Archiwum dla lipiec 2009
Powstanie Warszawskie – refleksje
“Serce Warszawy bije na Powązkach, na cmentarzu warszawskich powstańców, przy grobach batalionu “Zośka”, pod brzozowymi krzyżami”
Tomek Budzyński, “Armia”
„Stolica pomimo bezprzykładnego w historii bohaterstwa z góry skazana jest na zagładę. Wywołanie powstania uważamy za ciężką zbrodnię i pytamy się, kto ponosi za to odpowiedzialność”.
Gen. Władysław Anders
Im więcej się wie o Powstaniu Warszawskim, im więcej się czyta materiałów, świadectw, tym trudniej jest formułować opinie o jego roli i zasadności jego wybuchu. Czy dobrze się ono przysłużyło Polsce i Polakom, czy miało realny wpływ na przebieg II Wojny Światowej i na ład polityczny po niej? Miało, zapewne miało, ale nie taki, jak stał u podstaw decyzji o jego wybuchu.
* * *
Jeszcze kilka lat temu, kiedy moja mocno wiekowa sąsiadka z dołu pod koniec lipca rozpoczynała całodzienne i nocne koncerty muzyki powstańczej, denerwowało mnie to. Po co ona rokrocznie to tak wspomina? Czy obraz śmierci i klęski Powstania jest w niej tak dojmujący, że musi się leczyć muzyką? A może wspomina najważniejsze i najpiękniejsze sceny z życia? Może wspomina tych którzy polegli? Pewnie wszystko po trochu… Obok mieszka sąsiad, znam go od wielu lat, ale dopiero kilka lat temu zauważyłem, że 1 sierpnia o poranku wychodzi ubrany w beret z orłem i flagą w ręce… Muzyka mi już nie przeszkadza, czekam na nią i nie włączam swojego radia…
* * *
Powstanie to dla mnie największa tragedia polskich losów, ponieważ jest zawinione głównie przez Polaków. Jeszcze kiedy byłem młodym człowiekiem, w ręce wpadła mi książka „Przemarsz przez piekło” Stanisława Podlewskiego. I jest to w dalszym ciągu dla mnie najważniejsza pozycja o tamtych czasach, ponieważ jest zbiorem świadectw bezpośrednich uczestników, skrupulatnie zbieranych przez autora, jeszcze, kiedy był w niewoli niemieckiej, po upadku Powstania. Jest dziełem wolnym od politycznych dywagacji, pełnym prostej prawdy – i dlatego brutalnym i prawdziwym.
Transfer bloga
Przypominam, że już od przyszłego tygodnia ten blog przejdzie w stan hibernacji. Będą się tu pojawiały tylko linki do artykułów w moim nowym, domowym, głównym blogu
Przypominam, że nowy blog jest pod tym adresem;
Azrael
Zapiski zza Atlantyku – 30 lipca
Czarny Rasista
Henry Louis Gates, profesor Uniwersytetu Harvarda w Cambridge, został zaaresztowany w zeszłym tygodniu. Nie on jeden, ale profesor Gates jest czarny, a policjant, który go zaaresztował, biały.
Profesor Gates, starszy pan, znana postać miasteczka uniwersyteckiego Cambridge po prostu zapomniał kluczy. Dużo się nie namyślając, spróbował dostać się do swojego domu. Miał pecha, jak to w małych miasteczkach bywa; ktoś to przyuważył i zadzwonił na policję. Kiedy policja podjechała pod jego dom, profesor Gates był już w środku. Kiedy policjanci domagali się wyjaśnień, profesor pokazał im dowód potwierdzający, że był właścicielem owego domu oraz profesorem Uniwersytetu Harvarda. Jednak został zaaresztowany. Oficer, który zaaresztował profesora zeznał, że profesor Gates użył ostrych slow, a na końcu nazwał go rasistą. Jednak taśmy, które nagrywały przebieg owego dialogu nie potwierdziły zeznań policjanta. Ta cala sytuacja rozpętała niekończąca się debatę, kto jest rasistą w tym kraju.
Czarni oraz Latynosi uważają, że są o wiele częściej zatrzymywani przez policjantów niż biali. I jest to fakt. Pomimo tak wielu zmian, podejście policji w stosunku do kolorowych nie uległo zbyt dużej zmianie, nie zresztą samej policji.
45 lat temu, kiedy „Affirmative Action”, program promujący równość i sprawiedliwość, został wprowadzony w życie, nietolerancja w stosunku do czarnych oraz Latynosów była znacząca. Założeniem „Affirmative Action” było zapewnienie równości niezależnie od koloru skory, płci czy pochodzenia. Ale ten system się nie sprawdził. Korupcja rządów stanowych oraz nieprzemyślane plany wykreowały większe podziały oraz problemy.
Czytanki (nie)oszołomów, czyli prawicowi popaprańcy
Chciałem sam na ten temat napisać, ale Jan Osiecki, dziennikarz “Newsweeka”, zrobił to nie tylko dokładnie, ale również z odpowiednią dozą humoru.
Po sprawie Pani Katarzyny S., znanej jako kataryna w polskim internecie, to druga afera, związana z blogerami. Choć Panią Szmidt trudno nazwać “blogerką”, ponieważ to czym się ona głównie zajmuje, to kradzież własności intelektualnej. Jej pisanie polega na kradzieży materiałów z innych stron internetowych, a następnie wklejanie ich u siebie. Poza tym znana jest z inicjatyw, które zakłada i tworzy taśmowo, a potem je niszczy. Nikt drugi w polskim internecie tak nie kompromituje prawicy, i jednocześnie blogerów. Druga Pani, Małgorzata Puternicka, jak sądzę, miała dobre intencje, natomiast ich wykonanie powierzyła skrajnym oszołomom. A co Pani Walentynowicz… cóż, teorie spisku zostały przez nią i jej znajomych, Wyszkowskiego i małżeństwo Gwiazdów mocno wsparte…
———————————————————————————————————–
Kompromitacja a la prawica
Kochajmy naszych prawicowców, bo tak szybko się kompromitują. Tragikomedia pt. „benefis Pani Anny Walentynowicz” – dobiega końca. Sprawa będzie jednak długo budziła nie tylko uśmiech, ale również poczucie niesmaku. Dla tych którzy nie znają nie śledzą tak dokładnie okolic prawej ściany naszego internetowego zaścianka krótkie streszczenie.
Pawlak i prywatyzacja

Wywiad wicepremiera Waldemara Pawlaka dla tygodnika „Newsweek” wzbudził duże zainteresowanie innych mediów i polityków, tylko, że zwrócono uwagę nie na te jego wypowiedzi, które były w nim najważniejsze. I sam Pawlak musiał wyjaśnić, o co tak naprawdę głównie mu chodziło…
Wicepremier i minister gospodarki rzeczywiście zarzucił Platformie Obywatelskiej działanie pod sondaże i chaos w mediach publicznych, ale clou jego wywiadu dotyczy zagadnień zupełnie innych – spraw prywatyzacji. Waldemar Pawlak nie ma żadnego sporu z samym Donaldem Tuskiem i jego bezpośrednim zapleczem politycznym – konflikt dotyczy współpracy z ministrem finansów, Jackiem Rostowskim i ministrem skarbu, Aleksandrem Gradem.
Kilka dni temu premier wyraźnie zapowiedział, że podwyżki podatków w tym roku, ani w przyszłym nie będzie. Nie będzie podwyżki, ale jest zupełnie jasne, że tegoroczna dziura budżetowa, a także plan DEFICYTU nie tylko budżetu, ale również całych finansów publicznych, musi zostać czymś wypełniony. Jeżeli rząd zakłada, że nie dojdzie do zwiększenia obciążeń fiskalnych przedsiębiorstw i osób fizycznych, przy zachowaniu konieczności zachowania wysokości deficytu (sprawa wejścia najpierw w sferę ERM2, następnie przyjęcie euro), to można to zrobić tylko poprzez cięcia wydatków i prywatyzację. A cięcie wydatków trzeba by zacząć od zabrania przywilejów, z których największym jest przecież KRUS, którego PSL i Waldemar Pawlak muszą bronić niczym Szela…, gdyż jest to dla nich być albo nie być na scenie politycznej.
Polskie Stronnictwo Ludowe nie jest już partią chłopską sensu stricte. To partia „aparatu” wiejskiego i małomiasteczkowego, a także bogatego chłopstwa, „kułaków” XXI wieku. PSL jest silny w regionach siłą swoich działaczy i siłą przywilejów, jakie im zapewnia.
stasiak.beta.prezydent.pl

Mamy kolejny lifting w Kancelarii Prezydenckiej Lecha Kaczyńskiego. Już tylko archiwiści dziennikarscy wiedzą dokładnie który to raz zmienia się jej szef – piąty, szósty? Nie ma to znaczenia – i tak raczej są to bardziej figuranci, niż rzeczywiście znaczące osoby w państwie. I to chyba właśnie było głównym powodem tego, że Piotr Kownacki tak sobie pofolgował w wywiadzie z Mazurkiem dla „Dziennika”. Były szef stracił po prostu szacunek do figuranta Lecha Kaczyńskiego, a to z kolei, jak już pisałem, oznacza brak obustronnego zaufania.
W kancelarii Kaczyńskiego nie ma już żadnego polityka, Władysław Stasiak też nim nie jest, to tylko urzędnik, i to urzędnik o bardzo ograniczonym zakresie kompetencji (sprawy bezpieczeństwa). Zresztą nie potrzeba w otoczeniu prezydenckim żadnego polityka, bo i tak support polityczny ulokowany jest zupełnie gdzie indziej, na ulicy Nowogrodzkiej, w siedzibie Prawa i Sprawiedliwości, a jak czas pokazał, do „zarządzania” Lechem Kaczyńskim wystarczy przecież tylko telefon, plus niedzielny obiadek u mamusi bliźniaków.
Stasiak to człowiek miły, jeden z bardzo niewielu z otoczenia Kaczyńskich, na którego można patrzeć, i którego można słuchać bez zgrzytania zębami. Jest to jednak człowiek bez właściwości, bez oblicza i w związku z tym bez znaczenia. Jego charyzma podobna jest balowi drzewa na morzu, a jego opinie doskonale pasują do wstępów książek – można je po prostu spokojnie pominąć. Może i uspokoi atmosferę wokół Lecha Kaczyńskiego, ale czy teraz, kiedy kampania do wyborów prezydenckich się właściwie już zaczęła, taki frontman jest najwłaściwszy?
Mit apolityczności

Dość często czytam i słyszę opinie skierowane pod moim adresem, że za dużo w moich tekstach polityki, a za mało podejścia do tematów w sposób „obiektywny”, odizolowany od partii politycznych, polityków… „A., powinieneś wiedzieć, że MY nie zajmujemy stanowiska politycznego, nie zajmujemy się bieżącą polityką, nam zależy na uporządkowaniu administracji, prawa, ochrony zdrowia, etc., etc, (dalej trzeba wstawić następne problemy, którymi się koniecznie trzeba zająć, oczywiście z pozycji apolitycznych). I broń panie B., nie wolno wspierać ŻADNEJ siły politycznej, bo to tylko może zaszkodzić przejrzystości naszych planów i sile przekazu…
I w ten sposób tworzy się odezwy, programu, ogłasza się pomysły, pisze się deklaracje i stanowiska, które są doskonałe merytorycznie, spójne programowo, czasem nawet odkrywcze. Zamieszcza się te stanowiska w gazetach albo na portalach internetowych, czasem pisze się listy – najchętniej otwarte. Wszyscy się pochylają nad myślami naszymi, kiwają głową z aprobatą, czasem nawet nawiążą w swoich materiałach, piszę o politykach, czy publicystach, a potem sprawa, program, czy idea umiera…
Dlaczego? Dlaczego nasze wielkie myśli i idee rozchodzą się kołami na wodzie życia publicznego, a potem, bardzo szybko zamieniają się w martwą falę? Dlaczego nawet najlepsze, nowatorskie pomysły organizacyjne, czy nawet rozwiązania prawne nie znajdują posłuchu? Odpowiedź jest prosta, tak jak proste są prawidła życia politycznego w państwie demokratycznym.
Nie ma czegoś takiego, jak apolityczność. Apolityczność zakłada, że stoimy z boku wydarzeń i instytucji życia politycznego i publicznego, sami siebie skazujemy na margines życia społecznego. I dodatkowo, rezygnując z własnych poglądów politycznych, na rzecz mitycznej i pustej apolityczności, skazujemy się na samocenzurę.
W demokratycznym państwie polityka i działalność w imię szeroko rozumianego interesu publicznego, który zawęża się do interesu społecznego określonych grup, a wreszcie do interesu indywidualnego obywateli, odbywają się za pomocą partii politycznych. Oczywiście, nie tylko, ale to właśnie one są traktowane jako główne „wehikuły” myśli politycznej i państwowej. Dlatego alienacja od partii politycznych jest dla środowisk, które chcą uchodzić za opiniotwórcze samobójcza.
Inteligencki PRL
![]()
Kilka dni temu minęła kolejna rocznica Manifestu PKWN, 65. Nie była hucznie obchodzona, bo i nie ma czego tak naprawdę świętować, dokument sporządzony w Moskwie nie był ani żadną konstytucją, był tylko aktem założycielskim państwa, którego suwerenność była mocno problematyczna. Jednak PRL był, i jest dalej, ojczyzną dla wielu żyjących nadal i odżegnywanie się od niego, próba udowodnienia, że się urodziło w roku 1989, a z tamtymi czasami ma się luźny związek, nie ma specjalnie sensu. PRL był Polską, w której żyło kilkadziesiąt milionów ludzi, który zostawił po sobie dorobek, w którym żyli obok siebie ludzie o różnych poglądach, przeszłości i reprezentujący różne wartości i sposób na życie.
Polska lat 1944 – 1989 opisywana była przez wielu, ale zbiorczego opisania tamtych czasów nie znajdziemy, tym bardziej, że nie jest możliwe napisanie historii takiej, która by odpowiadała wszystkim, i na wszystkie pytania. Historia żyje w dalszym ciągu w ludziach i ich wspomnieniach.
Jakiś czas temu otrzymałem w prezencie książkę, zatytułowaną „Mój PRL”, autorstwa Aleksandra Jerzego Wieczorkowskiego (PW Rzeczpospolita SA , Warszawa 2007). Otrzymałem ją od samego autora, mojego redakcyjnego kolegi z gazety internetowej Studio Opinii, z prośbą „o życzliwą lekturę”, jak zostało to napisane w dedykacji. Przeczytałem tę pozycję chętnie, nie tyle życzliwie, bo książki, a szczególnie biografie, czy autobiografie, powinno się czytać z dystansem, a o tym, czy po przeczytaniu można dalej myśleć życzliwie o jej autorze, czy już tylko „życzliwie”, decyduje… subiektywna ocena.
Nie będzie więc to recenzja, bo książka zresztą nie ma ambicji być dziełem literackim, lecz raczej zapisem świadomości, i pewną ekspiacją człowieka, który w tamtych czasach uczestniczył aktywnie w życiu literackim i dziennikarskim Warszawy i PRL.
Polityka pamięci

Polacy się nie lubią ze swoimi sąsiadami. Kiedy nawet oficjalnie się pisze i mówi o wielkiej przyjaźni, miłości, czy nawet braterstwie, to jednak gdzieś zawsze pozostaje przysłowiowe “ale”, czyli ta przyjaźń podszyta jest wypominkami, resentymentami, jest zawsze jakoś warunkowa. I w polskim odczuciu, to zawsze my, Polacy, jesteśmy tymi, którzy z takiej warunkowej przyjaźni powinni wyciągać więcej.
Hasło polityki historycznej w Polsce pojawiło się stosunkowo niedawno, i było ono od samego początku traktowane bardziej na użytek wewnętrzny, dla celów immanentnej polityki w kraju. Od samego początku nie była to prosta i naukowa refleksja nad historią, lecz raczej interpretacja, konieczna dla podkreślenia aktualnej linii politycznej formacji, dla której było to raczej narzędzie politycznego marketingu. W myśl starego orwellowskiego hasła, “Kto panuje nad przeszłością – panuje nad teraźniejszością”, polityczna tendencja, uznano, że jeżeli uda się zweryfikować historię, szczególnie tę najnowszą, ostatniego dwudziestolecia, na swoją korzyść, to zdobędzie się prymat w polityce bieżącej, że jeżeli uda się przemodelować świadomość historyczną społeczeństwa, to jednocześnie uda się je nakłonić do akceptacji określonego programu politycznego. Polityka historyczna weszła do kanonu działań ideologicznych, a także stała się elementem marketingu politycznego.
Polityka historyczna została zapisana już w 2005 roku w programie wyborczym Prawa i Sprawiedliwości. Miała być ona jednym z fundamentów tworzenia tak zwanej IV RP. I była realizowana, miała wpływ zarówno na polską politykę zagraniczną, jak i na wewnętrzne relacje, szczególnie pomiędzy poszczególnymi partiami politycznymi, a społeczeństwem. Nie tylko była ona elementem rozgrywki politycznej wewnątrz kraju, stosowano ją również w polityce zagranicznej. Była szczególnie widoczna w kontaktach z Niemcami, gdzie konflikty, wynikające z zachowaniach różnych organizacji niemieckich uchodźców, powodowały gwałtowne reakcje polskiego rządu, urzędu prezydenckiego i mediów. I w wielu przypadkach są to reakcje słuszne, choć nie zawsze dobrze i skutecznie artykułowane. Nie zawsze adresat polskich protestów był dobrze wskazywany. Bo nie jest nim rząd Niemiec, który nie jest stroną w tego rodzaju konfliktach. Wynika to z braku znajomości zasad funkcjonowania demokracji i praw organizacji pozarządowych i prawa do swobody wypowiedzi w krajach o rozwiniętej demokracji.
Wolę wariata…

Kilkanaście tygodni temu polski parlament znowelizował Konstytucję RP, uzupełniając ją o przepis mówiący, że do polskiego parlamentu nie mogą kandydować i być wybierane (bierne prawo wyborcze) osoby skazane prawomocnym wyrokiem za przestępstwo umyślne. Przepis ten został uchwalony w trybie przypominającym głosowania podobnym do odrzucenia weta prezydenckiego normalnej parlamentarnej ustawy.
Wielu komentatorów uznało tą zmianę za szkodliwą i ograniczającą w pewnym stopniu prawa obywatelskie.
Wybór posłów i senatorów do parlamentu to jedno najważniejszych praw i zwyczajów demokracji. O tym, czy kandydat nadaje się na posła/senatora, powinni decydować w sposób nieskrępowany wyborcy. Jeżeli uznają, że chcą, aby ich reprezentował ktoś, kto ma problemy natury prawnej – nie powinno im się tego zabraniać. Ograniczenie prawa do dysponowania swoim głosem wyborczym przez sądy – jest de facto ograniczeniem praw demokratycznych.
Można przyjąć, że sądy są organami państwa całkowicie niezawisłymi i apolitycznymi, ale trzeba pamiętać, że sądy działają na podstawie materiałów, dowodów i dokumentów przygotowywanych przez inne organy państwa, głównie przez prokuraturę. Można też założyć, że jest ona też niezależna, ale praktyka społeczna i polityczna mówi nam, że może to być czystą iluzją. Oznacza to, że powodem wykluczenia z możliwości kandydowania do najwyższych ciał wybieralnych mogą być nie tylko przestępstwa pospolite, ale również przestępstwa natury politycznej – w tym również przestępstwa sprokurowane.
Dodatkowo jeszcze wprowadzony przepis nie precyzuje, czy wykluczenie skazanego i ograniczenie jego biernego prawa wyborczego ma rygor dożywotni, czy tylko czasowy.
Wczoraj jeden z urzędników państwowych, i to ten który powinien stać na straży prawa i swobód obywatelskich, Rzecznik Prawa Obywatelskich, Janusz Kochanowski, rzucił w rozmowie z jedną z dziennikarek pomysł, że kandydaci na urząd prezydenta RP i do parlamentu powinni mieć obowiązek przedstawiać świadectwo zdrowia psychicznego…
Miałoby to zostać zapisane w ustawie, a może nawet wprowadzone do Konstytucji RP.
Zapiski zza Atlantyku – 23 lipca

Imigrant to nie wróg
Sam stan Kalifornia liczy sobie 2.7 miliona nieudokumentowanych imigrantów. Głównie są to Latynosi. Kalifornia ma ogromny deficyt, gubernator tego stanu podał, że w zeszłym roku Kalifornia wydala około pól miliarda dolarów na sprawy związane z nielegalnymi imigrantami. Jedna z propozycji aby ten deficyt zmniejszyć, jest odebranie dzieciom nielegalnych imigrantów, nawet jeżeli urodziły się w USA, praw obywateli amerykańskich.
14. Poprawka do Konstytucji USA zapewnia, że każdy kto urodził się w USA automatycznie jest obywatelem tego kraju. Jednak jest wielu, którzy uważają, że Kongres oraz sąd mogą to zmienić i wprowadzić poprawkę, która nie przyznawałaby automatycznie obywatelstwa tylko dlatego, że ktoś się tutaj urodził.
USA to kraj, który bardzo dużo oferuje nowo przybyłym, ale również, który ma ogromny problem z nielegalnymi imigrantami. Według statystyk z 2008 roku, 11.9 miliona nielegalnych imigrantów przebywa obecnie w USA. Reformy proponowane w przeciągu lat, nie zostały zatwierdzone przez Kongres. W 2004, Prezydent George W. Bush, zaproponował, aby doszło do amnestii około 3 miliona nielegalnych imigrantów, zaproponował również program pozwalający na legalne zatrudnienie pod warunkiem, że taka osoba po dwóch latach opuści USA. Niestety, opozycja ze strony własnej partii jak również ze strony Demokratów była zbyt silna.
Frustracja w stosunku to nielegalnie przebywających imigrantów wzrasta, zwłaszcza teraz kiedy procent niezatrudnionych jest bardzo wysoki. Problem ten głównie istnieje w Arizonie, Georgii oraz Kalifornii, w stanach, które maja największy procent nielegalnie przybywających i pracujących Latynosów. W 2005 roku, Kongres ustanowił, że należy wzmocnić granice z Meksykiem, zwiększyć siły graniczne oraz aresztować osoby przebywające w USA nielegalnie. W samym 2008 roku, 350,000 nielegalnych imigrantów było deportowanych. Kiedy Barack Obama został wybrany prezydentem, powiedział, że dojdzie do reformy imigracyjnej, która umożliwiłaby nielegalnie przebywającym imigrantom, płacącym podatki, możliwość do zalegalizowanie swojego pobytu. Ale osobiście wątpię żeby do tego doszło. Nastawienie Amerykanów do imigrantów, zwłaszcza z Ameryki Południowej jest negatywne. Amerykanie uważają, że nielegalnie tu przebywający korzystają z programów socjalnych, ale za to nie płaca przyczyniając się do problemów z ekonomią.
Obniżony próg wrażliwości społecznej

Wczorajsze wydarzenia na Placu Defilad, bitwa o handel, odbicie Kupieckich Domów Towarowych, czy “masakra kupców”, jak to napisał dziś na pierwszej stronie jeden z tabloidów, po raz kolejny utwierdziły mnie, że daleko mi do lewicy, rozumianej jako formacja dbająca głównie o sprawy socjalne obywateli i interwencjonizm państwa w sfery gospodarcze.
Inne wyznaczniki lewicowości, czyli wolność obywatelska, liberalizm światopoglądowy i obyczajowy, konieczność wspierania i ochrony różnorakich mniejszości, a przede wszystkim rozdział ducha i ciała, czyli kościoła z państwem, są mi bliskie, ale właściwie to są już normy państwa demokratycznego, niezależnie, czy rządzą liberałowie, socjaliści, czy konserwatyści.
Wyznacznikiem poglądu na to, czy się jest socjalistą, czy liberałem (pozostawię poza nawiasem prawicę, która w Polsce i tak jest marginesem) powinien być stosunek do porządku ekonomicznego państwa i jego polityki gospodarczej, a tu moje poglądy oscylują, jako ekonomisty, w kategoriach liberalizmu gospodarczego, pełnej prywatyzacji niestrategicznych gałęzi gospodarki, przy zachowaniu preferencji zrównoważonego parytetu rozwoju społeczeństwa. Takiego parytetu, gdzie szanse społeczne młodego człowieka z Mazur będą zbliżone do tych, którzy mieli szczęście urodzić się w Warszawie.
Reduta kupców warszawskich

Sama nazwa “kupiec” nie bardzo przystaje do użytkowników hali ma Placu Defilad w Warszawie. Kupcem był Wokulski, kupcem była Marco Polo. Ci z KDT są tylko straganiarzami pod dachem. Zapewne niewielu z tych, którzy tam pracowali, było faktycznie właścicielami boksów, tej luksusowej odmiany “szczęk” i wspomnienia po łóżkach polowych, znaku przemian kapitalistycznych postpeerelowskich.
To co się stało dziś w Warszawie, szumnie zwane bitwą o handel i miejsca pracy, nie ma żadnych, ale to żadnych odniesień politycznych, choć zapewne będzie chciano to tak przedstawiać. Zresztą pod tą koszmarną halą pojawili się , niczym ścierwniki, politycy PiS i SLD, a także samorządowcy tych formacji. Nie pożywią się jednak specjalnie. Ale jeżeli by jednak chcieli to wykorzystać, to warto im przypomnieć, że w roku 2004 prezydent Warszawy warunkowo przedłużył umowę dzierżawy terenu pod halę, na jeden rok. Tym prezydentem był Lech Kaczyński…
Od samego początku działania kupców w tym miejscu, wiadomo było, że jest to miejsce prowizoryczne, co do zarządu którego ma prawo tylko miasto Warszawa. Umowa dzierżawy już wygasła, nie dziś, nie wczoraj, ale wiele miesięcy temu. Handlarze wyczerpali wszelkie możliwości dochodzenia swoich praw, faktycznych i urojonych. Miasto wyczerpało wszystkie możliwość odzyskania swojej własności i zwróciło się do organu komorniczego o wyegzekwowanie swoich praw. Komornik mając w ręce wyrok, z klauzulą wykonalności, czyni swoją powinność. Jako urzędnik państwowy, jest chroniony immunitetem, w związku z tym, kto przeszkadza w wykonywaniu przez niego czynności, podlega odpowiedzialności karnej…
Realny punkt widzenia

No proszę! Nigdy bym nie przypuszczał, że mój tekst, pod tytułem “List na Berdyczów”, poświęcony listowi byłych polityków, ale jeszcze aktualnych autorytetów, skierowany do prezydenta Stanów Zjednoczonych, Baracka Obamy, wzbudzi tak żywą reakcję moich wielce szanownych kolegów z redakcji Studia Opinii. Piszę wielce szanownych z pełnym przekonaniem i pełną atencją, nie podszytą żadnym szyderstwem, ani własną pychą, co niektórzy chcą mi “w brzuch wcisnąć”, ale uważam, że to, że sam redaktor Stefan Bratkowski się nad tekstem pochylił, a wsparł go tak wybitny dziennikarz mediów różnych i znawca Rosji znamienity, jak Sławomir Popowski, poczytuję sobie za niemały zaszczyt…
No, ale koniec z duserami, czas zająć się, jak mam nadzieję, przyzwoitą polemiką.
Nie lekce sobie ważę głos osób i osobistości po tym listem do Obamy. Tak, mają prawo do napisania tego listu, który zresztą już przyjął miano “Listu 22″, od liczby nazwisk pod nim umieszczonych . Tak, i Lech Wałęsa, i Aleksander Kwaśniewski i Vaclav Havel, czy Daniel Rotfeld to osoby, których głosu należy wysłuchać uważnie. Czas, jaki minął od jego opublikowania, i reakcje jakie można było odebrać ze strony amerykańskiej na temat jego przesłania, świadczą jednak o tym, że w rzeczywistości był on pisany “w powietrze”. Jak do tej pory jedynym sygnałem, że został oficjalnie zauważony byłą wypowiedź urzędnika departamentu stanu niskiego szczebla. W mediach elektronicznych i na czołówkach gazet amerykańskich nie pojawił się w ogóle…
Forma tego dokumentu i jego ton, to są najpoważniejsze jego wady. Nie jest to materiał analityczny, lecz polityczny. Tego rodzaju polityczne połajanki nigdy nie będą dobrze odebrane i nie mogą zostać dobrze przyjęte. Do tego list wpisuje się w wewnętrzną dyskusję w administracji amerykańskiej na temat zasad i metod politycznych wobec Rosji. Wbrew pozorom nie wzmacnia to wcale pozycji zwolenników twardego kursu wobec Rosji, ale wprost przeciwnie. Ze strony amerykańskiej, nieoficjalnie, dochodzą sygnały, że list wzbudził konsternację. Został on przyjęty raczej jako głos petentów, a nie partnerów politycznych. Bo Europa centralna postrzegana jest raczej jako region słaby, bez własnych pomysłów i wpływów.
1.500.000… i starczy

Okrągły milion odwiedzających mojego bloga, tego podstawowego, na platformie WordPress, świętowałem razem z moimi Czytelnikami w sierpniu ubiegłego roku.
Kilka dni temu “pękła” następna granica - 1.500.000 odwiedzin (tak zwanych unikalnych użytkowników). Daje to, według znanych obliczeń ponad 4.000.000 odsłon, a odwołania idą już w bardzo grube miliony…
Kilka tygodni temu uznałem, że czas coś zmienić. Zmieniałem zresztą już wielokrotnie, jak wiadomo, przystępowałem do różnych projektów, w jednych uczestniczę dalej, inne okazały się grubymi pomyłkami.
Kiedy zacząłem pisać bloga w 2006, była to forma w Polsce jeszcze świeża. Teraz jest to w sprawach politycznych i społecznych ważny głos. Nie prowadzę typowego blog, gdzie odautorski komentarz i przyczynkarstwo jest normą. Jest to bardziej amatorska publicystyka internetowa, niż klasyczne blogowanie.
Nigdy nie sądziłem, że moje opinie będą zauważone i że będą czytane, nie tylko przez „szarych obywateli” i polskich emigrantów, ale także przez dziennikarzy, publicystów i polityków. I że zostanie przez fachowców docenione. To rzadkość w polskim internecie.

Popełniałem błędy w ocenach, czy prognozach, ale zawsze udawało mi się zachować niezależność sądów. Mam jednak tę satysfakcję, że moje czasem dość radykalne i bezkompromisowe opinie są później przejmowane przez zawodowców, a mam również sygnały, że są osoby, z życia publicznego, które weryfikują pod wpływem mojego pisania swoje poglądy.
Podjąłem decyzję o zamknięciu bloga na tej platformie. Jej techniczne możliwości, szczególnie jeżeli chodzi o multimedia, wyczerpują się. Informuję o tym od dawna, i już funkcjonuje od pewnego czasu blog równoległy, pod adresem http://www.azraelk.eu/.
Z dniem 1. sierpnia ten blog zostanie zamknięty (ale nie zlikwidowany) i będą tu umieszczane, przez pewien czas, tylko odnośniki do nowej strony. Ale premiery będę umieszczane na nowym blogu. Dlatego jeszcze raz proszę o umieszczeni odnośników, linków i rss we własnych zasobach.
Jak długo będę jeszcze pisał swoje teksty, analizy? Nie wiem. To zależy, jak długo w polskiej polityce będzie się utrzymywał stan nienormalności.
Azrael





