uwagę na wagę i znaczenie internetu - we wszystkich jego aspektach (Internet ważniejszy, niż zaścianek).
Dużą cześć swojego przemówienia Leszek Miller poświęcił sprawie Rywina i temu, jak została ona wykorzystana do zniszczenia lewicy, jako formacji, jego osobiście i SLD. Bardzo mu ta sprawa ciąży - i zdaje sobie sprawę, że ten problem najbardziej obciąża jego hipotekę polityczną. Nie koniecznie z jego własnej woli.
SLD droga na cmentarz

Lewica parlamentarna się podzieliła. Nie tylko parlamentarna – rozczłonkowanie partii, które się przyznają do idei lewicowych – jest porównywalne do tego, co się działo z polską prawicą, zanim znalazła się pod szyldem AWS. Może partii nie ma ich dużo, jak tamtych trzy- czteroliterowych partyjek, w których dominowały słowa konserwatyzm, prawica i Ojczyzna – ale ich skłócenie jest jeszcze większe, niż prawicy.
Pisałem o lewicy już wystarczająco dużo – i dalej twierdzę, że pójście w stronę radykalizmu społecznego, czyli skręt w lewo, ku elektoratowi „opuszczonemu, zdradzonemu” w wyniku przemian społecznych po roku 1989 – to droga donikąd, droga ku gettu politycznemu. Słusznie wczoraj w programie TVN 24 Jerzy Urban zauważył, że jak się skręca tylko w lewo – to pojazd zaczyna się kręcić w kółko…
Impuls do rozstania się lewicy dał Wojciech Olejniczak, postawiony pod ścianą przez swojego konkurenta do stanowiska szefa Sojuszu Lewicy Demokratycznej, sekretarza generalnego, Grzegorza Napieralskiego. Jest to dość dziwne, ponieważ Olejniczak to człowiek namaszczony przez Aleksandra Kwaśniewskiego, który od ideałów doktrynerskiej lewicy odszedł już dawno. Rozpad LiD był jednak rzeczą logiczną, z punktu widzenia jego pozycji w partii i nacisków aparatu partyjnego SLD, która nie potrafiła się zintegrować – i zgodzić – z działaczami Partii Demokratycznej. Ci zresztą za bardzo zintegrować się nie chcieli – etos „S” służy im jak etola, mająca podkreślić ich wyjątkowość – tylko, że jest ona już mocno wyleniała i podszyta pustką – pustką elektoratu i znaczenia na scenie politycznej.
Sierakowski: demiurg w powijakach

Sławomir Sierakowski to obecnie chyba największa gwiazda polskiej polityki. Tak, właśnie – nie Donald Tusk, nie były premier, Jarosław Kaczyński, czy jego brat, prezydent, nie Lech Wałęsa czy Antoni Macierewicz.
Nie ich się słucha i czyta, nie czeka się na ich wypowiedzi – lecz wszyscy zerkają w stronę młodego, lekko zgarbionego, jeszcze młodzieńca i oczekują ,co on napisze, ogłosi na zebraniu Klubu „Krytyki Politycznej”, albo bąknie w jakiejś stacji telewizyjnej. I nie ma znaczenia, że z reguły jego wypowiedzi są enigmatyczne i dość przewidywalne – bo to powiedział właśnie on, Sławomir Sierakowski.
Określają go już mianem guru polskiej nowej lewicy – tej, która nie jest obciążona postkomunistycznym aparatem, papieżem nowej myśli lewicowej (choć wydawał też w swojej oficynie dzieła z materiałami Lenina…), a ostatnio zaczęto mówić o nim per demiurg. Spotkał się z Wojciechem Olejniczakiem, w knajpce o uroczej nazwie „Szparka” i kilkoma zdaniami wyzwolił młodego też szefa SLD z wpływów starych aparatczyków, Janika i Szmajdzińskiego. To on miał być autorem pomysłu, aby wypchnąć trzech polityków Partii Demokratycznej z klubu LiD i zawrócić SLD na tory polityczne skręcające w lewo. Okrzyknięto to wielkim sukcesem i wizjonerskim spojrzeniem na przyszłość lewicy. Tylko, że Sierakowski temu zaprzecza i nie przykłada do swobodnej, jak to określił, wymiany zdań wielkiego znaczenia. A dodatkowo wizjonerskie spojrzenie zakończyło się tym, że za Widackim, Lisem i Filarem poszli działacze SdPL, w ilości 6 – i za chwilę rojenia o konsolidacji lewicy ulecą w powietrze.
Demokraci.pl – pozamiatane?

Powołanie platformy wyborczej Lewicy i Demokratów w sierpniu 2007 roku przyjąłem z dużą sympatią. Już nie jako zwolennik, ale raczej jako bardzo życzliwy sympatyk. Liczyłem, że nowa zjednoczona lewica, składająca się z młodych SLD, postkorowców i pod przewodnictwem Aleksandra Kwaśniewskiego – będzie mocną trzecią siłą polityczną w polskim parlamencie i naturalnym koalicjantem dla Platformy Obywatelskiej.
Cóż – nikt nie przypuszczał wtedy, że plebiscyt kto za – kto przeciw Kaczyńskiemu ,przybierze taki dramatyczny obraz, że Kwaśniewski „zachoruje” na tajemniczą „filipinkę”… i rzeczywiście LiD miał trzeci wynik wyborczy – ale nie miał legitymacji do wejścia do rządu…
Patrząc na konwencję wyborczą Lewicy i Demokratów, na Rozbrat, w siedzibie Sojuszu Lewicy Demokratycznej, wielu zadawało sobie pytania – dlaczego w jednym rzędzie siedzą tacy ludzie jak Lityński, Pinior, Lis, Borowski, Onyszkiewicz, Kwaśniewski, Kalisz? Przecież tych ludzi te 27 lat temu dzieliło wszystko, byli na przeciwstawnych biegunach politycznych i społecznych. A teraz siedzą obok siebie. Czy tylko niechęć do rządów PiS-u ich do siebie zbliżyła, czy chęć wejścia do nowego parlamentu jest motorem ich działania, czy coś więcej?
Koniec z LiD – nic się nie stało

Wczorajsza konferencja prasowa Wojciecha Olejniczaka, informacja o odejściu od koalicji z Partią Demokratyczną – partią z którą SLD tworzyło koalicję wyborczą Lewica i Demokraci – a następnie klub parlamentarny – ma znaczenie… poznawcze. I żadnego innego, jest tylko zagraniem medialnym, bez faktycznego znaczenia, ani na pozycję samego SLD, ani na pozycję partii Janusza Onyszkiewicza.
Było wiadome, że ten sojusz, stworzony wokół Aleksandra Kwaśniewskiego, będą zwieńczeniem marzeń połączenia i pogodzenia środowiska odwołującego się do lewicy i środowiska postsolidarnościowego – rozpadnie się, co było wynikiem działania samego Kwaśniewskiego i wynikającej z tego porażki wyborczej.
Problemem demokratów.pl jest właściwie tylko to, jak zakończyć działalność. Czcigodna rada starszych tej partii – która stanowi jej siłę – i jedyną wartość – musi zakończyć smutny żywot tego zstępnego Unii Demokratycznej. Panowie Geremek, Mazowiecki, Onyszkiewicz czy Frasyniuk – mogą sobie znaleźć inne miejsce w polityce i życiu społecznym – reszta może się przyłączyć do Platformy Obywatelskiej. Cześć środowiska danego KOR-u – jest już tylko historią.
Kościół i Zapatero

Zastanawiałem się, co lepiej skomentować – kościół zboczeńców (ks. Andrzej ze Szczecina) i idiotów (Jerzy Robert Nowak w Bydgoszczy), czy kwestię wyborów parlamentarnych do hiszpańskich Kortezów?
Ale pierwsza sprawa jest jasna i prosta, jak tylko może być proste traktowanie tej sprawy, tradycyjnie przez polski Kościół. Winna jest „Gazeta Wyborcza” i dominikanin, któremu jak powiedział, Ewangelia nie pozwalała milczeć – a nie zaniechanie działań w „imię ochrony dobrego imienia Kościoła” przez biskupów diecezji szczecińsko – kamieńskiej – w tym bliskiego Radiu Maryja biskupa Stefanka. I nie jest winny ksiądz Andrzej – on za chwilę stanie się ofiarą czterech młodzieńców – a 13 lat to czas krótki na wyjaśnienie takich drobiazgów.
W drugim przypadku JRN wygłosił już tradycyjną, cotygodniową homilię, poświęconą Grossowi, Żydom, Bartoszewskiemu i innym – i oczywiście kuria znów nic nie wiedziała… No cóż – te rewelacje mamy na co dzień, Kościół miłosierdzia, miłości i dobra dostarcza nam materiału publicystycznego nieustannie.
Potrzeba w Polsce takiego drugiego Zapatero – tylko w dwójnasób zdeterminowanego. Lewica potrzebuje kogoś takiego, kto nie będzie oglądał się na to, co jeden biskup (Pieronek) z drugim (Nyczem) powie – ale będzie walił tak jak się należy – na odlew.
Jose Luiso Zapatero wygrał, bo był uczciwy i bezkompromisowy, bo pokazał, że wartości socjaldemokratyczne mogą być programem dla jeszcze niedawno katolickiego kraju pociągającym.
Uzyskał w parlamencie hiszpańskim przeważającą ilość głosów, i to w reelekcji – bo się nie bał, nie wchodził w kunktatorskie układy. Obiecał wycofanie wojsk z Iraku po zamachach w 2004 roku – zrealizował to zgodnie z planem, nie oglądając się na USA. Prowadzi swoją niezależną od Unii i Ameryki, politykę wobec krajów Ameryki Południowej – i w momencie upadku reżymu braci Castro – to Hiszpania będzie rozdawała karty na Kubie. Wewnątrz kraju nie bał się prowadzić ostrego kursu wobec Kościoła, nie przestraszył się demonstracji inspirowanych przez Kościół Katolicki – socjaliści przeforsowali małżeństwa homoseksualne. I Partia Ludowa przegrała.
Jeżeli polska lewica nie weźmie przykładu z działań takich, jak starego i nowego premiera Hiszpanii – to się nigdy nie podniesie. Jeżeli nie zacznie nazywać spraw po imieniu, to nigdy nie odbuduje zaufania wobec siebie. Jeżeli nie przestanie traumatycznie przepraszać, za to, że istnieje i ma poglądy – to rzeczywiście zdechnie. I nie chodzi tu tylko o SLD – lecz również o inne, lewackie, czy postmarksistowskie ruchy.
In vitro, kwestia aborcji, antykoncepcja, prawa mniejszości, miejsce Kościoła w Państwie, zgodnie z konkordatem, Konstytucją i innymi prawami – i gospodarcza polityka liberalna (Leszek Miller się kłania) – to są tematy i zadania dla lewicy.
Polska lewica uległa mitowi, lansowanemu przez media w ostatnich kilku latach – że na scenie politycznej jest tylko miejsce na dwie siły polityczne, jako głównych rozgrywających – i że ma to być Platforma Obywatelska i Prawo i Sprawiedliwość. I jeżeli lewica nie obudzi się z tego snu, to rzeczywiście, po rekonfiguracji PiS-u – do której powoli zmierzamy – wolne siły wyborcze zaanektuje nowa siła powstała na to miejsce – katolicka partia populistyczna. I wtedy lewica rzeczywiście odejdzie w niebyt.
To lewica, jak pokazuje Hiszpania, lewica liberalna społecznie i z liberalnym programem gospodarczym ma szansę na poważne zaistnienie.
Tylko do tego potrzeba facetów z „jajami”. Ostatnią taką osobą jest… Joanna Senyszsyn.
Azrael
Leszek Miller pisze list

Kilka tygodni temu, w reakcji na dość ostre moje uwagi na temat działalności poprzedniej i przyszłej byłego premiera, Leszka Millera, otrzymałem od niego kilka maili. W jednym z nich były premier zaproponował mi zrecenzowanie kluczowym materiałów z kongresu założycielskiego jego nowej formacji, Polskiej Lewicy, jego przemówienia programowego i deklaracji partii. Materiały można znaleźć na stronie partii.
Mocno zaskoczony propozycją, podjąłem się jednak analizy tych pism – i efekt tego można sobie przeczytać na moim blogu.
Okazało się, że nie koniec naszej korespondencji z premierem Millerem, byłym szefem (i jak niektórzy mówią – grabarzem…) SLD. Dziś na jego blogu została zamieszczona odpowiedź na mój artykuł.
Jest ona na tyle ciekawa, merytoryczna i programowa, że pozwalam sobie na jej przytoczenie w całości;
Wytłuszczenia w tekście pochodzą ode mnie.
Panie Leszku, piszę do Pana list…

Pisząc swój tekst na temat polskiej lewicy (Lewica bez pomysłu, 27 stycznia 2007 r.), nie przypuszczałem nawet, że spotka się on z tak specyficznym zainteresowaniem.
Otóż kilka dni później otrzymałem 2 listy elektroniczne od Pana Leszka Millera, twórcy i byłego szefa SLD, premiera rządu – a obecnie… aż by się chciało napisać – emeryta politycznego – ale nie – szefa i twórcy nowej partii na lewej stronie sceny politycznej – Polskiej Lewicy.
Pan premier napisał w swoich mailach (mam nadzieję, że nie obrazi się za ujawnienie korespondencji – bo dotyczy ona spraw programowych i fundamentalnych);
Szanowny Azraelu, przeczytałem z uwagą twój wpis “Lewica bez pomysłu”. Kiedy
natrafiłem na fragment:
“Czy może pisać o nowej partii Leszka Millera, Polskiej Lewicy, która z
kolei jest formacją nastawioną na promowanie swojego wodza i właściwie poza
jednostronicowymi hasłami nie ma programu? Bo czy może być zaczątkiem
programu stwierdzenie, że “nie powinniśmy się wstydzić czasów PRL”?pomyślałem, że dobrze będzie przesłać ci kilka rzeczy o większej objętości
niż tylko jedna strona wypełniona hasłami.
i dalej;
[...] jeśli zatem zechce
Pan napisać o przesłanych tekstach będę rad niezmiernie.
Pozdrawiam serdecznie
L.Miller
No cóż – zostałem wywołany do tablicy – więc czas na prośbę i propozycję odpowiedzieć.
Lewica bez pomysłu

Pisanie o lewicy polskiej nie jest łatwe, ani przyjemne, ani również twórcze. Bo właściwie – o czym pisać?
Czy pisać o formacji, która werbalnie odwołuje się do etosu lewicowego, a praktycznie jest tylko szczątkami partii władzy Leszka Millera – czyli do SLD? Czy może pisać o nowej partii Leszka Millera, Polskiej Lewicy, która z kolei jest formacją nastawioną na promowanie swojego wodza i właściwie poza jednostronicowymi hasłami nie ma programu? Bo czy może być zaczątkiem programu stwierdzenie, że „nie powinniśmy się wstydzić czasów PRL”?.
Można oczywiście rozpatrywać programy takich partii jak Polskiej Partii Pracy czy Racji PL. Tylko, że nie widać, aby te formacje potrafiły zdobyć się na szersze, niż syndykalistyczne spojrzenie na sprawy społeczne, socjalne i ekonomiczne. Bo niczym innym , jak syndykalizm w czystej postaci, jest strajk w kopalni „Budryk”, sterowany przez związek zawodowy „Sierpień ‘80”.
Można oczywiście zachwycać się „świeżością”myśli środowiska „Krytyki politycznej” Sierakowskiego, Gduli i Dunin – ale ja zostawiam to komentatorom konserwatywnym, którzy doskonale wiedzą, że to kółko zainteresowań nie stworzy nigdy poważnego programu politycznego – nie mówiąc o sprawnej organizacji. Zresztą przywódcę w czerwonej koszuli ostatnio więcej interesuje jego nowy program w TVP i zajęcia parateatralne – niż praca organizacyjna.
Nieuprawniona krytyka Millera

Ostatnie notowania jedynego ugrupowania sejmowego, które się przyznaje oficjalnie do lewicy – Lewicy i Demokratów – są rzeczywiście zasmucające. Powinny być zasmucające dla wszystkich polityków, niezależnie od opcji politycznej, bo dobra, klarowna opozycja podnosi jakość debaty i powinna być krytykiem działalności rządu. Lewica zawsze też jest wyczulona na sprawy społeczne, mniejszości, socjalne.
W wyborach LiD uzyskał 13% poparcia – obecny sondaż daje tej formacji wyborczej tylko 4%.
Czy to koniec lewicy, przynajmniej w tej formie organizacyjnej? Opinie, jak zwykle są podzielone. Jedni politolodzy twierdzą, że to koniec tej formacji w tym kształcie – inni wskazują na odbitą falę powyborczą, która w dalszym ciągu daje wysoki bonus dla wygranej w wyborach Platformy Obywatelskiej – i trend spadkowy LiD się odwróci.
Do tej pory to prawica miała monopol na spektakularne rozpadanie się i znikanie ze sceny politycznej partii.
Kto dziś pamięta takie nazwy, jak Partia Chrześcijańskich Demokratów, ROP czy KPN? Tylko historycy i niedobitki tamtych formacji, najczęściej funkcjonujący poza polityką w ogóle – lub będący członkami innych ugrupowań. Któż pamięta kogoś takiego, jak Łączkowski, ile razy w ciągu ostatniego roku zostało wymienione w publikatorach nazwisko Mariana Krzaklewskiego, w kontekście spraw bieżących, a nawet „Solidarności”?.
Są tacy, którzy świadomie odeszli od polityki, zajmując się innymi sprawami, biznesem, czy nauką, jak Wiesław Walendziak, czy Zbigniew Bujak.
Sojusz robotniczo – chłopski

Miller znalazł swoje miejsce. U boku chłopa, w dodatku – chama i wyrokowca. Miller, który wyszedł z fabryczki w Żyrardowie – zatoczył koło, nie tylko polityczne, ale również – mentalne.
Leszek Miller. Aparatczyk ZSMP i PZPR, działacz starej daty. Za starej, jak na obecne czasy. Nie czas na przypominanie jego niewątpliwych zasług – i jeszcze większych przewin wobec lewicy. Można powiedzieć – miał wszystko – ostał mu się jeno sznur… który mu dynda u szyi.
Ten oszlifowany beton partyjny miał swoje 10 lat, po wybraniu Aleksandra Kwaśniewskiego na prezydenta RP. Z partii, która za przyczyną Kwaśniewskiego, zrobił organizację postkomunistyczną, która wprawdzie osiągnęła w 2001 roku sukces – ale nie taki jak oczekiwano. I potem – była już równie pochyła…
Miller zakończył działalność jako wiarygodny polityk… nie teraz, tylko w 2005 roku, kiedy nie wyciągnął wniosków z porażki wyborczej i nie odsunął się – na kilka lat co najmniej. Mógł dalej jeździć z wykładami, mógł prowadzić publicystykę, być mentorem. Miał okazję poczekać na swoją kolej – jak to swego czasu uczynił Waldemar Pawlak, odsunięty na boczny tor.. Tamten wykorzystał ten czas, i stał się najlepiej przygotowanym merytorycznie i intelektualnie politykiem w Polsce.
Idąc na listę Samoobrony – popełnił poważny błąd. Spalił za sobą mosty w SLD definitywnie – i niezależnie, czy wejdzie do Sejmu, czy nie – odsunął się na margines polityczny. Przełożył prywatę, czyli tak naprawdę dość małostkową rywalizację z Olejniczakiem w Łodzi – nad pryncypia. Szermuję także chęcią odegrania się na Zbigniewie Ziobrze – i wykazania się w pracach komisji do spraw wyjaśnienia śmierci Barbary Blidy – i oczywiście udziału w tym ministra sprawiedliwości. Rozumiem jego motywację, czysto ludzką chęć odegrania się. Ale to nie zwalnia od ważniejszej, też ludzkiej przyzwoitości.
Miller, stając w jednym rzędzie z Wrzodakiem i Lepperem – pokazał, jakim małym człowiekiem i politykiem jest
Miller wzmocnił, oczywiście, Samoobronę – i nieco osłabił koalicję Lewicy i Demokratów. Ale tylko chwilowo, ma to znacznie lokalne. Lepper nie pozwoli na to, aby Miller był twarzą kampanii – za bardzo zagraża to jego pozycji, nadszarpniętej aferami. To będzie tylko chwilowe wahnięcie.
Azrael












