Archiwum dla sierpień 2008
Bruksela, czy Monachium?

Jutrzejszy szczyt szefów państw Unii Europejskiej spotyka się “już” trzy tygodnie po wybuchu konfliktu gruzińskiego. Znamionuje to tylko to, jak członkowie tej w założeniu spójnej i sprawnej organizacji wolno dochodzą do wniosków i formułują wspólne, jednoznaczne zdanie, o ile oczywiście będą wstanie takie zdanie uzgodnić.
Na dzień przed szczytem wiadomo, że stanowiska poszczególnych państwa się znacznie od siebie różnią. Od ciepłego wręcz stanowiska wobec Rosji premiera Włoch, Silvio Berlusconiego, do zimnego, z postulatem sankcji gospodarczych, premiera Browna z Londynu. Cóż – Berlusconi to brat – łata premiera Putina – Brown to wypróbowany przyjaciel Stanów Zjednoczonych. Jednak głównie o interesy tu chodzi. Nie zapomnijmy, że rosyjski South Stream będzie zaopatrywał Włochy w gaz – a Nord Stream nie kończy się w Wielkiej Brytanii, a ropę Brytyjczycy mają z Morza Północnego albo od Norwegów.
Interesy Rosji są ściśle powiązane z Europą. Wprawdzie cała Unia importuje z Rosji niecałej 30% ropy i gazu – ale jej cała wschodnia ściana jest od rosyjskich dostaw już uzależniona. To jest poważny argument.
Logika Wildsteina

Rzadko zdarza się czytać teksty Bronisława Wildsteina, które by nie były toporne, często przechodzące w grafomanię, jak została powszechnie oceniona jego powieść, „Dolina nicości”, lub po prostu beznadziejne merytorycznie.
Pisze Wildstein na swoim blogu, w artykule, „Dlaczego nie należy podpisywać traktatu lizbońskiego”, że Polska nie powinna ratyfikować Traktatu Lizbońskiego. Jako powód podaje (nie udowodniony jak do tej pory prawnie) dowód, że „Odrzucenie go przez jeden kraj – w najbardziej demokratycznej procedurze dla tego typu decyzji, jaką jest referendum – odsyła go w niebyt”.
Zostawmy to stwierdzenie na boku. Dalej pojawiają się argumenty, już po prostu kuriozalne. Pisze, że podpisanie TL byłoby aktem presji na Irlandię. Czy jednak to Irlandia nie wywarła presji na Unię Europejską, ze względu na swój wąski interes? Czy reszta Europy nie ma prawa i obowiązku pokazać Irlandii, że przedkłada interes wspólny, nad własne, wąsko rozumiane prawa?
Dalej Wildstein pisze, że sytuacja Polski jest korzystna dla Polski, bo „Traktat nicejski, który obowiązuje, jeśli lizboński nie wejdzie w życie, daje nam jako krajowi dużo większe możliwości. Domaganie się, abyśmy świadomie zmniejszyli swoje prerogatywy na rzecz innych krajów, oznacza występowanie w ich imieniu”.
Pisze to Pan redaktor w wyjątkowym momencie, kiedy zagrożenie spójności Europy, z powodu konfliktu gruzińskiego jest faktem, kiedy polityka energetyczna całej UE jest dramatycznie niespójna i zagrożona – a Polska, przy swojej „twardej” polityce wobec Rosji – staje na pierwszej linii frontu.
Poradnik kościelny
Ponieważ dziś niedziela i wiele osób wybiera się do kościoła na mszę – to zamieszczam poradnik, jak przetrwać tą trudną i często nudną godzinę;
————————————————————————————————————————
Co można zrobic na nudnym kazaniu?
Jesteś w kościele i akurat trafiłeś na księdza, który ma najnudniejsze kazania świata, oto kilka propozycji, co można robić, żeby nie zasnąć:
1. Wyślij do organisty kartkę z zapytaniem, czy gra piosenki na życzenie.
2. Spoliczkuj swojego sąsiada. Jeżeli nie nastawi drugiego policzka podnieś
rękę i powiedz o tym księdzu.
3. Zaprezentuj, jak dostać się na balkon bez używania schodów.
4. Usiądź w ostatnim rzędzie i wypuść całą garść kulek pod przednie ławki.
Po mszy przyznaj sobie 10 punktów za każdą osobę, która się przewróci.
5. Używając kościelnych ulotek, zaprojektuj, przetestuj, a później
zmodyfikuj nowy samolot.
6. Zaczynając od tyłu kościoła staraj się przeczołgać pod ławkami, tak by
nikt Cię nie zauważył.
7. Podnieś rękę i zapytaj księdza, czy możesz wyjść do toalety.
8. Wyjmij chusteczkę do nosa i użyj jej. Wywieraj różne ciśnienie na nozdrza
tak by wytrąbić swoją ulubioną pieśń.
9. Dawaj do zrozumienia jednemu z ministrantów, ze ma rozpięty rozporek.
10. Unoś co jakiś czas jedną brew i patrz w ten sposób na sąsiadów.
[Źródło: Antygon]
Czytanki (nie)oszołomów – 2008 – 08 – 23
Dziś, w ramach stałego (i trochę zaniedbanego) cyklu - wpis mojego serdecznego kolegi, jednego z najlepszych, najbardziej rozpoznawalnych i oryginlanych bloegerów – Galopującego Majora. Galopek to człowiek jeszcze młody, prawnik po UAM w Poznaniu, jest bardzo oczytany i przenikliwy. Pisze w różnych formach, ma wyjątkowe pióro, nie wiem, czy nie najlepsze w publicystyce internetowej. Jest także moim partnerem w TOK FM. Polecam go wyjątkowo gorąco.
A.
———————————————————————————————————————–
Blogosfera uwiera dziennikarzy

Blogerzy piszący o sprawach społecznych, politycznych, o mediach – coraz częściej są zauważani poza internetem. Są czytani, cytowani, drukowani nawet w mediach papierowych – i zapraszani do mediów elektronicznych, już nie tylko jako ciekawostka przyrodnicza, enfant terrible mediów – lecz jako ludzie opiniotwórczy. Tacy, którzy choć występują poza głównym nurtem dziennikarstwa – zaczynają być czytani nie tylko przez pasjonatów internetu, ludzi młodych – lecz także przez samych dziennikarzy, politologów czy nawet polityków. I ci, choć jeszcze z poczuciem wyższości – zaczynają nawet odpisywać i polemizować. Eryk Mistewicz, specjalista marketingu politycznego, chyba jako pierwszy zauważył, że blogerzy polityczni to nie tylko ludzie, którzy komentują – lecz wręcz nadają dyskusjom społeczno – politycznym trendy. I że ich głos jest równie ważny, co głos „uznanych” autorytetów.
„Dziennik” zderzył w dwóch artykułach – wywiadach głos blogerów i dziennikarzy mainstreamu. Pierwszy wywiad jak się okazuje, nie był stricte wywiadem – lecz zapisem czata dziennikarza Marcelego Sommera z kilkoma blogerami. To błąd tych blogerów, ponieważ wiem z doświadczenia, a już kilku wywiadów udzieliłem, że wywiad face to face daje inne możliwości ekspresji i niuansowania wypowiedzi, riposty i panowania nad słowem, niż walenie w klawiaturę, bez kontaktu bezpośredniego. Tym bardziej, że ci blogerzy nie są do końca reprezentatywni w poglądach dla całej sfery publicystyki internetowej – a do tego jeden z nich jest nie do końca spełnionym „tfurcą”, z dość rozdętym ego. Sommer, wprawdzie tylko adept dziennikarstwa, jednak był na tyle sprytny, że dość łatwo „rozprowadził” blogerów. Ale zostawmy to ocenie czytelników – nie będę kopał, bądź co bądź – kolegów.
Ja, zwolennik Rosji w Europie

Przy dyskusji o Traktacie Lizbońskim, już w czasie jego negocjacji, ukute zostało przez tak zwanych „genetycznych patriotów”, czyli takich, dla których słowa Jarosława Kaczyńskiego są główną wyrocznią określenie – zwolennik Partii Zagranicy, wręcz czasami nawet – agent Partii Zagranicy. Na przeciwległym biegunie wymienia się inne partie – Partia Narodowa, Partia Patriotyczna, Partia Polski…
Oczywiście – genetyczni patrioci, którzy ssali to samo mleko, co Jarosław Kaczyński, jego brat i ich akolici – traktują to określenie w sposób pejoratywny. Bo należeć do Partii Zagranicy (PZ) – to znaczy być zdrajcą polskich interesów.
Dziś z kolei zawęża się to pojęcie do jednego kraju – do Rosji. Histeria pokaukaska kazała wielu publicystom, dziennikarzom i politykom, tych, którzy się nie godzą na jednostronne opisanie konfliktu rosyjsko – gruzińskiego, nazywać zwolennikami Moskwy, członkami partii rosyjskiej, agentami postsowieckimi i pieskami
reżimu. Celują w tym publicyści mediów pisowskich – „Gazety Polskiej” i „Rzeczpospolitej”.
Pani minister już nie tańczy

Czasem się mówi – „historia go rozliczy”. Pani Anny Fotygi historia zapewne nie rozliczy za nic, bo na szczęście dla polskiej polityki, była ona (mam nadzieję, że będzie można mówić w czasie przeszłym) na tyle niesamodzielnym politykiem, nie podejmującym żadnych decyzji bez konsultacji ze swoimi zwierzchnikami – Lechem Kaczyńskim i po części jego bratem, Jarosławem, że nie udało się jej nic popsuć.
Wczorajsza dymisja Anny Fotygi ze stanowiska szefa kancelarii prezydenta, swoistego prime ministra pisowskiego „rządu na uchodźstwie” nie była specjalnym zaskoczeniem. Mówiło się o tym od kilku miesięcy. Szefowanie kancelarii, składającej się z kilkuset osób, to ciężka i wymagająca reżimu i różnorakich zdolności praca. Organizacyjna, merytoryczna, stresująca. Praca, która wymaga także zdolności politycznych i to specyficznego rodzaju, bo nie od dziś wiadomo, że dwór Lecha Kaczyńskiego to nie jedna drużyna, lecz różne koterie, które się ze sobą ścierają. Łopiński, Kamiński, nowy zaciąg pisowski, nawet borowiki, chroniące Lecha Kaczyńskiego – wszyscy chcą mieć dostęp do ucha „monarchy”. Nie mówiąc o kobietach, głównie o minister Małgorzacie Bochenek, która walczyła niegdyś z Elżbietą Jakubiak – a teraz właśnie z Fotygą.
Z przykrością stwierdzam, że działalność Anny Fotygi, na każdym stanowisku, która piastowała – to była pomyłka. Pomyłka głównie jej promotora, Lecha Kaczyńskiego. Jego podziękowanie za jej wkład w negocjacje z Amerykanami, w sprawie tarczy antyrakietowej – zabrzmiały jak niezbyt udany żart.
Polityka zagraniczna, której nie ma

Polska polityka zagraniczna jest znów w impasie. Pierwsze, udane działania i sukcesy Donalda Tuska, i jego ministra Radosława Sikorskiego, po przejęciu władzy, nie przekładają się na trwałe sojusze i wzrost znaczenia naszego kraju. Odpowiedzialność za ten stan rzeczy spoczywa po równi na rządzie i na Lechu Kaczyńskim.
Polska nie ma poważnych projektów politycznych, prawdziwie długofalowej polityki zagranicznej. Jest albo reaktywna i histeryczna, jak w przypadku konfliktu gruzińskiego, lub pozostająca w zastoju, jak w przypadku naszych relacji z Unią i jej poszczególnymi krajami. To co się wydaje sukcesem, podniesieniem znaczenia naszego kraju na wyższy poziom, jak choćby wizyta Lecha Kaczyńskiego w Tbilisi – szybko okazuje się niczym nie znaczącym epizodem. To co ma Polskę wzmacniać na arenie międzynarodowej – jak tarcza antyrakietowa – wzbudza napięcia z naszymi sąsiadami, Rosją, Ukrainą i Niemcami – i nie jest akceptowane bezkrytycznie w całej Unii i NATO.
Dobra i zła suwerenność

Zwolennicy tarczy antyrakietowej przyrównują dzisiejszą uroczystość podpisania dokumentów o instalacji systemów amerykańskiej tarczy, do polskiego przystąpienia do sojuszu obronnego NATO.
Przypomnijmy – w dniu 12 marca 1999 roku prof. Bronisław Geremek, polski minister SZ, przekazał na ręce Sekretarz Stanu USA,Madeleine Albright akt przystąpienia Polski do Traktatu Północnoatlantyckiego. Odbyło się to w Independence, USA. Rzeczpospolita Polska stała się członkiem NATO – i struktur politycznych i wojskowych. Zajęło to Polsce w sumie pięć lat. Polska związała się z NATO, krajami europejskimi i Stanami Zjednoczonymi wieloma umowami gwarancyjnymi. I otrzymała wielką wartość dodaną, która umożliwiła rzeczywistą poprawę polskiej armii.
Co zyskujemy w sprawie tarczy? Jakie gwarancje, jakie uzgodnienia idą za dzisiejszymi podpisami?
Otóż minister Radosław Sikorski podpisuje samą umowę o przekazaniu terenu pod stację, a także ustalenia o zasadach stacjonowania amerykańskich żołnierzy.. Po drugie – podpisuje DEKLARACJĘ polityczną, tak zwaną deklarację solidarność, w której to amerykanie zobowiązują się do reakcji w sytuacji zaatakowania naszego kraju przez rakiety balistyczne.
Wszystkie te dokumenty są dokumentami stworzonymi i podpisanymi przez amerykańską administrację. Odchodzącą administrację republikańską George’a W. Busha, najgorszego prezydenta w historii Stanów Zjednoczonych.
Już dziś kup butlę gazową

Już wiadomo, jak zapłacimy za nasze poparcie dla Gruzji, za słowa Lecha Kaczyńskiego o rosyjskim imperializmie, za tarczę antyrakietową. Zapłacimy żywą gotówką – i to nie rząd zapłaci z naszych podatków – lecz zapłacimy my wszyscy, jak jeden mąż. Zapłacimy po prostu za gaz po nowych cenach, i także za droższą benzynę, z rosyjskiej ropy naftowej.
Rząd się dziś nagle ocknął i postanowił wydać rozporządzenie, regulujące sprawę budowy terminalu skroplonego gazu w Świnoujściu (LNG).
“Rząd uznaje budowę terminalu skroplonego gazu ziemnego (LNG) w Świnoujściu za zgodną ze strategicznym interesem Polski, a zwłaszcza postulatem dywersyfikacji źródeł i dróg dostaw gazu ziemnego oraz zapewnienia bezpieczeństwa energetycznego i gospodarczego państwa” – podało Centrum Informacyjne Rządu.
Tylko, że tego rodzaju inwestycja trwa nie rok, nie dwa nawet – a co najmniej 5 lat… i biorąc pod uwagę przygotowanie projektowe i procedury administracyjne – realny termin ukończenia terminalu to rok 2015…
Komunistyczny język debaty

Każdy, kto przeżył więcej niż 40 lat – ma w sobie pewne schematy i pewne kody, które w sytuacjach ekstremalnych, emocjonalnych, wychodzą na wierzch. Nawet jeżeli się chce zachować dystans i obiektywizm – to przychodzi taki moment, że hamulce zaczynają puszczać i nie patrzy się na to, co słowa niosą, tylko trzeb je z siebie wyrzucić.
Dziennikarze też tak mają. Dodatkowo jeszcze, w polskich warunkach, dawno już odeszli od kanonu bezstronności i są albo „zadaniowani” na konkretne sprawy, artykuły albo pozwala im się popuszczać wodze – i jechać na całego. Redakcje głównych polskich dzienników i tygodników okopały się na pozycjach ideologicznych i piszą zgodnie z linią polityczną gazety. Czasami jest to właśnie linia samych dziennikarzy, którzy nie kierują się interesem społecznym – lecz własnymi fobiami.
Dziennikarzy starej daty, czyli ci, którzy rozpoczęli publikowanie w latach 80, lub nawet wcześniej – w chwilach zachwiania emocjonalnego, niebezpiecznie zbliżają się do retoryki publicystów stanu wojennego i smuty lat osiemdziesiątych. Oto Maciej Rybiński, który w trakcie rządów Jarosława Kaczyńskiego wyrósł na naczelnego pióropałkarza tamtego reżimu, pisze w „Rzeczposplitej”;
„Każdy, kto moralne wsparcie dla Gruzji pustoszonej przez imperialne mocarstwo nazywa demolowaniem polskiej polityki zagranicznej, jest dla mnie rosyjskim agentem wpływu.”
Czym się różni mąż stanu?

Stary surrealistyczny dowcip brzmi;
- Czym się różni wróbelek?
- Nie wiem…
- Bo ma jedną nóżkę bardziej…
No właśnie – czym się różni mąż stanu… od Lecha Kaczyńskiego? Tu odpowiedź jest dużo łatwiejsza; Mąż stanu wie co, kiedy i w jakimi celu powiedzieć. Na wiecu, do mediów, do innych partnerów politycznych. Mąż stanu wie, że słowo wyleci… wróbelkiem – a może wrócić… zakręconym kurkiem z paliwem albo szlabanem na mięso.
Przejrzałem sobie wypowiedzi i działania różnych polityków w sprawie konfliktu kaukaskiego.
I tak, kiedy Kaczyński puszył się na wiecu w Tbilisi, stając na palcach, niczym Pszoniak w „Dantonie” Wajdy, na trybunie Stanów Generalnych, przed gruzińskim tłumem, Sarkozy w tym czasie spokojnie rozmawiał na zapleczu z Saakaszwilim, negocjował z Miedwiediewem, plan pokojowy – i po wizycie w Moskwie ustalił sześciopunktowy plan pokojowy, dający Gruzji perspektywę pokoju. Nie wojny, jaką chciał nasz Napoleon dla ubogich rozpętać z Rosją.
Polska norma

Kilka razy w tygodniu uprawiam jogging. A że warunki mam znakomite – AWF warszawski i Lasek Bielański w zasięgu kilkuset metrów – jest to wyjątkowa przyjemność. Na trasie biegu często spotykam starszego, szczupłego, niepozornego mężczyznę, który z racji wieku już nie biega, lecz uprawia nordic walking – czyli szybki marsz z kijkami. Zawsze uśmiechnięty, pogodny, odwzajemnia pozdrowienia. To Wojciech Zabłocki – wybitny niegdyś polski szermierz – a także wybitny architekt. Między innymi hala gier zespołowych jest jego AWF jest jego autorstwa. Jest on także autorem planu zagospodarowania prawego brzegu Wisły, w Warszawie, co miało być elemntem zgłoszenia naszej stolicy do Igrzysk Olimpijskich – bodajże w 2020 roku. Syn fechmistrza Zabłockiego, Michał, też był szermierzem, członkiem polskiej kadry, lecz kłopoty z kręgosłupem nie pozwoliły mu na kontynuację kariery. Zyskała na tym polska poezja…
Polska szermierka była niegdyś sportem nie tyle może elitarnym – co sportem, który przyciągał ludzi inteligentnych i kształtował wybitne osobowości. Warto wspomnieć mecenasa Parulskiego, Witolda Woydę, czy obecnego sekretarza generalnego PKOL – Adama Krzesińskiego. Kluby szermiercze były głównie na uczelniach, środowisko było spójne i właśnie trzymające poziom, jaki w innych dyscyplinach trudno było osiągnąć.
Okazuje się jednak, że sitwa układów potrafi wszystko zniszczyć.
Po sromotnie przegranych zawodach w Pekinie, polskie florecistki, aktualne mistrzynie świata, uchyliły rąbka tajemnicy. Okazuje się, że Polski Związek Szermierczy zżerają plagi – właśnie plaga sitwy, skupiając dwór prezesa, Adama Lisewskiego, składający się z działaczy i wybranych trenerów, w tym trenera florecistek, Pagińskiego, i rak choroby alkoholowej, jak się wydaje tej samej ekipy. Polscy zawodnicy, bo Sylwię Gruchałę i jej koleżanki poparli polscy srebrni szpadziści, przekazali mediom, że nie mieli zapewnionych odpowiednich warunków do treningu, odpowiedniego wsparcia organizacyjnego, medycznego i fizjologicznego.
Można by to złożyć na karb frustracji z porażki polskiej, niesfornej florecistki. Jednak zdecydowany głos zawodników, który spotkał się zresztą z dość obcesową, żeby nie powiedzieć, chamską, reakcją Lisewskiego – został poparty przez byłego działacza związku – wspomnianego już Adama Krzesińskiego. Potwierdził on słowa o alkoholizmie, jednoznacznie wskazując na prezesa związku, dodał do tego uwagi o braku profesjonalizmu w zarządzaniu, braki marketingu i o tym, że środowisko jest rozbite, które władze PZS mogą rozgrywać dla własnych korzyści, dysponując najpoważniejszym orężem – czyli pieniędzmi.
Polskie związki sportowe mają dosyć dużą autonomię. To dobrze, dobrze wtedy, kiedy są one dobrze zarządzane, źle, kiedy na czele organizacji stoją „wujowie”, którzy realizują własne zadania, głównie kręcąc lody dla siebie. Przykład PZPN, a wcześniej patologii w Polskim Związku Piłki Siatkowej, za czasów kierowania związkiem przez pana Biesiadę – wskazują, że brak nadzoru, głównie ze strony Ministerstwa Sportu i Turystyki prowadzi do takich wynaturzeń, jak te opisane przez polskich zawodników.
MSiT ma jednak argumenty – to ono właśnie opiniuje wnioski i przedziela dotacje z Funduszu Rozwoju Kultury Fizycznej i ze Skarbu Państwa na działanie związku i szkolenia centralne. PZS nie ma dużych możliwości pozyskiwania środków z innych źródeł. Mam nadzieję, że minister Drzewiecki szybko i radykalnie wkroczy w to, co się dzieje w tej organizacji i nie pozwoli umrzeć tej tak prawdziwie polskiej dyscyplinie sportu.
Polska norma, która przyzwala na tego rodzaju patologie, niszczy polski sport.
Azrael
Agent wpływu?

Za kilka dni pojawią się nowe zbiorcze sondaże popularności polityków, Sejmu, rządu. I w ciemno będzie można obstawiać, że notowania Lecha Kaczyńskiego skoczą na plus. O kilka, może nawet kilkanaście procent. Jest to wynikiem jego twardej retoryki wobec Rosji i jak jego zwolennicy twierdzą – nazywania rzeczy po imieniu. Co czarne, trzeba nazwać czarnym, co białe – ma być określone jako białe.
Oczywiście – białe to Gruzja i jej przywódca, czarne – Rosja i Władimir Putin. Role przez pana prezydenta zostały rozdzielona.
Lech Kaczyński wykorzystuje swoje 5, a może nawet 15 minut. Wywiady dla tv, prasy codziennej, tygodników. Coraz bardziej zdecydowane, coraz bardziej buńczuczne, Kaczyński gani i poucza. Gani Sarkozego, rząd Donalda Tuska. Wydaje mu się, że zaczyna tworzyć nową wartość nie tylko w polityce zagranicznej Polski, ale również wydaje mu się, że będzie nadawał nowy kierunek polityce europejskiej. Marzy mu się nowe rozdanie w polityce wschodniej, zbudowanie czegoś w rodzaju platformy porozumienia państw postsowieckich i Polski, jako przedmurza Unii Europejskiej. Nie da się ukryć, że „pomaga” mu w tym również Donald Tusk. Zgoda na ratyfikowanie porozumienia w sprawie tarczy antyrakietowej z USA, teraz, w obliczu kryzysu kaukaskiego, jest odczytywana nie tylko w Rosji, ale również w Unii Europejskiej jako przejaw strachu – i jako afront wobec instytucji bezpieczeństwa, głównie NATO.
Kaczyński prowadzi politykę infantylną. Politykę, w której własnoręcznie podbijany bębenek anty rosyjskości napędza Kaczyńskiego mocniej i jeszcze mocniej. Wydaje mu się, że jego jednowymiarowa retoryka zdobędzie poklask nie tylko wśród Polaków – ale również zmieni optykę patrzenia innych krajów na Rosję. Nic bardziej mylnego.
Milion – refleksje

Zaczynając pisanie bloga w maju 2006 roku, nie znałem jeszcze tej formy wypowiedzi w internecie. Wcześniej zajmowałem się komentowaniem polityki, ale w sposób raczej doraźny, na grupie dyskusyjnej.
I w dalszym ciągu raczej nie prowadzę typowego blog, gdzie odautorski komentarz i przyczynkarstwo jest normą. Jest to chyba jednak bardziej publicystyka internetowa (amatorska oczywiście), niż klasyczne blogowanie. Może to wynika z tego, że kiedyś, dzieckiem będąc, myślałem o dziennikarstwie, a informacji na tematy polityczne i społeczne szukałem często. Na studiach, pomimo, że był to okres pierwszej „S’”, stanu wojennego – jakoś mi to minęło. Nie byłem zaangażowany, poza organizacją studencką, którą traktowałem raczej utylitarnie (trampingi, obozy, praktyki zagraniczne). I szczerze mówiąc, pasjonująca praca zawodowa, w tym przez wiele lat własny biznes, odepchnęło mnie o tych spraw. Był okres, że nawet nie kupowałem gazet i tygodników. Dopiero rok 2005, i dojście do władzy Kaczyńskich „obudziło”mnie na nowo. Ale czytelnicy mojego bloga wiedzą, że właśnie kaczyzm zmusił mnie do podjęcia publicystyki i sformułowania swojego zdania.
Nie przypuszczałem, że moje opinie będą jednak zauważone i że są czytane, nie tylko przez „szarych obywateli” i polskich emigrantów(z USA mam prawie 10% wszystkich odwiedzin), ale także przez dziennikarzy, publicystów i polityków. I że zostanie również przez fachowców docenione. To rzadkość w polskim internecie, a już zupełnie wyjątkowe jest to, aby ktoś zaproponował publikację nie w gazecie codziennej, a wręcz w piśmie naukowo – branżowym, a taką propozycję otrzymałem ostatnio po publikacjach na temat Kaukazu.
Były również błędy i nie trafione decyzje, czy złe prognozy. Zdarza się najlepszym. Mogę mieć jednak satysfakcję, że formułując czasami opinie dość radykalne i bezkompromisowe – są one później przejmowane przez zawodowców – a mam również sygnały, że są osoby, z życia publicznego, które weryfikują pod wpływem mojego pisania swoje poglądy.
Piszę w kilku miejscach, tak, aby być widziany i słyszany w szerszej formule. Najważniejszy jest jednak ten blog, tu są moi najwierniejsi czytelnicy i krytycy. To im zawdzięczam powodzenie swojego pisania, to ten blog został dwukrotnie doceniony w konkursach na bloga roku.
Mam wielu stałych czytelników, nie będę wymieniał pojedynczych osób. Wczoraj wieczorem zajrzałem do statystyk – i zobaczyłem, że zostałem odwiedzony z całego Świata, ze wszystkich zamieszkanych kontynentów. Była Adelajda, Buenos Aires, Meksyk, oczywiście całe Stany Zjednoczone, Indie i Kazachstan, Europa. Muszę jednak szczególnie pozdrowić mojego stałego czytelnika z Gwinei Równikowej… dobrze by było, gdyby się objawił kiedyś z komentarzem
.
Przeglądając wpisy na blogu, uważam, że dwa teksty zasługują na przypomnienie. Nie są to może najlepsze moje komentarze – ale ważne. Pierwszy, napisany w sierpniu 2006, spowodował, że zostałem szerzej zauważony. I drugi, który stanowił moje credo, syntetyzował moje poglądy. Na dole znajdziecie te teksty, dla przypomnienia.
Jeszcze raz dziękuję za odwiedzanie mnie i zapraszam do śmiałych komentarzy i dyskusji.
Azrael
Teksty ważne;





