Archiwum dla maj 2009
Demokracja, a anonimowość

Sprawa ujawnienia personaliów internautki prowadzącej bloga politycznego, która okazała się prezesem fundacji obywatelskiej, spowodowała dość powszechną dyskusję na temat anonimowości, nie tylko w sieci, ale również w świecie realnym. Inne tematy, które są poruszane, to sprawa etyki mediów (zajęła się tym nawet Rada Etyki Mediów), relacji pomiędzy mediami, a obywatelami (blogerzy to wszak obywatele), a także problemy odpowiedzialności za słowo. To są problemy, które są dyskusjami o demokracji i jej prawach, o prawie do głosu.
Internet stał się nie tylko narzędziem informacji, nie jest już tylko platformą komunikacyjną, stał się elementem realnego wpływu na rzeczywistość. Poglądy takie, że anonimowość odbiera prawo do argumentowania, a anonimowy głos nie powinien być słuchany i brany pod uwagę, nie bronią się w zderzeniu z tym, że demokracja bezpośrednia jest również anonimowa.
Demokracja bezpośrednia jest realizowana w formie referendum, które przy założeniu pewnych warunków, jest wiążące dla sprawujących władzę. Referendum jest formą wyrażenia opinii z jednej strony, z drugiej jest pewną formą kontroli rządzących. Uczestnicy referendum, oddają w nim głos, w akcie głosowania stają się anonimowi. Liczy się głos zbiorowy, jako suma anonimowych głosujących. Podobnie jest z internautami. Ich głos w ważnych sprawach to permanentne referendum, szczególnie w sprawach społecznych.
Wywiady polityczne Azraela – Janusz Piechociński

Rozpoczynamy dziś nowy cykl, który jest nową jakością. Czas przekroczyć barierę pisania, na rzecz słowa mówionego (czasem z obrazem).
Na początek – rozmowy z kandydatami do Parlamentu Europejskiego. Pierwszym jest poseł Janusz Piechociński z PSL, warszawska “1″ listy tej partii, z dużymi szansami na wybór.

Sylwetka Janusza Piechocińskiego (za Wikipedią);
Janusz Piechociński (ur. 15 marca 1960 w Studziankach Pancernych) – polski polityk, poseł na Sejm I, II, IV i VI kadencji.
Ukończył studia z zakresu handlu wewnętrznego w Szkole Głównej Planowania i Statystyki. Następnie był pracownikiem w SGPiS/SGH w Katedrze Historii Gospodarczej. Pełnił funkcję posła na Sejm I, II i IV kadencji z listy Polskiego Stronnictwa Ludowego. W Sejmie IV kadencji przewodniczył sejmowej Komisji Infrastruktury. W wyborach w 2005 bezskutecznie ubiegał się o reelekcję.
Po zakończeniu pracy w parlamencie został doradcą gospodarczym w firmie monitorującej rynek transportowy. W 2006 uzyskał mandat radnego sejmiku mazowieckiego.
W wyborach parlamentarnych w 2007 po raz czwarty został wybrany posłem na Sejm VI kadencji z listy PSL. Startował w okręgu podwarszawskim, uzyskując 13 259 głosów.
Azrael
Wywiad również w gazecie internetowej “Studio Opinii“
Zapiski zza Atlantyku – 28 maja

Komu ufać?
Kongres rozpoczął oficjalne przesłuchanie w sprawie brutalnych praktyk stosowanych podczas przesłuchań za czasów reżimu Busha oraz jego administracji.
Specjalna komisja powołana do przeprowadzenia śledztwa w sprawie tortur odkryła, że administracja Busha autoryzowała memoranda, które pozwalały na tortury podczas przesłuchań. Rzucanie o ścianę, bicie po głowie, zamykanie w małych kontenerach było uznane za ok. Memoranda wręcz narzucały tego typu formę przesłuchań. Jeden z prawników, podczas zeznań dla Kongresu potwierdził, że wielu jego kolegów, którzy byli współtwórcami tego typu dokumentów w 2005 próbowało je zniszczyć. Agenci CIA podczas zeznań potwierdzili, że otrzymali memoranda, w których narzucano im brutalne traktowanie więźniów.
Salon.com podał, że jeden z agentów FBI pod pseudonimem Ali Soufan zeznał, że do momentu kiedy CIA nie zaczęło tortur, techniki stosowane dotychczas przynosiły rezultaty. W momencie kiedy w 2002, CIA złapało Abu Zubaydah i wywiozło go poza teren USA, wszystko uległo zmianie. Zubaydah został torturowany. Soufan złożył zeznanie na temat brutalności tych przesłuchań i został wyrzucony z pracy.
Nancy Pelosi, speaker Kongresu USA znalazła się pod atakiem ze strony Republikanów, korzy podali, że była informowana o stosowaniu tortur przez CIA. Pelosi potwierdziła, że we wrześniu 2002 r. była poinformowana o przesłuchaniach, ale nie o konkretnych metodach, a już na pewno nie o torturach. Wielu Demokratów potwierdziło, że wiadomości do nich dochodziły, ale nie było możliwości, aby to sprawdzić oraz zapobiec. Żadna informacja nie była udowodniona. Temat tortur oraz transferu więźniów był tematem tabu. Jedynym możliwym wyjściem było poinformowanie prasy i umożliwienie, aby informacje na temat tortur zostały ujawnione, a zdjęcia opublikowane.
Prawicowy 4 czerwca

Większość, znakomita większość polskiego społeczeństwa, będzie w dniu 4 czerwca wspominała wydarzenia z przed dwudziestu lat, rocznicę pierwszej tury wyborów parlamentarnych, wynikających z zapisów umów Okrągłego Stołu. Dla wielu jest to rocznica, kiedy, mówiąc tekstem Joanny Szczepkowskiej, “Proszę państwa, 4 czerwca 1989 roku skończył się w Polsce komunizm”. Jest jednak grupa, grupa polityczna, nie społeczna, która 4 czerwca będzie obchodzić inaczej – jako dzień klęski. Właśnie 4 czerwca, ale trzy lata po wyborach, w 1992 roku, upadł rząd Jana Olszewskiego. Rząd ten upadł, a nie została obalony. I słusznie będzie ten dzień tak obchodzony przez “patriotyczną prawicę”, bo od tego czasu żadna prawicowa, konserwatywna partia w Polsce u władzy nie była.
Kiedy 3 maja tego roku prezydent Lech Kaczyński odznaczał premiera Jana Olszewskiego Orderem Orła Białego, powiedział w trakcie swojego wystąpienia, że był to pierwszy rząd, który walczył o budowanie Polski wolnej od komunizmu. Nie rząd Tadeusza Mazowieckiego, który odsunął komunistów od władzy i przeprowadził reformy gospodarcze, ale rząd nieudolnego polityka, który przez pół roku nie potrafił znaleźć poparcia politycznego. Już wtedy uchodził za nieudolny, a jedynie co w pamięci po nim pozostaje, to przemówienia Olszewskiego z trybuny sejmowej, egzaltowane i puste.
Pomijając sprawę votum nieufności, jakie zostało złożone przeciwko rządowi Jana Olszewskiego w dniu 29 maja, głównym powodem – ale nie przyczyną, o czym później, była ustawa lustracyjna. Uchwałę o przegłosowaniu ustawy lustracyjnej i ujawnieniu listy agentów SB złożył poseł UPR, Janusz Korwin-Mikke. Projekt ustawy był tak naprawdę autorstwa Antoniego Macierewicza. 4 czerwca w Sejmie pojawiły się odpisy teczek, przywiezione przez Antoniego Macierewicza (tak zwana lista Macierewicza), z której wynikało, że agentami SB byli między innymi prezydent Lech Wałęsa, Leszek Moczulski, szef KPN i Wiesław Chrzanowski, lider ZChN. I to głosy KPN zdecydowały o odwołaniu w nocy 4 czerwca rządu Jana Olszewskiego, na wniosek Lecha Wałęsy.
Prawica czci 4 czerwca jako dzień, kiedy prawie ostatni rząd “patriotyczny” był u władzy. Piszę, że prawie, bo przecież jego następcą, moralnym spadkobiercą był rząd Jarosława Kaczyńskiego. Jego koniec był mniej spektakularny, jak koniec kadłubowego rządu Jana Olszewskiego, ale zapewne za lat dwadzieścia dalej rozdrobniona i skłócona prawica będzie się żywiła jego mitem, jako rządu patriotów, obalonego przez skumulowane działania “układu” i mediów.
Sprawa Piotra Kownackiego to problemy PiS.

Tak, sprawa szefa prezydenckiej kancelarii, Piotra Kownackiego, to jest poważny problem dla Prawa i Sprawiedliwości, i jeszcze poważniejszy dla samego prezydenta.
Radio ZET, a za nim inne media, podały, że przez działania Piotra Kownackiego Bank Ochrony Środowiska stracił ponad 100 milionów złotych. Prawie natychmiast w tej sprawie wypowiedziało się… prezydenckie biuro prasowe. Ciekawe, ponieważ sprawa dotyczy początku wieku, a nie działań Piotra Kownackiego z czasów jego pracy w Kancelarii. O co więc chodzi, tak naprawdę?
Kownacki tłumaczy się, że przecież za okres swojej pracy w zarządzie BOŚ otrzymał skwitowanie, absolutorium. Tylko, że po pierwsze, przestępstwa się nie przedawniają, po drugie – sprawa nie dotyczy tylko jego, ale UKŁADU, jak swego czasu został zawiązany w Najwyższej Izbie Kontroli.
Otóż kluczem do wyjaśnienia całej sprawy jest postać Stanisława Kostrzewskiego, skarbnika Prawa i Sprawiedliwości, byłego członka PZPR, jeszcze do niedawna członka Komitetu Politycznego PiS. W BOŚ pracował w latach 1998 – 99, i następnie – od roku 2005 (po wyborach), aż do roku 2009. Wcześniej za to był współpracownikiem Lecha Kaczyńskiego w Najwyższej Izbie Kontroli, a także tworzył Prawo i Sprawiedliwość, a od roku 2002 jest zaufanym człowiekiem Kaczyńskiego do spraw finansów. Między innymi przez jego ręce przechodziły pieniądze na kampanie Lecha Kaczyńskiego na stanowisko prezydenta Warszawy, także na stanowisko prezydenta RP. Nie mówiąc o finansowaniu Prawa i Sprawiedliwości.
Wymazać pamięć

Znane jest pojęcie “wyparcia” z pamięci. Pamiętamy te rzeczy, które chcemy pamiętać, te niewygodne, może traumatyczne – jeżeli nie zaważyły na naszej psychice – staramy się wyrzucić z pamięci. A jeżeli do tego jeszcze chcemy pewne rzeczy, sprawy ukryć – to sprawa jest jeszcze łatwiejsza. To psychologiczne, jednostkowe znaczeni dotyczy także całych grup, jednostek społecznych, a nawet całych społeczeństw.
W ubiegłym tygodniu niemiecki tygodnik “Der Spiegel” zmieścił artykuł, pracę zbiorową kilku autorów, pod tytułem “Wspólnicy. Europejscy pomocnicy Hitlera w mordowaniu Żydów”. Wywołał on w tak zwanych środowiskach “patriotycznych” wielkie oburzenie i głosy potępienia – oczywiście, zanim został przetłumaczony na język polski i solidnie przeanalizowany.
Głównym argumentem czyniących rejwach wokół artykułu niemieckiego tygodnika jest to, że jakoby Niemcy w nim starają się wybielić i zrzucić zbrodnie nazistowskie na inne narody europejskie. Jest to stwierdzenie nieuprawnione, ponieważ w artykule możemy przeczytać, między innymi;
“Niemcy są odpowiedzialni za holokaust, popełniony na skalę przemysłową mord Żydów. Jednak w dużej mierze niedostrzegane pozostawało dotychczas to, że pachołki Hitlera mieli dobrowolnych pomocników także za granicą.”
I dalej, przez cały artykuł, rzetelnie i z dużą dbałością o fakty udowadniają tę tezę.
W innej części tego artykułu możemy przeczytać;
“Oczywiście, jedynie Hitler i jego otoczenie, albo Wehrmacht byli w stanie zatrzymać Holokaust. To jednak nie pozbawia siły argumentu, że bez zagranicznych pomocników ocalałyby dziesiątki tysięcy, a może nawet miliony z sześciu milionów zamordowanych Żydów.”
Dwa światy, czyli o anonimowości w sieci

W dyspucie publicznej anonimowość jest niedopuszczalna od momentu, w którym anonimowy krytyk zarzuca wymienianemu z nazwiska krytykowanemu łamanie powszechnie obowiązującego prawa. Innymi słowy, jeśli krytyka narusza np. dobra osobiste krytykowanego, to nie powinna być anonimowa. Tak uważam.
Stanisław Remuszko.
Afera blogerki “Gazety Wyborczej” i Salon24.pl, k., otworzyła na nowo dyskusję o anonimowości w sieci i odpowiedzialności za słowo, opinie, stanowiska, formułowane w internecie, zarówno pisane przez komentatorów pod własnym nazwiskiem, jak i anonimowo.
Tu jednak jednoznacznej odpowiedzi na to, czy anonimowość w sieci, w tym blogi, poszerzają zakres dyskusji społecznej, czy ją zawężają, nie ma. Stanowisk jest wiele, argumentów za, lub przeciw jeszcze więcej, w związku z tym ta dyskusja jest cały czas żywa i otwarta. Jednak ciekawsze są relacje pomiędzy światem mediów tradycyjnych, które zwane są czwartą władzą demokracji, a światem internetu, gdzie działają blogerzy – i dziennikarze internetowi. Świat ten zwany jest, bardzo na wyrost, piątą władzą. Szczególnie widać to w polskiej, zadufanej i wtórnej mentalnie blogosferze.
Jedno jednak jest pewne – tak jak internet podlega prawom ekonomii, tak samo podlega prawom społecznym. Internet, w tym blogi internetowe, nie są elementem wirtualnej rzeczywistości, rodem z matrixu , lecz funkcjonują w obszarze realnego społeczeństwa. Dlatego treści publikowane w internecie podlegają tym samym prawom, co rzeczy i opinie prezentowane w realu.
Dziennikarze mediów tradycyjnych, przedstawiciele tak zwanej IV władzy, chcą być traktowani jako osoby zaufania publicznego, uważają, że ich zawód i ich wypowiedzi muszą podlegać ocenie społecznej. Zarówno tej realnej, w formie polemik w gazetach, radiu i telewizji, jak ocenie internautów. Dlatego duża część dziennikarzy podchodzi do anonimowości sieci i treści w ten sposób pisanych z dużą rezerwą, wręcz z niechęcią. Nie tłumaczy to jednak do końca działań redakcji “Dziennika” wobec blogerki k., chociaż odkrycie jej danych potwierdza słuszność tej decyzji.
Lustrator – chałupnik

Bronisław Wildstein, obecnie “Rzeczpospolita”, uważa, że jest przede wszystkim dziennikarzem, koniecznie z dodatkiem “niezależny”, a następnie literatem. Tak chce być odbierany, jako dziennikarz pełen pasji i nie uwiązany na żadnym “pasku zależności” politycznych. Dlatego tak impulsywnie zareagował kilka tygodni temu, kiedy Stefan Niesiołowski w trakcie programu telewizji TVP Info, “Forum”, określił go jako dziennikarza pisowskiego.
Jednak trudno się Wildsteinowi utrzymać w konwencji pisania niezależnego i poważnego. Kilka dnia temu, w krótkim artykule pasja znów dała znać o sobie. Wildstein ma bowiem drugą pasję – lustrację. Chyba większą, niż pisanie.
Ale najpierw o pamięci. Wildstein pisze między innymi;
IIeś razy, publicznie, również na piśmie, w ostrych słowach krytykowałem tę nominację [Piotra Farfała na stanowisko prezesa TVP]. Uznawanie jednak, że człowieka na całe życie definiuje to, co uczynił, mając niespełna 17 lat, a uczynek polegał na współpracy z, zgódźmy się, paskudną gazetką, jest dla mnie nie do przyjęcia. Zwłaszcza przez ludzi i środowiska, które kazały zapomnieć o bez porównania gorszych uczynkach osobników zdecydowanie dojrzałych.
Nie przypominam sobie, abyś protestowała, kiedy człowiek mający krew na rękach, nadzorca aparatu represji totalitarnego państwa, który nigdy nie rozliczył się z własną przeszłością, ogłaszany był człowiekiem honoru. Ładnie wyglądałaś, trzymając mikrofon. Nie ośmielę się zasugerować, że to dlatego, iż zadzieranie z Michnikiem, a nawet Kiszczakiem, jest zdecydowanie bardziej niebezpieczne, niż potępianie szefa konkurencyjnej stacji.
Moniko, nie zaczynałaś kariery w podziemnym radiu czy gazetce. Nigdy nie podnosiłbym tego, ale Twój moralny rygoryzm każe zacząć dumać nad tymi sprawami.
Rozbierzmy ten akapit; Otóż nasz redaktor krytykował nominację Piotra Farfała, ale nie wtedy, kiedy był on jego zastępcą, kiedy pełnił obowiązki prezesa telewizji publicznej. Wtedy był cacy “cały on nasz” był, bo szedł ręka, w rękę z Panem Bronisławem, nominatem pisowskim. Zaczął przeszkadzać, wtedy, kiedy Wildstein znów “wybił się” na niezależność. I właściwie, jeżeli uważa, że to Farfał robił mając lat 17, już się przedawniło, to czemu protestował, tak ostro, jak sam twierdzi?! Czy Farfał złamał prawo? Ukradł coś? Jeden akapit – a tyle w nim niekonsekwencji.
Dalej zarzuca BW Monice Olejnik, że nie pisała ona w gazetach opozycyjnych i nie udzielała się w opozycji. A gdzie wówczas był nasz mistrz pióra? Był w Wiedniu i Paryżu… był tam, gdzie łatwość sądów i odwaga wobec PRL i stanu wojennego, odwaga pisania i bezkompromisowość groziła może tym, że ktoś obrażony mógł Panu Bronisławowi najwyżej dać w pysk na les Champs Élysées…
Kiedyś Przemysław Gintrowski, w połowie lat ‘80, przy wódce powiedział mi, że choć Jacek Kaczmarski, to przyjaciel, to ma jednak do niego żal, że jest tam, w Paryżu, Monachium, a nie tu, w Warszawie, gdzie on się codziennie zmaga z rzeczywistością. Później, spotkałem się z opiniami, że że ludzie, którzy stan wojenny i najtrudniejsze lata 80 spędzili za granicą – czują, że są traktowani przez tych, którzy tu zostali – inaczej, trochę jak ciało obce, jak ludzie, którym coś się zarzuca. I często ten podświadomy ostracyzm niwelować chcą radykalizmem swoich sądów, a także takim mściwym podejściem do innych.
Ale to nie wszystko w tym krótkim artykule bulwersującego;
Najbardziej zastanawiające jest zdanie ostatnie przytoczonego akapitu; Nie można go odczytać inaczej, jak groźby dzikiej lustracji i ujawnienia czegoś, co mogłoby Monikę Olejnik skompromitować. To jest po prostu szantaż! I to nie moralny, lecz ordynarny szantaż – nie podskakuj, bo znajdą się na ciebie kwity!
Tak właśnie wygląda moralność jednego z piewców IV RP…To modelowy przykład dziennikarstwa pałkarskiego, ubranego w zręczną formę.
Azrael
“Rzeczpospolita”, “Krzyczącej Monice”
Orędzie Bugaja/Glapińskiego

38 minut – tyle trwało pierwsze orędzie konstytucyjne prezydenta Lecha Kaczyńskiego. Wystąpienie, które nie wstrząsnęło nikim i nic nie wniosło do debaty publicznej na temat kryzysu.
Można się było tego zresztą spodziewać, ponieważ Kaczyński nie zna się na ekonomii, gospodarce. Z tego powodu nie można mu jednak czynić zarzutu. Nie musi się znać na wszystkim – dobrze by było, aby dobrze wypełniał swoje zadania, jako potencjalny przywódca kraju. I żeby zatrudniał do pomocy, do pracy w swojej kancelarii ludzi z odpowiednimi kwalifikacjami. Niestety, ani nie spełnia pokładanych nadziei, jako przywódca kraju, zaś jego zaplecze odpowiada jego poziomowi intelektualnemu…
Nikt już nie wymaga, aby Lech Kaczyński był prezydentem “wszystkich Polaków”, jednak można od niego ŻĄDAĆ aby w chwilach trudnych próbował nie dzielić, lecz łączyć, konsolidować społeczeństwo i wspierać instytucje państwa. To jednak, co usłyszeliśmy w piątkowy poranek w Sejmie, było wystąpieniem lidera opozycji, i słusznie Jarosława Kaczyńskiego na sali nie było. I trudno to nie określić inaczej, jak nie element kampanii wyborczej Prawa i Sprawiedliwości do Parlamentu Europejskiego. Niektórzy nawet sądzą, że było to po prostu nagranie nowego spotu wyborczego…
Lech Kaczyński odczytał z kartki przegląd prasy i zestawienie danych GUS-u z ostatnich kilkunastu dni, dotyczący spraw kryzysu gospodarczego, co zabrzmiało jak wieszczenie katastrofy. Gdyby nie to, że śledzę prasę i media elektroniczne, a i wykształcenie mam odpowiednie – to po tej części orędzia rzuciłbym się do sklepu po mąkę, ryż i sól…ziemniaków nie lubię…
Potem nastąpiły pytania o sprawy budżetu, planów zwalczania kryzysu, czy działania w sferze finansów publicznych. Proste pytania, na które zresztą, jeżeli się chce – odpowiedź mona znaleźć na stronach informacyjnych rządu. Ale może doradcy pana prezydenta szukać nie potrafią…
Zapiski zza Atlantyku – 23 maja
Debata na temat aborcji?
„Gdyby mężczyźni zachodzili w ciąże, aborcja byłaby sakramentem”
Glorial Steinmen
Temat aborcji ponownie wypłynął i wzbudził kontrowersje kiedy to Prezydent Barack Obama został zaproszony na absolutorium do katolickiego uniwersytetu Notre Dame. Prezydent między innymi poruszył temat aborcji. Jego celem nie było propagowanie aborcji, ale rozpoczęcie dyskusji, jak zapobiec zwiększającej się liczbie aborcji, oraz jak pomóc kobietom, które tego typu decyzje podejmują. Ponownie zażarci przeciwnicy prawa kobiety do wyboru zaatakowali Baracka Obamę, obrzucając go różnego rodzaju epitetami. Prezydent podkreślił, że chciałby aby obie strony spróbowały znaleźć wspólny język, tak aby problem aborcji mógł mieć rozwiązanie. Prezydent Barack Obama nie jest za aborcją, tylko za prawem kobiety do wyboru. Ale ci, którzy nazywają siebie pro-życie, zaślepieni w swoim fanatyzmie potrafili zrobić tylko jedno, oskarżyć go o to, że jest mordercą nienarodzonych dzieci.
Temat aborcji, oraz jej legalizacji, jest kontrowersyjny w każdym kraju. Ale ten temat jest szczególnie kontrowersyjny w USA ,odkąd aborcja została uznana za legalną. Dodatkowo, Prezydent Obama jest w momencie przedstawienia nominacji na sędziego do Sądu Najwyższego w USA. Ugrupowania pro-życie, które od lat próbują obalić ustawę zezwalająca na aborcje, obawiają się jego wyboru.
Prezydent Obama mówił również o odpowiedzialności społeczeństwa, które zamiast krytyki i potępiania powinno pomoc tym osobom, dla których jedyną opcją jest aborcja . Prezydent Obama nie jest za aborcją, jest za tym aby prawo kobiet do wyboru o własnym zdrowiu były szanowane. Dwie zasadniczo rożne sprawy. Normalny człowiek nie jest za aborcją. Normalnie rozumująca kobieta nie pozbywa się dziecka ot tak, ponieważ ma taka możliwość i ochotę. Jest to często najtrudniejsza decyzja w jej życiu, w której powinna mieć pomoc lekarza, rodziny oraz psychologa. Nikt inny nie powinien ingerować w jej życie i jaka decyzje zamierza podjąć. Czasy reżimu średniowiecza dawno minęły, a jednak nadal niektórzy ludzie uważają, że mają prawo narzucać kobiecie, co ma zrobić, oskarżać ją i potępiać. Czytaj resztę wpisu »
Twitter rulez!
Od pewnego czasu, mniej więcej od dwóch miesięcy, w polskim internecie wybuchł Twitter. Piszę, że wybuchł, ponieważ system mikroblogowania, założony w roku 2007 nie był w Polsce zbyt popularny. Jego polskie mutacje, Blip i Flaker, są popularne, ale głównie wśród fanów internetu i maniaków komputerowych. Twitter, jak system globalny, rozprzestrzenia się szybko i obejmuje coraz większą połać internetu. Spotkacie tam na równych prawach dziennikarzy, polityków, blogerów.

Twitter tworzy sieci powiązań i system wymiany informacji i newsów. Ograniczenie jednej informacji do 140 znaków narzuca system narracji, niewiele zmieści się na tak ograniczonej przestrzeni informacyjnej, ale wiele to daje.
Namawiam do założenia sobie konta i rozpoczęcia działań. Informacje o tym, jak to zrobić, znajdziecie tu, podstawowe informacje o obsłudze – tu.
Ja dodam od siebie, że do obsługi Twittera na komputerze używam programu TweetDeck, a twittować można też z telefonów, z obsługą Windows Mobile, Symbiana, czy Androida, za pomocą różnych aplikacji.
Do dzieła! Mnie można znaleźć jak azraelk.
Azrael
kataryna – zdanie odrębne

Internet, gazety, a nawet w pewnym stopniu telewizja i radio, żyją sprawą blogerki kataryny. Dziś już nie kataryny, ale Kataryny, a nawet – Katarzyny…
Media nie tyle żyją tematem, tylko jak to zwykle – żerują na nim. Ot, taka ich jakość, nie wszystkie są przecież “Zeszytami Karmelitańskimi”, które anonimową celebrytkę internetu też drukowały. Taki ich urok, taka ich moralność i etyka. I głupi ten, naiwny – i nieodpowiedzialny, jeżeli tego nie widzi i się z tym nie liczy.
kataryna nie jest żadną anonimową blogerką, Nie jest od czasu, kiedy jej opinie zostały zauważone poza intermetem i kiedy ktoś się na nie powołał. Od tego dnia, kiedy jej opinia została poddana analizie – od tego momentu stała się uczestnikiem życia społecznego, stała się osobą jak najbardziej publiczną. Zresztą, powiedzmy sobie – już wcześniej, kiedy grono jej stałych czytelników zaczęło rosnąć, być może jej opinie miały wpływ na jakieś konkretne decyzje i postawy ludzi, o czym kataryna nie wiedziała. Albo nie zdawała sobie odpowiedzialności za to, co pisała, za swoje opinie i wnioski. Także opinie o mediach – a raczej o określonych mediach i dziennikarzach. I wówczas opinie kataryny przestały być opiniami PRYWATNYMI blogerki – a stały się opiniami publicznymi.
kataryna pisze od wielu lat – 5, 6, może dłużej. Ma kilka ulubionych tematów, takich jak “Gazeta Wyborcza”, z jej szefem na czele, politycy lewicy, inne media, no i oczywiście – lustracja.
Jej pisanie ewoluowało i się rozwijało. Pisze ostro, bezkompromisowo i oczywiście z “tezą”, mając do tego prawo. Tą tezą jest ukazywanie patologii III RP. Jak każdy bloger ma prawo do swoich twardych poglądów. Ja zresztą też tak piszę. Pisze o bardzo różnych tematach, opierając się materiały źródłowe, często udaje się jej wyłapywać z tychże materiałów ukryte, smakowite podteksty. Jej pisanie ma dobry rytm i spójną formułę. Nie ucieka od polemik, choć od dłuższego czasu, dzięki klakierom, zaczęło się jej wydawać, że jest nieomylna. Pisze także na temat mediów, analizując różne teksty, z różnych gazet, czasami głęboko szukając w internecie potwierdzenia swoich opinani. Bardzo bym chciał poczytać jednak, w jej przypadku, nie tylko wyprawki na zadany temat – ale także coś większego – jakąś dobrą syntezę, czy tekst programowy. Jej domeną są cytaty, które wyłapuje i opatruje swoimi komentarzami – ocenianymi jako “odkrywcze”. Tylko, że z tego nic nie wynika, jak do tej pory kataryna żadnej afery ani nie odkryła, ani nie rozwiązała.
Wywiad Azraela – Profesor Kazimierz Kik
Wywiad z profesorem Kazimierzem Kikiem, kandydatem Centrolewicy do Parlamentu Europejskiego, z okręgu małopolsko-świętokrzyskiego.
Azrael Kubacki: Jaki cel strategiczny Unii Europejskiej uważa Pan Profesor za najważniejszy na najbliższe 5 lat?
Kazimierz Kik: Dla Unii Europejskiej najważniejsze jest dziś przyjęcie Traktatu Lizbońskiego i stworzenie lepszego gruntu dla realizacji celów procesu lizbońskiego. Unia powinna skoncentrować się na dwóch głównych sprawach. Na zwiększaniu konkurencyjności gospodarek unijnych w świecie, i na przyśpieszeniu tempa rozwoju gospodarczego i społecznego najsłabszych państw Unii (w tym także Polski).
Poza tym powinno dojść w tym czasie do porozumienia z Rosją i do przyśpieszenia do negocjacji o członkostwo z Turcją.
AK: Czy według Pana istnieje dalej podział UE na kraje „starej Unii” i nowej, i jak to przezwyciężyć?
KK: Podział na kraje starej i nowej Unii Europejskiej istnieje. Jest to podział zarówno gospodarczy jak i polityczny. Przezwyciężenie tego podziału nastąpić może między innymi w wyniku podniesienia świadomości europejskiej elit politycznych tzw. Nowej Europy, a także poprzez zbliżenie polsko-niemieckie.
AK: Czy Traktat Lizboński powinien być jednak podpisany i przyjęty, i czy Polska powinna podpisać Kartę Praw Podstawowych? Jeżeli nie, to dlaczego?
KK: Szybkie przyjęcie Traktatu Lizbońskiego jest niezbędne dla dalszych losów Unii Europejskiej. Polska powinna jak najszybciej podpisać Kartę Praw Podstawowych.
AK: Czy Polska powinna przyjąć wspólną walutę UE jak najszybciej, czy jednak może poczekać?
KK: Jak najszybsze przyjęcie przez Polskę euro stanowi gwarancję przyśpieszenia rozwoju gospodarczego i stabilizacji gospodarczej naszego kraju.
AK: Gdzie leży granica ingerencji prawa unijnego w prawo państw członkowskich?
Granica ingerencji prawa unijnego w prawo polskie znajduje się tam gdzie decydowano by o charakterze kultury polskiej i polskiej tożsamości narodowej.
AK: Czy Polacy powinni walczyć o Wartości Chrześcijańskie w UE, i co Pan przez to rozumie?
KK: Wartości chrześcijańskie są bardzo ważne dla niemal wszystkich Polaków, a także dla wszystkich chrześcijan w Unii Europejskiej. Nie powinny być jednak, jedynym i formalnym wyznacznikiem ducha zjednoczonej Europy. Wartości chrześcijańskie w duchu nauczania Jana Pawła II są ważnym i nie tylko duchowym składnikiem kultury europejskiej. Takie wartości jak współpraca wszystkich na rzecz dobra wspólnego, przestrzeganie godności osoby ludzkiej, zasada świętości życia ludzkiego i centralna rola rodziny opartej na małżeństwie stanowić mogą silny składnik kultury europejskiej. Poszanowane być jednak muszą także wartości wyznawane przez zwolenników innych religii w Europie. Polacy powinni więc przestrzegać wartości chrześcijańskich, ale nie narzucać ich innym.
AK: Jaka powinna być postawa UE wobec Rosji, czy powinniśmy dążyć do integracji systemów bezpieczeństwa i energetyki Wspólnoty i Rosji, czy raczej nie?
KK: Współpraca z Rosją stanowi jedną z gwarancji zrealizowania światowych aspiracji Unii Europejskiej. Integrowanie Europy wbrew i przeciwko Rosji, byłoby błędem. Współpraca między Unią i Rosją powinna być oparta na poszanowaniu wspólnych interesów. Europa nie będzie bezpieczna wbrew Rosji. Bezpieczeństwo możliwe jest tylko wraz z Rosją. Dlatego powinno się dążyć do zintegrowanego systemu bezpieczeństwa i zintegrowanego systemu energetycznego Unii i Rosji.
AK: W jakim obszarze działań PE zamierza się Pan specjalizować?
W polu mojego zainteresowania byłyby sprawy polityki zewnętrznej Unii, polityki wschodniej unii i współpracy transatlantyckiej. Ważne są dla mnie także sprawy społeczne i edukacji.
AK: Proszę podać trzy powody, które mogą przekonać wyborców do głosowania na Pana.
KK: Głosować na mnie można po pierwsze dlatego, że jestem specjalistą od problemów integracji Europy, Napisałem na ten temat trzy książki i dziesiątki artykułów. Po drugie, jestem zdecydowanym zwolennikiem integracji europejskiej. Po trzecie dlatego, że wydaje mi się iż wiem na czym polegać powinna obecność Polski w Unii tak by interesy narodowe Polaków zagwarantowane były w ramach Wspólnoty Europejskiej.
————————
Prof. dr hab. Kazimierz Kik (ur. 1947) - polski politolog. Dyrektor Instytutu Nauk Politycznych Uniwersytetu Humanistyczno-Przyrodniczego Jana Kochanowskiego w Kielcach (od 1997).
Wiceprzewodniczący Komitetu Nauk Politycznych PAN (od 2007). Absolwent Uniwersytetu Jagiellońskiego (1973) i doktorant Instytutu Historii PAN (1974-1977).
Doktorat obronił w Instytucie Historii Uniwersytetu Łódzkiego (1978). W 1988 obronił rozprawę habilitacyjną . Za którą uzyskał nagrodę Ministra Edukacji i Szkolnictwa Wyższego.
1989-90 współtwórca i Wiceprzewodniczący “Ruchu 8 Lipca “.1990 -Wiceprzewodniczący Polskiej Unii Socjaldemokratycznej -Tadeusza Fiszbacha.
1993 Współzałożyciel “Unii Pracy”. Odznaczony złotym Krzyżem Zasługi (2001).
Znany publicysta i komentator w polskich i zagranicznych mediach. Autor wielu publikacji nt. europejskich procesów integracyjnych
Z kim zdjęcie?

Do napisania tego krótkiego tekstu natchnęła mnie uwaga pewnego znanego specjalisty od polityki polskiej, i nie tylko, który stwierdził, że odwiedzając biura obcokrajowców w naszym kraju, zauważył, że na biurkach goszczą z reguły zdjęcia rodzinne, a obok nich – zdjęcia z Lechem Wałęsą…
W polskich biurach, a byłem w nich częstym gościem, poczynając od prezesów banków, poprzez dyrektorów wielkich firm, aż po proste księgowe – raczej zwyczaju stawiania zdjęć nie ma. No, może ostatnio się trochę to zmieniło.
Za to, w polskiej historii najnowszej panował zwyczaj wieszania na ścianie zdjęć “Ukochanych Przywódców Narodu”, choć ci, co je wieszali, chętnie by powiesili często oryginały… ale raczej w innym miejscu. W latach pięćdziesiątych sprawa była jasna; w środku “batiuszka Stalin”, obok Bolesław Bierut, no a gorliwcy wieszali jeszcze Józefa Cyrankiewicza… Potem – Gomułka, następnie towarzysz ze Śląska, Edward Gierek. Kania nie zdążył powisieć… za krótko był, a Wojciech Jaruzelski też już raczej był rzadko wieszany…
No a potem – wiadomo, obok godła państwowego coraz częściej, w biurach, szkołach, a także, niestety, w urzędach pojawiać się zaczął krzyż. Zawitał też do Sejmu, wstydliwie, ukradkiem, nocą zawieszony z boku sali… ale zostawmy to.
Wizerunki zeszły ze ścian, technologia i potrzeby polityczne, polityczny marketing kazały im zaistnieć na fotografiach i billboardach, jako wabiki wyborcze.
Oczywiście, są wizerunki, które powielone nawet w tysiącach i rozwieszone po całym kraju, nie przyniosłyby znacznych profitów politycznych ani im samym, ani tym, którzy z nimi by się fotografowali. Któż by chciał mieć fotkę, powiedzmy, z posłem Aleksandrzakiem, czy Katulskim? A są tacy, a jakże…
Warto więc przypomnieć, że najbardziej udane fotki to byłe te, które robił sobie wspomniany już tu Lech Wałęsa. To fotki z maja 1989 roku, kiedy wszyscy (bodajże bez jednego) kandydaci do Sejmu X kadencji robili sobie z nim zdjęcia na plakaty wyborcze. Senatorowie – również. Efekt – wszyscy znaleźli się w parlamencie i weszli w skład OKP… I tu pytanie; Ile z tych fotek jest na biurkach ówczesnych posłów, w ich archiwach, albo wisi po prostu na ścianach? Czy Putra i Mojzesowicz, którzy byli posłami tamtego Sejmu, mają te fotki, i czy by znów stanęli obok Wałęsy?
Potem zdjęcia z “gwiazdami”były już rzeczą normalną. I z Aleksandrem Kwaśniewski, i z Jarosławem Kaczyńskim. Z Donaldem Tuskiem też. I ciekawe, ile czasu osoby, które się z nowymi”kochanymi przywódcami” fotografowali, będą na te fotki patrzeć z nutą czułości i nostalgii?
To oczywiście dyskusja o autorytetach. Czy w Polsce są autorytety, których są na tyle ponadczasowe, bezdyskusyjne, że ich konterfekt może przetrwać na ścianie, lub biurku lata, dziesiątki lat? Oczywiście – nie mówmy o JP II, czy tragicznie zmarłym księdzu Popiełuszce. Mówimy o tych, którzy działali i działają w przestrzeni publicznej, którzy przyczynili się przez ostatnie 20 lat do rozwoju Polski.
No więc z kim warto mieć fotkę, którą można postawić na biurko, a za lat 30 chwalić się nią wnukom?
Ja, gdybym mógł, zrobiłbym sobie zdjęcie z Jackiem Kuroniem…a Wy?
Azrael
Krzesło dla paprotki

Po ogłoszeniu wczorajszego wyroku Trybunału Konstytucyjnego, w sprawie zgłoszonego przez Kancelarię premiera zapytania, kto ma prawo reprezentować Polskę i ustać skład delegacji na szczyty Unii Europejskiej, pierwsze co zrobiłem, to odciąłem się od czytania opinii i stanowisk “fachowców” obu głównych ugrupowań, takich jak Cymański, Brudziński, czy Pitera. Również nie są dla mnie miarodajne opinie urzędników jednej, lub drugiej kancelarii organów władzy wykonawczej – prezydenta i premiera. Wolałem poczekać na pełne uzasadnienie Trybunału Konstytucyjnego i na tej podstawie wyrobić sobie zdanie.
Dobrze się stało, że TK sprawą się zajął, uznając w ten sposób, że jest to nie tylko spór kompetencyjny, wynikający z walki politycznej pomiędzy dwoma ośrodkami władzy, ale że jest to jednak spór o charakterze konstytucyjnym. Orzeczenie, wbrew temu, jak to interpretują strony, jest precyzyjne i jasno określa, kto ustala polskie stanowisko w trakcie spotkań z instytucjami Unii Europejskiej i kto jest szefem polskiej delegacji w trakcie spotkań Rady Europejskiej. Ale uzasadnienie wykracza również poza zakres pytania, dając wykładnię tego, kto jest odpowiedzialny za prowadzenie polskiej polityki zagranicznej.
Trybunał Konstytucyjny stanął po stronie prezydenta w sprawie jego praw do uczestnictwa w każdym szczycie unijnym. To sukces wizerunkowy Lecha Kaczyńskiego, jeżeli pamiętamy żenujące spory o krzesełka i samoloty do Brukseli. Z drugiej strony sentencja wyroku jednoznacznie mówi – oficjalne stanowisko formułuje Rada Ministrów (i jest to zapewne w formie wiążącej instrukcji), a prezentuje je na spotkaniach Unii Europejskiej prezes RM. Jest to jednoznaczne z tym, że szefem delegacji jest premier. Może on (na podstawie zasady precedencji) uznać, że to Lech Kaczyński jest szefem delegacji. Tylko, że nikt nie powiedział, że precedencja obowiązuje również w przypadku kontaktów z zagranicą, w sprawach, w których prezydent, jak wynika z wyroku TK kompetencji nie ma…





