Rozliczeń nie będzie

Wczorajsza decyzja Sądu Okręgowego w Warszawie, który zwrócił do IPN akt oskarżenia za wprowadzenie stanu wojennego w Polsce w roku 1981 r., skierowanego wobec m.in. Wojciecha Jaruzelskiego, Czesława Kiszczaka i Stanisława Kani – nie wzbudziła na mnie najmniejszego wrażenia.
Wczoraj natomiast zakończyło się postępowanie sądu w sprawie śmierci Grzegorza Przemyka (nie pierwsze – mam nadzieję, że ostatnie), niemalże w rocznicę jego śmierci – i na wyrok, który zapewne zostanie ogłoszony w ciągu najbliższego miesiąca – czekam z uwagą.
Te dwie sprawy doskonale się uzupełniają i stanowią różne strony tego samego zagadnienia.
Jest oczywistą prawdą, że wprowadzenie stanu wyjątkowego w roku 1981 było zamachem władzy komunistycznej na początki demokracji. Że działania WRON-u i samego Wojciecha Jaruzelskiego zatrzymały przemiany społeczne w Polsce na lata – choć nie „rewolucję”, jak by chcieli to widzieć zwolennicy „S” - bo związek ten tkwił głęboko korzeniami w socjalizmie. Jest również prawdą, co zauważa publicysta „Gazety Wyborczej”, Mirosław Czech, że władze stanu wojennego obciążają represje, internowania i pacyfikacje – także ofiary śmiertelne. I dlatego właśnie każda decyzja sądu, każdy wyrok skazujący, w takich sprawach, jak Przemyka, kopalni „Wujek”, czy zajść w Lubinie – są dla mnie słuszne.
Tylko, że tak jak decyzja o wprowadzeniu stanu wojennego była decyzją polityczną, rzutującą na losy Polski – tak musi zostać ona rozliczona politycznie i zapisana w historii Polski – ale nie rękami prawicowych, zindoktrynowanych prokuratorów IPN. Nie widzę konieczności rozliczania historii przed sądem.
Do momentu, kiedy siły polityczne nie pozbawią się chęci rewanżu – do tego czasu nie nastąpi prawdziwa ocena i rozliczenie moralne działań sił komunistycznych. I do tego momentu wszelkie działania wycinkowe, takie jak lustracja, czy lansowane przez poprzednią ekipę rządową plany dezubekizacji, dekomunizacji – nie powinny być podejmowane.
Ideologizacja i bieżący interes polityczny – a także rewanżystowskie podejście do spraw historycznych – może rzutować na pomysły polityczne. Ostatnio pojawiły się postulaty „rewitalizacji” Konstytucji RP, lub jej napisania na nowo – ze względu na konieczność poprawy działania państwa, w tym władzy wykonawczej – i już Jarosław Kaczyński formułuje opinię, że owszem tak – ale tylko wtedy, kiedy w nowej konstytucji zostaną wprowadzone zapisy z jego programu – właśnie mające na celu eliminację z życia społecznego dużych grup obywateli.
Trudno jest zrozumieć politykom, szczególnie tym, których uwiodły sprawy rozgrywek i zabaw pseudoideologicznych, że w społeczeństwie wola rozliczeń, zarówno politycznych, jak i prawnych – a nawet moralnych – umiera. Polska to coraz bardziej społeczeństwo dwudziesto- i trzydziestolatków, którzy, jeżeli nie mieli w rodzinach prawdziwych „styropianowych” kombatantów – nie czują potrzeb rozliczania poprzednich pokoleń. Dla nich stan wojenny, Grudzień ‘70, Marzec ‘68 – to są sprawy tak odległe, jak II Wojna Światowa. Oczywiście – nie należy zaniedbywać edukacji, ale nie nie należy znów robić z niej narzędzia polityki – tak, jak chciano to zrobić z polityką historyczną, gdzie właśnie historię chciano zindoktrynować polityką rozliczeń.
Kwestię rozliczeń została w Polsce skompromitowana – i to nie przez tak chętnie przywoływanych przez „środowiska patriotyczne” umowy Okrągłego Stołu, czy Adama Michnika i jego wielką grupę wpływów, która oplatając media i świat polityki dławiła „słuszne” chęci rozliczeń.
Kompromitacja jest zasługą właśnie tych, którzy najbardziej i najgłośniej nawoływali i dalej krzyczą o „sprawiedliwość”. Lustracja została pogrzebana już w roku 1993, gdzie działania Macierewicza i Korwin – Mikkego doprowadziły do ośmieszenia tej inicjatywy – a następnie do wprowadzenia jej do obiegu politycznego. Potem dalszego aktu niszczenia dokonał Bronisław Wildstein, który dokonał poprzez wyniesienie słynne listy z IPN tak naprawdę dzikiej lustracji – a całkowitego skompromitowania idei już dokonała ekipa Jarosława Kaczyńskiego, swoją ustawą lustracyjną. Można jeszcze wspomnieć o pseudolustracji polskiego kościoła, gdzie drzwi do prawdy o tych, którzy współpracowali z bezpieką zostały zatrzaśnięte… zanim się otworzyły…
Swoją cegiełkę dokładały też media, szczególnie dziennikarze publikatorów centralnych, którzy zabawiają się tymi sprawami – może już nie tak, jak jeszcze kilka lat temu – ale doprowadzili również do znużenia społeczeństwa – które bardziej jest zainteresowane tym, co się dzieje teraz – niż tym, co tkwi w teczkach, pisanych przez pracowitych esbeków.
I dlatego też książka, która się niebawem ukaże, oczywiście nakładem IPN, autorstwa Cenckiewicza i Gontarczyka, o rzekomej współpracy Lecha Wałęsy – będzie hitem jednego tygodnia, miesiąca. I nic nie zmieni w osądzie osoby, zasług i wad byłego prezydenta.
Rozliczenie stanu wojennego i jego wpływu na historię Polski trzeba dokonać – ale nie przed sądem i z pobudek ideologicznych. Decyzja warszawskiego sądu pokazuje, że IPN, jak instytucja śledcza – nie ma racji bytu. Należy się też poważnie zastanowić nad i jego zmianą formuły, gdzie będzie zajmował się rzetelną pracą historyczną i archiwistyczną – a sprawy ścigania zbrodni – odda w ręce prawdziwego wymiaru sprawiedliwości.
Azrael













Azraelu. Jeśli możesz, napisz jak wyobrażasz sobie dalsze losy Polski, gdyby “WuJot” nie wprowadził stanu wojennego?
Pytam, bo właściwie poza magicznym sformułowaniem o tym, że Jenerał zdławił demokrację i “zamachnął się na naród” - nie spotkałem żadnej wypowiedzi, w której przedstawiono by, co właściwie w ówczesnej sytuacji można było zrobić i jakie plany miała “Solidarność”?
@ kmdr_rohan - może i się zastanowię - przeżyłem tamten okres dość świadomie - co nie oznacza, że z zaangażowaniem. Muszę sobie przypomnieć te 16 miesięcy karnawału “S”.
@azrael: alez zrob to koniecznie. Ja mam z tym w miare uplywu czasu coraz wieksze trudnosci. Nie z przypominaniem sobie lecz z interpretacja. Pp przezyciu lat 2006/2007 i przyjrzeniu sie mentalnemu krajobrazowi naszych rodakow nabieram powoli sympatii do Rakowskiego i Urbana. Bo jasnym staje sie powoli ze wolnosc zostalaby wykorzystana przez Albinow Siwakow i Bogdanow Porebow idacych leb w leb z Macierewiczami, Gwiazdami i Lepperami i Giertychami. Wyrznelibysmy sie w imie racji ktorych dzisiaj by nikt juz nie rozumial. Podobnie jak moj chorwacki przyjaciel nie rozumie dzisiaj dlaczego nagle chcial wyrznac w pien wszystkich Serbow. Ot naszlo go….I nawet niechetnie sobie przypomina swe poglady sprzed lat 15.
Szanowny Azrael!
Mam dosc kontrowersyjny punkt widzenia nato, co puryszles w tym arcyciekawym tekscie - felietonie.
Bezsprzecznie sprawa Przemyka i jemu podobne zaszlosci z tamtych lat powinny byc absolutnie zakonczone sprawiedliwym wyrokiem.
Proces Jaruzelskiego, Kani i Kiszczaka ! Juz sporo czasun uplynelo, wiele wody w rzekach.Pomny pewnych nauk z jednej strony i pomny pewnych bolesnych doswiadczen osobistych i moich bliskich gotow jestem na gest nie zapomnienia, a w pewnym sensie wybaczenia, przeciagniecia pod tym grubej kreski i juz nigdy wiecej nie wracania do tej sprawy.Nie poczuje satysfakcji jesli przykladowo zobacze wymieniona trojke w celi wieziennej.Nie ppoczuje satysfakcji z ewentualnej degradacji wojskowej Jaruzelskiego, bo to bedzie niesprawiedliwe z historycznego punktu widzenia.Tu z pewnoscia sceptycy obrusza sie na mnie i dlatego tutze wszystkim zadaje pytanie. Co bylo wazniejsze - wyzwolenie z hitlerowskiego terroru, permanentnego wymordowywania Polakow i polskosci, czy oddac sie mniejszemu zlu w granicach niezawislej panstwowosci z wlasnym godlem hymnem, jezykiem polskim w szkolach.A moze nalezalo sie wykrwawiac i czekac na wyzwolenie przez aliantow z frontu zachodniego? A moze nalezalo sie wykrwawiac i czekac na pomoc przyjaciol tak jak w 1939 roku. Popatrzmy prawdzie prosto w oczy.W koncu pokojowo wyzwolilismy sie od komunistycznego podporzadkowania.Czy mamy bic w czambul setki tysiecy naszych zolnierzy poleglych w drodze do Berlina w czasie II Wojny SWiatowej. Czy to jest jakas nasza paszkwiliada historyczna?
Powtarzam. Oprawcow w sprawach Przemyka i jemu podobnych, w Kopalni Wujek nalezy postawic przed obliczem temidy i ostatecznie sprawiedliwymi wyrokami zamknac ten rozdzail naszej wspolnej historii.
Raz jeszcze zwolennikow rewanzyzmu odsylam do realistycznej oceny Magdalenki i Okraglego Stolu. Kochani, ja nie chce tu uzywac slow wstyd i hanba. Ja tylko chce powiedziec jedno. Uczestnicy tego kumoterskiego porozumienia majacego znamiona zdrady narodowej, zdrady interesow ludzi wlaczacych o wolna i demokratyczna Polske dzisiaj podnosza glowy, pchaja sie lub sa na szczytach wladzy i chca nas uczyc jak zyc? To jest wstydliwa paranoja, z ktora pogodzic sie nie mam zamiaru i nawet w pewnych kwestiach tzw. szkodliwosci czynu stawiam znak rownosci pomiedzy Stanem wojennym a Magdalenka i Okraglym Stolem. To jest moj osobisty punkt widzenia wynikajacy z osobistych doswiadczen, faktow historycznych , obiektywnej oceny wydarzen i osob w nich uczestniczacych.
Ja tylko formalnie - łączenie w jednym zdaniu osobistych doświadczeń i obiektywnej oceny - szczególnie w tym kontekście - zakrawa na absurd.
Uff ciągle przebija mit przedmurza chrześcijaństwa, który sprawia, że w podręcznikach historii bronimy Europę przed Turkami, a w XX wieku obalamy komunizm. I tak we własnym sosie historycy i publicyści męczą się jak utwierdzić naród w tym przekonaniu - a że jesteśmy Polakami potrzebujemy też nie jako przy okazji dowalić bliźniemu, a zwłaszcza takiemu, co coś tam osiągnął. I tak tworzą nowe mity - naród, walczył z komuną a taki wredny Boni czy Wałęsa to kolaborowali, i nie uznawali geniuszu i determinacji jedynych genetycznych patriotów z Żoliborza i ich wasali. Otóż drodzy historycy i antykomuniści, jako były solidaruch mogę z czystym sumieniem napisać - wolność suwerenność naród miał serdecznie w dupie, liczyło się lepsze zaopatrzenie, fundusz wczasów pracowniczych, talon na małego Fiata, etc, etc - takie przyziemne rzeczy, które władcy PRL-owcy nie chcieli ani nie mogli zagwarantować – a wszystko to w myśl jedynego i autentycznego hasła z czasów sierpnia, które zresztą legło u podstaw buntów - “wszyscy mamy takie same żołądki”. O takich przyziemnych niuansach nie chcą pamiętać apologeci solidarności - zamiast tego babrają się w nieistotnych wobec procesów gnilnych komuny - słabościach czy wpadkach ludzi - zwłaszcza tych z przeciwstawnych obozów politycznych. I dzięki temu mamy pracę o tym, że Wałęsa podpisał lojalkę, której podobną treść pewnie podpisało kilkaset tysięcy innych ludzi mając to w głębokim poważaniu, za to poważając całkowicie na serio korzyści materialne, prawo do wyjazdu zagranicę, wczasy w Bułgarii, przydział M3, czy awans zawodowy. Niestety moi drodzy historycy i publicyści - tak było, że aby żyć w gospodarce nie rynkowej, państwie nie demokratycznym - trzeba było koegzystować z władzą i ustrojem, jaki istniał. A teraz bohaterowie kapciowi o tym nie pamiętają -i pewnie się wcale wstydzą, że zamiast palić “Piece Magnitogorska” wkuwali na pamięć wiersze Broniewskiego, aby mieć lepsze oceny w PRL-owskiej szkole.
@Khair: dopisz moj Nick do powyzszego postu. Nic dodac nic ujac. Ale aby tak myslec i moc to widziec trzeba bylo: 1. przezyc kawalek PRL jako rzeczywistosc niewirtualna. 2. moc powiedziec ze cos w zyciu czlowiekowi w zyciu wyszlo (poza wlosami) 3. przygladac sie dluzszy czas kapciowym antykomunistom ktorzy po 1989 roku zaczeli wykazywac sie niebywala odwaga w zwlczaniu systemu.
A to nie kazdemu bylo i jest dane.
Na temat stanu wojennego nie zabieram głosu. Unikam wałęsowskiego wartościowania na; minusy ujemne i minusy dodatnie. Ofiarom wyczynu Jaruzelskiego też nie współczuję, bo czymże są wobec zamachu majowego Źiuka lub szabatu Szeli. Milczeniem pominę ofiary Kościoła katolickiego na przestrzeni wieków.
Oskarżenie twórców stanu wojennego zasadza się na samowolnym niekonstytucyjnym działaniu ekipy minionego systemu. IPN i spora grupka histerycznych krzykaczy oraz ofiar, opiera swoje zarzuty na poczynaniach Jaruzelskiego bez tzw. wyższej konieczności. Nie licząc się z opinią organów sądowych przedstawiają swoją prawdę w randze aksjomatów. Sympatycy generała oraz mniej upolitycznieni podnoszą sprawę wyższej konieczności do rangi rozgrzeszenia. Indyferentni-a jest ich coraz więcej-pukają w czoło. A przecież wiadomo, że jedno lub drugie musi być udowodnione. Nie życzeniowo, odwetowo, prawo-lub lewoskrętnie. Bez politycznego zamówienia na lincz. Także podteksty bogoojczyźniane należy wytrącić z rąk nawet przedszkolaków.
Jeśli te warunki nie zostaną spełnione oznaczać to będzie, że cień demokracji jest większy na Białorusi niż w Polsce, a prawo sprawiedliwsze u Papuasów.
Jest jeszcze sprawa moralnej odpowiedzialności całego narodu. Jak dotychczas nie spotkałem odważnego, który ukazałby stan narodu w tych dramatycznych czasach. Podział na ,,my”i ,,oni”, komuchy i resztę, winni-niewinni to bełkot koniunkturalny podejrzanie trącący albinizmem. Także kucie pojęć typu homosovieticus niczego nie wyjaśnia. O postawach, zachowaniach tak uczestników jak i obserwatorów grudniowej smuty nikt nie zająknął się. O podsumowaniu zysków i strat też mglisto. Za to mimo upływu blisko 40-lat wciąż wyciąga sie trupa z szafy, który jak papierek lakmusowy ma stwierdzać, kto kwaśny a kto z zasadami.
Tylko jakoś polskości nam od tego nie przybywa.
Abulafie, nie ma czegoś takiego, jak “odpowiedzialność całego narodu”. Każdy odpowiada sam za siebie, za to co zrobił bądź czego nie zrobił, a powinien. Zastanawiam się teraz nad swoją własną odpowiedzialnością. Wychowywano mnie tłumacząc, że wszystkie imperia upadały, więc sowiecke też kiedyś upadnie, ale że czasami trwały kilkaset lat, więc nie ma co mieć zbyt dużej nadziei, że upadnie za naszego życia. W związku z tym trzeba się jakoś dostosować i starać się tylko przejść przez życie, w miejscu i czasie jakie nam dano, w sposób przyzwoity. Kiedy powstała tzw. pierwsza Solidarność nie miałam nadziei, że ona coś w tym zmieni, byłam jednak zafascynowana, pewnie dlatego, że byłam bardzo młoda. Nie przeżyłam nigdy przedtem, ani zresztą nigdy potem, takiej solidarności między ludźmi, takiej chęci pomocy i życzliwości od zupełnie obcych. Tłumaczyli mi mądrzejsi ode mnie, że to jest jak święto, jak festyn, kiedy przyjdzie normalne życie, niezależnie od tego, jak to wszystko się skończy, musi się to zmienić, ale nie chciałam słuchać. Wydawało mi się, że jesteśmy tacy nadzwyczajni. Kiedy nadszedł stan wojenny byłam zupełnie zdruzgotana i to nie tym co się stało, ale tym jak szybko powróciła niechęć, zniecierpliwienie, zwyczajne chamstwo między tymi samymi ludźmi, którzy jeszcze niedawno wydawali mi się tacy nadzwyczajni. Winiłam oczywiście tych, którzy wprowadzili stan wojenny. Musiało minąć wiele lat, zanim zrozumiałam, że takie jest po prostu życie, nie jesteśmy aniołami. Teraz nie pochwalam oczywiście stanu wojennego, ale już nie chciałabym sądzić jego twórców. W końcu ci sami ludzie usiedli przy okrągłym stole i oddali władzę bez rozlewu krwi, a mieli jeszcze dość siły, żeby jej sporo przelać. Należałam do Solidarności, ale nie byłam nigdy działaczem, nie walczyłam. Czy mam się z tego powodu czuć winna? Nie wiem.
Jak słyszę słowo “rozliczenia” w kontekście, o którym tu mówimy, to przechodzą mnie ciarki. To wszystko oceni historia, gdy wyciszą się emocje. Inne oceny nie będą obiektywne. Ja obserwowałem wszystko co się działo jako bierny uczestnik, członek Solidarności. Owoce doceniam ale zbiór mógłby być obfitszy, gdyby nie polskie przywary i niezdolność do zawierania najważniejszych kompromisów (poza tymi przełomowymi, wyjątkowymi). Z bliska działalność mojej Solidarności nie odbiegała wiele od praktyki dnia codziennego. Głosowania za strajkami i argumentacja była żenująca a ludzie reagowali jak stado a nie zbiór myślących jednostek. Zawsze głosowałem przeciwko strajkom. I jedno muszę powiedzieć, że chociaż byłem w nikłłej mniejszości, nie straciłem sympatii ludzi.
Stan wojenny abstrahując od ludzkich tragedii i niedogodności to był cios w gospodarkę, większy chyba nawet niż strajki. Oficerskie buraki w mojej wielkiej fabryce sparaliżowały całą działalność. Dyrekcja waliła w ścianę. A ja świeżo upieczony inżynier nie pojechałem na świąteczny urlop bezpłatny, który miałem już obiecany przez swoje kierownictwo za dobrą pracę. Moja osobista drobna niedogodność pierwszych dni stanu wojennego.
Azrael - z uznaniem odbieram Twój artykuł, jak i komentarze czytelników, podzielam też większość wyrażanych tu poglądów. Bardzo podoba mi się propozycja przeprowadzenia dyskusji na temat “Jak przebiegałyby przemiany w Polsce w latach 1980 - … , gdyby nie wprowadzono stanu wojennego, w ówczesnych realiach politycznych w Europie”? (Sam zaproponowałem taki temat na jednym z blogów, ale jak dotąd - nie został podjęty). Tak się składa, że miesiąc przed ogłoszeniem stanu wojennego ukończyłem “planowe” przeszkolenie oficerów rezerwy w jednej z uczelni wojskowych. Od pierwszego dnia zajęć domyślaliśmy się, że “coś się szykuje ze strony armii” w związku z napięciami, jakie w kraju istniały. Mieszkałem na terenie północno-zachodniej Polski i widok żołnierzy radzieckich nie był mi obcy, znałem osobiście kilkudziesięciu oficerów lotnictwa, z którymi w ramach młodzieżowej współpracy mieliśmy kontakt. Niemniej gdy po wizycie we wspomnianej uczelni delegacji “bratniej armii” zniknął z półek biblioteki tgodnik “Solidarność”, to zdecydowanie zaprotestowaliśmy (wszyscy oficerowie, bez względu na przynależność związkową - ja należałem do ZNP). Po dwóch dniach tygodnik przywrócono… To wydarzenie już nam sugerowało jakieś naciski na polskie władze ze strony “wielkiego brata”. Jeśli uwzględnimy to, że liczebność sił radzieckich na terenie Polski była wtedy prawie taka, jak cała obecna nasza armia (wtedy jeszcze było nas więcej), nie wspominając już o uzbrojeniu i wyposażeniu - jeszcze inna sprawa… W Wojsku Polskim zwyczajowo przeprowadzano tzw. badanie nastrojów wśród żołnierzy wszystkich stopni, wyniki przekazywano codziennie do tzw. GZPWP (Główny Zarząd Polityczny WP). Powiem tylko tyle, że w tej grupie oficerów byliśmy gotowi nie tylko wesprzeć władze w kraju celem poprawienia sytuacji wewnętrznej, lecz także odeprzeć każdą interwencję “bratnich armii”, z którą się wtedy liczyliśmy. Sądzę, że takie nastroje przeważały w całym wojsku i że gen. Wojciech Jaruzelski dobrze je znał i być może przekazał ostrzeżenie “przywódcom radzieckim”. Może dlatego czekali, ale w pełnej gotowości (potwierdzali to prywatnie, dyskretnie niektórzy ich oficerowie - dopóki w ogóle były możliwe z nimi jakieś kontakty, czyli przed zamknięciem ich koszar). Na moje szczęście w czasie stanu wojennego zostałem w domu, ale miałem czekać… Dzisiaj zadaję sobie pytanie: jakie realia polityczne wpłynęły na to, że przywódcy Rosji nabrali w tej sprawie przysłowiowej wody w usta, a niektórzy z nich próbują wmawiać nam (chociaż niemrawo) że tamtejsi przywódcy CCCP, to były niewinne baranki, a zawinili wyłącznie Polacy. Bardzo trudną decyzję podejmował wtedy gen. Jaruzelski, sam zresztą nigdy nie nazwał tego inaczej, niż wybór “lepszego zła”. Podziwiam go za to poczucie odpowiedzialności i osobistą godność, którą posiada (w końcu polski szlachcic). Jego zasługi z czasu II wojny są tu doceniane. Ubolewan nad “ślepo zacietrzewionymi”, rządnymi krwi w imię Bożego miłosierdzia. Zbrodniarzy zawsze indywidualnie powinien osądzać sąd, ale wydarzenia polityczne, szczególnie te na miarę epoki - historia. To oczywiście mój osobisty, ale bardzo już stary, przemyślany pogląd.
Pozdrawiam serdecznie gospodarza bloga i komentatorów
@ Klara.
Dziękuję za uwagę. Napisałem o ,,zbiorowej odpowiedzialności” z przekonaniem, że nie jest to puste pojęcie. Nawet prawne. Denazyfikacja, dekomunizacja czy potępienie wszystkich systemów totalitarnych podpadają pod taką odpowiedzialność.
Starożytność (chociaż to zbiór nacji), Indianie, Aztekowie, Aborygeni… W imię czego skazano ich na totalne nieistnienie?
Cała ludzkość odpowiada za grzech pierworodny prarodziców. Potop, Sodoma…Dlaczego zastosowano zbiorową odpowiedzialność?
Można powyższe przypadki oceniać przez pryzmat mitologii, jednakże owa mitologia rzucana od wieków na siatkę mentalną kształtuje nasze postrzeganie rzeczywistości. I tę miarę realnie przykładamy do teraźniejszości.
Ukłony.
W naszym katolickim społeczeństwie jedyna rzecz, która się trzyma mocno, to wiara. Ale nie wiara w Boga, tylko wiara w to, co nam akurat jest wygodnie politycznie wierzyć. Wprowadzenie stanu wojennego to dzieło tego wstrętnego komucha Wojciecha Jaruzelskiego, który zezłościł się, że jedyny ideologiczn ie słuszny kraj ZSRR ciągle nie wkracza do Polski, mimo faktu, że przecież to głupie społeczeństwo zaczyna podskakiwać, a ma siedzieć cicho. Naszym wyznaniem wiary i obowiązkiem powinno więc dzisiaj udokumentowane spalenie starucha na popiół i rozrzucenie go na wiatr.
Nie ma dowodów na to, że ZSRR zamierzało wkroczyć do Polski - to znaczy, że takiego zamiaru ze strony Wielkiego Brata nie było. Nawet trudno się dziwić takiemu widzeniu ezeczy akurat w Polsce i akurat teraz. Sami likwidację służb przeprowadzilismy tak ab y żadne dokumenty nie miały żadnej wagi, bo je się kopiuje bez opamietania, daje do czytania 10 kopię z kopii, dodaje, uzupełnia, gubi, zamurowuje itd. Wynika z tego, że wiemy jak się to robi, a naszym śladem zapewne idą służby rosyjskie buszujace po własnych archiwach. Wierzymy więc, że ZSRR spokojniutko sobie siedziało na tyłkach i ani im w głowach było ruszanie sie z wygodnych foteli i robienie awantury w jednym kraju. Węgry czy Czechoisłowacja - to pomyłki, a zresztą może za parę lat okaże się, że wszystkie wiadomości o interwencji to szajs i żaden żołnież niezwyciężonej Armii Czerwonej nigdy nie przestąpił granic tych państw.
Mówiąc powaznie, oskarżanie Jaruzelskiego bez dowodów i to mocnych, jest poprostu bezprawne. Wiara góry przenosi, ale nie w sądzie w praworządnym państwie. Na szczęście! Uczynienie z postaci Jaruzelskiego kozła ofiarnego, na którego barki zwala się wszystkie nieszczęścia rządów stalinistów i ich następców, to zabieg iście magiczny i ma na celu skoncentrowanie uwagi na sprawie w danym momencie historycznym mniej ważnym chociaż nośnym, by można było bezkarnie psuć, wetować, udawać i przeszkadzać, gdy czynione są próby zrobien ia czegoś sensownego dla społeczeństwa.