Janke o Urbańskim, czyli sztuka pisania apologii

Dyskusja wokół ustawy medialnej wyzwala w dziennikarzach emocje i postawy, o jakich by nam się nie śniło, podejrzewam nawet, że sami nie wiedzieli, że w obronie układu medialnego, szczególnie układu zależności i koterii w Telewizji Polskiej na ulicy Woronicza, stać ich na takie postawy i opinie – dalekie nie tylko od obiektywizmu dziennikarskiego, ale również od szacunku wobec czytelników i odbiorców programów telewizji, z przyzwyczajenie zwanej tylko publiczną.
I tak, wspominany przeze mnie już niedawno Krzysztof Kłopotowski, twórca programów tak misyjnych, że nadawanych w godzinach późnonocnych (albo wczesnoporannych..) pisze na swoim blogu dyskusyjnym następujące słowa;
Widz widzowi nie jest równy. Na przykład nauczyciel jest ważniejszym widzem od robotnika fabrycznego, ponieważ nauczyciel wychowuje w ciągu życia tysiące młodych osobników a robotnik tylko własne dzieci. Każdy, kto formuje poglady innych ludzi jest tym ważniejszy, im większy jest zasięg jego wpływu. Są to tak zwani liderzy opinii. TVP musi brać ich pod uwagę przy kalkulacji widowni programów misyjnych. Program, który obejrzy tylko kilkadziesiąt tysięcy ludzi może mieć wpływ na setki tysięcy, jeśli trafi do stosownej publiczności. Skrajnym przypadkiem jest reżyser filmowy, który może dotrzeć ze swoją wizją świata do milionów widzów a najskrajniejszym - szef Telewizji Polskiej, który może mieć wpływ na światopogląd całego narodu. Dlatego czepiam się słów prezesa, żeby uniknąć nieporozumień o najpoważniejszych skutkach.
Zadufanie pana Kłopotowskiego i jego poczucie wartości, jako twórcy programów, nie tylko o kinie, ale również pełnych „myśli misyjnych” prowadzi go do tego, że jest wstanie podzielić społeczeństwo na tych lepszych i gorszych, czyli tych, którzy ZROZUMIEJĄ I PRZEKAŻĄ dalej jego „misję”, oraz na tych, którzy nie są warci tego – bo wychowują tylko dzieci. Misja ma polegać na tym, że robi się programy dla „liderów” - reszta może spadać. Liderzy zrozumieją przesłanie – czyli zostaną zaprogramowani według norm pana K. - reszta się nie liczy.
W odpowiedzi redaktor Janinie Jankowskiej

Otrzymałem dziś rano ciekawą korespondencję elektroniczną. Wysłana była o godzinie 5.30, więc podejrzewam, że impulsem do napisania tego krótkiego listu były emocje i potrzeba obrony nie tylko konkretnych instytucji – ale również pewnych wartości – i dokonań samej autorki listu.
Pozwalam sobie go zamieścić na swoich blogach i odpowiedzieć nań, bo choć jest prywatny – to dotyczy rzeczy publicznych, publicznych i ważnych dla wielu (choć już nie wielu świadomych wagi problemów) telewidzów i słuchaczy radia.
Oto ten list
Szanowny Panie,
Proszę łaskawie przyjąć do wiadomości, że media publiczne (TVP i Polskie Radio z 18 rozgłośniami regionalnymi) to przede wszystkim podmioty społeczne, wyższej użyteczności publicznej. To NIE JEST BIZNES jak TVN czy Polsat, przynajmniej nie powinien nim być. Media publiczne sa niezbywalną instytucją UE, wystarczy zapoznać się z dokumentami Rady Europy. Nie ma w świecie demokratycznym kraju, w którym nie byłoby mediów publicznych. (Próbowała je sprywatyzować NZ, ale teraz wraca. One wyznaczaja poziom debaty publicznej, wspierają kulturę, integrują wspólnoty, edukują obywatelsko, wyznaczają standardy . Fakt, że w Polsce stały się w sposób nieprzyzwoity łupem politycznym i w związku z tym są w pernamentnym kryzysie, nie świadczy o ich nieprzydatności. Czy zniszczy pan garnek z powodu przesolonej zupy? Niezależne od biznesu i broniące sie przed naciskami polityków media, dają szansę równego dostępu, a więc pluralizmu. Brak mediów publicznych jest uderzeniem w wolność słowa. Nie rozumiem, jak przy tak otwartym umyśle, taka rynkowo-polonocentryczna klapa na oczach.
–
Janina Jankowska
Redaktor Janina Jankowska to ktoś wyjątkowy w polskim świecie medialnym, postać znana, ceniona, z której głosem liczą się wszyscy – nie tylko dziennikarze. Doskonała dziennikarz i publicysta, także organizator i administrator radia, osoba zaangażowana od połowy lat ‘70 w działalność opozycyjną, wielokrotnie zatrzymywana i więziona.
Obecnie Janina Jankowska jest szefem Rady Programowej TVP – ciała… politycznego.
Igor Janke a prywatyzacja „Presspubliki”

Opisując wczoraj informację, jaką zamieścił redaktor Igor Janke na swoim blogu, dotyczącą domniemanego bojkotu jego macierzystej gazety, „Rzeczpospolitej” ze strony premiera Donalda Tusk, wysnułem przypuszczenie, że może to być komentarz emocjonalny – albo wyrachowany, nakierowany na oddźwięk medialny.
Rzeczywiście – ten blogowy wpis stał się newsem na praktycznie wszystkich portalach i elektronicznych wydaniach gazet, jest szeroko komentowany w sieci.
Przyznam się, że nie bardzo wierzę w emocjonalne podejście do sprawy “bojkotu” gazety redaktora Janke, a dzisiejsza poranna informacja tylko mnie w tym utwierdza.
Otóż w wywiadzie dla „Sygnałów Dnia”, w PR I, minister skarbu, Aleksander Grad oświadczył, że jego resort podejmie działania w kierunku sprywatyzowania wydawnictwa “Presspublica”, albo poprzez giełdę, lub – uwaga - w drodze licytacji.
O, matko, bojkotują nas!

Czegoś takiego jeszcze nie czytałem, ani w prasie, ani w necie, jest to poza standardami dziennikarskimi.
Igor Janke, dziennikarz „Rzeczpospolitej”, umieścił na swoim blogu, w portalu Salon24 artykuł, w którym skarży się, że premier, Donald Tusk bojkotuje ponoć jego macierzystą gazetę i nie chce udzielić dla niej wywiadu.
Janke opisuje peregrynacje redakcji jego gazety i jego własne, zmierzające ku temu wywiadowi. Już na początku stwierdza, że jest to właśnie bojkot, bo szef rządu, według niego, nie ma prawa odmowy wypowiedzi na pytania dziennikarzy – bo „Rzepa” to jednak z trzech najważniejszych gazet w Polsce, a w ogóle Skarb Państwa ma 49% udziałów w spółce, która to wydaje gazetę. Nie omieszka oczywiście przypomnieć, że Jarosław Kaczyński też nierówno traktował media i wzbudzało to protesty. Tylko nie pisze – czyje protesty, a to, jak się dalej okaże, ma swoje znaczenie.
Po opisie różnego rodzaju podchodów pod Donalda Tuska, i po tym, jak premier na jednym ze spotkań z dziennikarzami powiedział, że do tego wywiadu dojdzie, Janke stwierdza, że powodem ponownego uchylenia się od spotkania jest niechęć rozmowy z naczelnym gazety, Pawłem Lisickim, który miał się znaleźć w zespole przeprowadzającym rozmowę z szefem rządu.
Rytualne tańce wokół ustawy medialnej

Na polityce i medycynie znamy się wszyscy. Na piłce nożnej też, na tym, co jest dobre w kulturze – też. Doda jest zła, bo wulgarna, choć ma 156 IQ i wie, co chce osiągnąć, a Chopin jest dobry, bo nasz. Ale czym się różni nokturn od mazurka i kaprysu – już pewnie nie wiemy. Publicystyka polityczna tez jest nam bliska – szczególnie ta odpowiadająca naszym poglądom politycznym. No to jak się na tylu sprawach znamy – to i na mediach też…
Platforma Obywatelska wzięła się za te media. Nie tak, jak bym chciał – ale chyba w tej sytuacji prawnej – oraz układu parlamentarnej – nie ma innej metody.
Właśnie została znowelizowana ustawa medialna, przeszła przez Senat, jeszcze tylko raz do Sejmu, oczywiście veto Lecha Kaczyńskiego i ugoda z SLD – i jazda. Można po Urbańskim i Czabańskim posprzątać, a także po innych popisowskich popaprańcach.
Ustawa zbiera KRRiT prawa przyznawania koncesji i oddaje je w ręce Urzędu Komunikacji Elektronicznej. Członkowie KRRiT (będzie ich siedmiu – trzech delegowanych przez Sejm, dwóch z nominacji Senatu i dwóch będzie wyznaczał prezydent) będą zarabiać mniej. Nominanci będą musieli się wykazać poparciem organizacji samorządu dziennikarskiego – lub stowarzyszeń twórczych.
KRRiT będzie organizować konkursy na członków rad nadzorczych i zarządów mediów publicznych i sprawować funkcje kontrolne. Na szczęście nie udzielono prerogatyw dla ministra skarbu ingerencji w działalność zarządów i nominacje w spółkach TVP i PR.
Tak – wiem, że nie tak miało być, nie o to chodziło. I nie jestem z tego zadowolony, ponieważ to rodzi znów podejrzenia o próbach wasalizacji politycznej mediów. Dlatego – będę oczekiwał, że Platforma podejmie działania, nie tylko hasłowe, jak w sprawie abonamentu – faktycznego uzdrowienie mediów. Ale nie tak, jak by sobie życzyli tego zainteresowani – czyli ci, którzy z reguły dzięki tym mediom dobrze żyją.
Tak zwane „środowiska” muszą sobie trochę ponarzekać i trochę pokazać, jak im zależy na „niezależności” mediów, na ich „misji” oraz „opiece nad kulturą wyższą”.
Joanna Lichocka i J&S – czyli gonienie króliczka

Podziwiam dziennikarzy „Rzeczpospolitej”. Potrafią jednym artykułem na ćwierć szpalty ogarnąć bezmiar poważnych, skomplikowanych spraw, przeprowadzić analizę, postawić wnioski i za ferować absolutnie pewne wyroki. Joanna Lichocka jest w tym mistrzynią, szczególnie, że zna się i na literaturze (wywiad z Rymuszką o Kaczyńskim, który żubra gryzł w d…) i na przemyśle paliwowym i działaniu administracji państwa – jak w komentarzu z dnia dzisiejszego, do decyzji o karze dla J&S Energy. Podziw bierze dla szerokości, jak się to pisze – spektrum – zainteresowań.
J&S Energy otrzymała znów karę od Agencji Rezerw Materiałowych, w wysokości 461 mln 695 tys. 807 zł i 26 gr., za to samo, za co już raz w dniu 13 grudnia 2007 roku została kara uchylona, decyzją ministra gospodarki, wicepremiera Waldemara Pawlaka. Decyzję podjął ten sam człowiek, prezes Agencji Rezerw Materiałowych Józef Aleszczyk – który wcześniej, we pażdzierniku 2007 ją wydał – jak się okazało – nieskutecznie.
J&S Energy głosem jej szefa na Polskę, Grzegorza Zambrzyckiego, będzie się oczywiście odwoływać od tej decyzji ARM.
Joanna Lichocka już wie, że kara została podjęta słusznie, i że
„ponowne nałożenie przez rządową agencję kary na spółkę trzeba przyjąć z poczuciem ulgi, że tym razem wpływy polityczne J&S okazały się nieskuteczne. A może nawet z nadzieją, że w końcu w Polsce nastały czasy, kiedy także firmy ze świetnymi kontaktami w świecie władzy nie mogą się wykpić od zobowiązań”.
Dalej konkluduje, że
„Wyjaśnienia rządu w tej sprawie były nieprzekonujące i podejrzanie podobne do argumentów prawników i specjalistów od public relations pracujących dla J&S”
…oraz…
„Satysfakcję z tego powodu możemy mieć przede wszystkim my – dziennikarze. To “Rzeczpospolita” ujawniła sprawę umorzenia kary dla J&S, to my konsekwentnie powtarzaliśmy niewygodne dla rządzących pytania i domagaliśmy się odpowiedzi. Pewnie gdyby nie nacisk naszej gazety i innych mediów sprawa by przyschła”
Pięknie, prawda? „Rzepa” złapała Pawlaka „w rozkroku” i niemalże na gorącym uczynku, firma J&S Energy mataczyła, a do tego ma kontakty z władzą.
Do tego mamy jeszcze w tym samym numerze wywiad z Aleszczykiem, który się prezentuje, jako bezstronny i niezależny urzędnik państwa. Głosu drugiej strony – nie ma, bo i po co? Wszystko przecież jest jasne!
To ja może przypomnę, o co tak naprawdę w tej sprawie chodziło – i kto na kogo i dlaczego wywierał naciski polityczne;
(Mój artykuł jest częścią artykułu z lutego tego roku, poświęconego sieci służb specjalnych, polskim sektorze paliwowym).
Drugiej BBC tu nie będzie

Nie czarujmy się – drugiej brytyjskiej BBC w Polsce nie uda się zbudować. Już prędzej drugą Irlandię (albo nawet 11 jak chce Jarosław Kaczyński…), ale telewizji państwowej, niezależnej politycznie i fachowej – w Polsce się zbudować nie da.
Wie o tym doskonale Platforma Obywatelska – i wie też, że dopóki zapis konstytucyjny daje Krajowej Radzie Radiofonii i Telewizji takie uprawnienia, jak daje – to trzeba jakoś z tym żyć.
Telewizja publiczna – bo to o nią się toczy główny bój – żyje z naszych podatków. Podatków i oczywiście z reklam – bo w dalszym ciągu dysponuje największym zasięgiem naziemnym. Tylko, że efektywność wydawanych pieniędzy jest znikoma.
PO jako partia liberalna, jest za deregulacją i sprywatyzowaniem mediów – tylko tego jeszcze głośno nie mówi. Nie wie, albo nie chce wiedzieć, jak się za to zabrać.
Wbrew podejrzeniom – Platformie nie jest potrzebna telewizja jako narzędzie uprawiania polityki, jako agora dla jej politycznych działań. Donald Tusk mają wystarczające poparcie w mediach prywatnych, aby się starać i zabiegać o telewizję publiczną. Problem jest tylko taki, że w obecnym układzie telewizja i radio publiczne może znów za jakiś czas trafić w ręce kogoś, kto nie będzie do niej przychylnie nastawiony.
Marek Migalski dalej na linii frontu

Statystyczny obserwator polskiego życia społecznego i politycznego, z racji ograniczeń zawodowych, czasowych jest zmuszony do oparcia się w kształtowaniu swojej opinii na publikatorach. Radio, telewizja, prasa – i co raz częściej internet. Chyba, że jest aktywnym politykiem lub samorządowcem… ale wtedy słucha swojej partii – i żadne media go nie przekonają.
Czasami do wspomnianych ograniczeń dochodzą też pewne hamulce światopoglądowe; są tacy, którzy nie czytają „Gazety Wyborczej”, ale wiedzą, co w niej jest (wszak zaznajomili się z „Michnikowszczyzną”, nie mówiąc o Łysiaku i Remuszcze), inni – nie słuchają Radia Maryja i nie czytają naczelnego organu Tadeusza Rydzyka - „Naszego Dziennika”. Tak czy siak – wiedza ich jest wybiórcza.
Oczywiście – po jakimś czasie, jeżeli świat otaczający nas interesuje – zauważamy, że informacje, które nam media serwują – nie zawsze odpowiadają prawdzie, nie zawsze są rzetelne. Wynika to z tego faktu, że dziennikarze, ta czwarta władza już przyzwyczaili nas - i siebie - do swojej nierzetelności i zdolności manipulatorskich. Ot, choćby mały przykład z dnia dzisiejszego;
Pewien dziennikarz gazety codziennej, prowadzi od czasu do czasu program poranny w jednej ze stacji radiowych. Zaczyna go przeglądem prasy, dzienników, czasem tygodników. I dziś traf chciał, że rozpoczął ten przegląd od gazety, w której jest zatrudniony, jako ceniony publicysta polityczny. Oczywiście – ma prawo, tym bardziej, że omawiany przez niego artykuł, właściwie komentarz – był niezły, i na tematy bieżące. Tylko jedno ale… ten artykuł był autorstwa naszego prowadzącego… o czym już on nie wspomniał… ale wszystko jest cacy…
W co i po co gra Jan Piński?

W dniu wczorajszym, umieściłem na swoim blogu artykuł pod tytułem „Jan Piński odkrywa szarą sieć powiązań”. Dotyczył on sprawy relacji pomiędzy spółką J&S Energy a Skarbem Państwa, reprezentowanym przez Waldemara Pawlaka. Ale nie tylko.
Jednym z publicystów, którzy zajmowali i zajmują się tą sprawę – a szerzej, działalnością w Polsce spółki J&S Energy, należącej do grupy J&S Group – jest właśnie publicysta tygodnika „Wprost”, Jan Piński.
Piński wieczorem, w dniu 6 lutego 2008 roku, na jednym z blogów w portalu Salon24 umieścił komentarz do artykułu blogerki katartyny, dotyczący tej sprawy. Przytoczę go w całości.
(zapis z blogu kataryny, salon24, 2008-02-06, godzina 23:06)
Dorżniemy watahę!

Joanna Lichocka w dzisiejszej „Rzeczpospolitej” pisze, że nowy rząd zajmuje się, jak to określa,„rewelacjami medialnymi”, dotyczącymi kopiowania danych i wynoszenia dokumentów Służby Kontrwywiadu Wojskowego, jeszcze za szefowania tej służbie przez Antoniego Macierewicza. Uważa także, że zbadanie nielegalnych podsłuchów, zakładanych przez byłe służby – co zostało już udokumentowane i potwierdzane zeznaniami przez komisją ds. służb specjalnych Sejmu – nie jest według naszej pani redaktor warte zachodu – mediów i polityków. Nie mówiąc oczywiście o laptopach i kartach sim, pogryzionych przez asystentkę ministra Zbigniewa Ziobro.
Pani Joannie „trudno jest ocenić, czy rewelacje [...] są prawdziwe”. Więcej – nie bierze się nawet za analizowanie tego, co się dzieje wokół służb specjalnych, ich szefa, Antoniego Macierewicza i ministra Ziobro.
Lepiej zamiast tego zwrócić uwagę gawiedzi na to, że przecież minęło blisko 100 dni działania gabinetu Donalda Tuska – a on nie przedstawił całościowego programu naprawy ochrony zdrowia i nie rozwiązał problemów w oświacie, nie mówiąc już o tym, że inne sprawy budżetówki leżą odłogiem.
Właściwie – można się z tezami Joanny Lichockiej zgodzić – kwestie rozliczeń zbytnio są eksponowane przez nową ekipę rządową i media, szukające newsa – a programy naprawcze państwa, administracji i budżetówki – są w lesie. Ale… no właśnie – jest parę ale…
Jan Piński odkrywa szarą sieć powiązań

Niefrasobliwość polskich mediów, jako odpowiedź na niefrasobliowść polityków – jest porażająca.
Informacje na tematy kluczowe dla polskiego bezpieczeństwa – nie tylko energetycznego – lecz również faktycznego bezpieczeństwa państwa jako organizacji – są na czołówkach gazet, portali internetowych i w newsach stacji telewizyjnych.
Z jednej strony sprawa decyzji darowania kary dla spółki J&S Energy, podjęta przez wicepremiera i ministra polskiego rządu. Spółki, która była i jest w dalszym ciągu w kręgu zainteresowania służb specjalnych Rosji.
Waldemar Pawlak, z przyczyn administracyjnych miał prawo podjąć taką decyzję – decyzja o karze była podjęta w sposób niezgodny z procedurą administracyjną i w związku z tym nieskuteczna i narażająca skarb państwa na dodatkowe koszty odszkodowawcze.
Ale z drugiej strony – biorą pod uwagę i partnera i wysokość kary – miał OBOWIĄZEK co najmniej zawiesić szefa Agencji Rezerw Materiałowych, Józefa Aleszczyka, który wydał taką decyzje – a sprawę poddać kontroli Najwyższej Izby Kontroli. I powinien wykonać to NIEZWŁOCZNIE – czyli już w grudniu 2007 roku – a nie po publikacjach prasowych.
Takie zaniechanie działań przez wicepremiera może rodzić niezdrowe podejrzenia. Tym bardziej, że jak za moment pokażemy – firma J&S Energy stosuje działania „niekonwencjonalne” - z których korzystają dziennikarze.
Publikacje prasowe o tej bulwersującej sprawie ukazały się – w tym wypadku w „Rzeczpospolitej” - bez konsultacji i wypowiedzi Waldemara Pawlaka. Jako właśnie „news”, a nie sprawa zahaczająca o bezpieczeństwo państwa.
Z drugiej strony dowiadujemy się z informacji dziennikarza tygodnika „Wprost”, Jana Pińskiego, zamieszczonej na blogu znanej blogerki, że był on świadkiem działań KORUPCYJNYCH, jakie zostały podjętej przez firmę J&S Energy, za pośrednictwem jej agencji medialnej, MDI, wobec redakcji jego pisma;
Pisze Piński, co następuje; (zapis z blogu kataryny, salon24, 2008-02-06, godzina 23:06)
Debata na temat kary
[...] Jako osoba, która upubliczniła informacje na temat darowania kary przez wicepremiera Pawlaka dodam kilka pikantnych szczegółów.
Otóż o karze za brak zapasów, która groziła J&S chciałem napisać w październiku zeszłego roku. Wysłałem wówczas w tej sprawie pytania do firmy MDI m.in do Pana Gorzelińskiego. Zamiast odpowiedzi dowiedziałem się, że MDI odwiedziło tygodnik Wprost z ofertą rozmów na temat wycofania pozwów dotyczących innych publikacji o J&S na sumę kilkunastu milionów złotych(rekordową w polskiej prasie), byleby tylko nie było tekstu na temat grożącej kary (Ciekawe skąd ta ostrożność, skoro decyzja miała być dla nich zaskoczeniem i niesprawidliwością?). W efekcie zawartej ugody, którą MDI ostatnio pokazuje gdzie może firma J&S wycofała pozwy co oznaczało dla niej utratę połowy wpisowego wynoszącego kilkaset tysięcy złotych, zapłaciła również koszty swoich prawników (4 lata obsługi 5 procesów, jak nic kolejne paręset tysięcy), a w zamian dostała przeprosiny na dwie trzecie kartki, no i brak tekstu na temat kary w październiku i listopadzie (tego ostatniego punktu formalnie w umowie nie było). Przedstawicielom firmy J&S zależało na ugodzie do tego stopnia, iż zaznaczyli, że autorzy tekstów nie muszą przepraszać firmy za swoje publikację (wiedzieli, że może być z tym kłopot).
Jan Piński
Ta informacja, przedstawiona przez redaktora Jana Pińskiego zawiera następujące sprawy;
J&S Energy, poprzez swoich „emisariuszy”, panów Kasprówa i Gorzelińskiego, doprowadziła do ugody pomiędzy spółką a redakcją „Wprost”. Za konkretną wartość – czyli odstąpienie od pozwów sądowych – redakcja tygodnika zgodziła się nie publikować informacji na temat decyzji Waldemara Pawlaka, wobec J&S Energy…
Czy to można nazwać korupcją? W czystej postaci – zapewne nie. Ale Jan Piński pisze, że jego redakcja ODSTĄPIŁA od poinformowania opinii publicznej o sprawie ważnej z punktu widzenia bezpieczeństwa, w zamian za zaniechanie działań firmy gazowej…
Jan Piński niechcący odsłonił, na jakiej zasadzie działają firmy PR, pracujące na rzecz różnego rodzaju firm. I w ten sposób odkrył nam system działania szarej sieci powiązań i wpływów.
Jan Piński uchodzi za specjalistę od pisania o sprawach PKN „Orlen” i właśnie J&S Energy.
Warto się zapytać – czy i jak informacje, zbierane przez redaktora Pińskiego były wykorzystywane?
Azrael
Znów awantura o książkę

Jeszcze dobrze nie skończyła się „wielka, ogólnopolska dyskusja” o książce Jana Tomasza Gross, „Strach”, a już na horyzoncie następna dyskusja.
Piszę z przekąsem o tym – bo podobnie jak w przypadku „Strachu” - dyskusja będzie się toczyła w mediach, pomiędzy poszczególnymi publicystami, redakcjami i środowiskami – bez szerszych konotacji i refleksji społecznych – czy w tym przypadku – religijnych, światopoglądowych i wewnątrzkościelnych. Choć może się okazać, że dla niektórych ta nowa pozycja wydawnicza będzie ważna i przełomowa.
Jutro Wydawnictwo Sic! Wypuszcza na rynek książkę Tadeusza Bartosia, byłego dominikanina i dalej działającego teologa, pod tytułem “Jan Paweł II. Analiza krytyczna”.
Wydawca książki pisze o nowej pozycji wydawnictwa;
“Książka Tadeusza Bartosia o Janie Pawle II, opatrzona podtytułem „analiza krytyczna”, znacząco różni się od dotychczas wydawanych w Polsce pozycji poświęconych zmarłemu w 2005 roku papieżowi. Autor - znany teolog, publicysta i były dominikanin - nie rysuje bowiem kolejnej laurki, lecz przygląda się postaci i poglądom Jana Pawła II z krytycznym namysłem.”
Książka nie jest pełną i kompletną monografią krytyczną życia i pontyfikatu Karola Wojtyły. Jest to raczej zaczątek dyskusji na ten temat.
Ćwiąkalski idzie po śladach Ziobry

Dziennikarze (ostatnio Igor Janke i Tomasz Sekielski) z mało ukrywaną satysfakcją piszą, że minister sprawiedliwości, Zbigniew Ćwiąkalski, podobnie jak jego poprzednik, uległ magii telewizji, mikrofonów, kamer, konferencji prasowych.
Podobnie jak Zbigniew Ziobro posługuje się sprawnie gadżetami – dla Ziobry była to słynna niszczarka, przy sprawie afery billboardowej, czy „gwóźdź” z podsłuchów Andrzeja Leppera – dla Ćwiąkalskiego – są ta na pół popsute notebooki i poprzecinane karty sim z telefonów byłego szefa MS.
Zgoda, w pełni zgoda – Ćwiąkalskiego jest za dużo w mediach. Za dużo w błahych sprawach – za mało w poważnych. Zniszczone notebooki bez ekspertyzy – a najlepiej raportu z odzyskanych danych z dysków – mają wartość tylko medialną.
Vivat niezależne media! Vivat!

Czy pamiętają Państwo, Szanowni, jak miesięcznik branżowy „Press” przyznawał swoje ostatnie nagrody, Grand Press? Może nie tyle samą uroczystość, a raczej komentarze do niej, tak zwanych „niezależnych” dziennikarzy i publicystów?
Nie zostawiano na niej (nagrodzie) suchej nitki, ani na nagrodzonych, jednym głosem prawa strona polskiego lobby dziennikarskiego (malejąca po wyborach – wszak poglądy – nie krowa – zmienne są…) mówiła i pisała, że to salon (albo Salon…) III RP się nagradza.
No, ale jedyna uczciwa gazeta, gazeta, która zasłużyła ostatnio na ciepłe słowa Jarosława Kaczyńskiego, jako , według niego – jedyna prawdziwie niezależna prasa, „Gazeta Polska” i jej przybudówka – miesięcznik „Niezależna Gazeta Polska”, postanowiły uhonorować prawdziwe autorytety;
I tak - Krzysztof Czabański, prezes Polskiego Radia otrzymał nagrodę imienia świętego Grzegorza I Wielkiego, którą otrzyma z rąk samego, niezależnego i nikomu się niekłaniającego, obdarzonego stygmatem „pluszowego męczennika”, Tomasza Sakiewicza. Wręczenie tej nagrody odbędzie się dziś, podczas gali z okazji 15-lecia “Gazety Polskiej”. Redaktora Piotra Wierzbickiego, który tworzył „GaPę” - raczej nie będzie…
Sakiewicz podkreślił, że to „dzięki prezesowi Czabańskiemu w PR mogą wypowiadać się osoby o różnych poglądach. ” - i za to, za ODWAGĘ, miesięcznik docenił prezesa Czabańskiego.
Skromnie nie dodał, że odwaga Krzysztofa Czabańskiego była tak przeogromna, że aż zaprosił samego Tomasza Sakiewicza do prowadzenia programu „Sygnały Dnia” w PR I.
Wartość Tomasza Lisa

Media się rozgrzewają w dwóch przypadkach – kiedy coś się dzieje w polityce lub kiedy coś się dzieje w nich samych. Pomijam sprawy katastrof i wypadków – bo wtedy media dostają amoku… i przekraczają z reguły granice przyzwoitości i rzetelności dziennikarskiej.
Ostatnio panów żurnalistów rozgrzał kontrakt na program publicystyczny Tomasza Lisa dla TVP.
Już samo podpisanie umowy zostało potraktowane jako wydarzenie nie tylko z obszaru mediów, ale również polityki i wręcz obyczajów. Lis nie ukrywał przez ostatnie dwa lata rządów ekipy PiS, że uważa telewizję publiczną, pod kierunkiem Bronisława Wildsteina, a później, Andrzeja Urbańskiego, za narzędzie uprawiania polityki partyjnej. Nie tylko zresztą PiS – ale całego układu koalicyjnego.
Andrzej Urbański natomiast, wierny żołnierz Prawa i Sprawiedliwości (do dnia 22 października 2007 roku…), potem zaczął szukać gwałtownie kogoś, kto by uwiarygodnił jego tezę o pluralizmie i otwartości telewizji publicznej. Wprawdzie wcześniej też o tym mówił, puszczając balony próbne w stronę Moniki Olejnik i Sławomira Sierakowskiego z „Krytyki Politycznej”, ale na deklaracjach werbalnych się skończyło.
Z Tomaszem Lisem poszło szybko, łatwo i przyjemnie. Lis, mając taką pozycję medialną i przetargową, jaką sobie sam wyrobił, uznał, że gra warta jest… tych paru groszy, poza tym, o czym pisałem już wcześniej – nie wykluczone, że jest to gra z jego strony na stołek prezesa całej TVP.












