Życie tam to powolne i mozolne odkrywanie przedwojennej historii tych ziem. Spojrzenie w przedwojenny Heimatkalendar szokuje: styl czcionek jest tak nowoczesny zupełnie jakby reklamy robiono rok czy dwa lata temu. Wszędzie, w każdym mieście mnóstwo producentów, róznego przemysłu. Buduje się mosty, pociągi, produkuje meble, dywany, likiery, koniaki, wina, oj wszystko. Nawet w 30- tysięcznych miastach zbudowano teatry i opery. Po wojnie zamknięto je albo zburzono. Do dziś widać ich ruiny, choćby w Gubinie i w Głogowie. Jeśli istnieją, są zapomniane, jak ducal spa theatre (Kurfuestentheater) w dolnośląskim Bad Salzbrunn (Szczawnie Zdroju- wnętrze na fotografii poniżej):

Fot. Zrujnowany w wojnie, a potem rozebrany przez Polaków na odbudowę Warszawy teatr miejski w Gubinie.
Największe miasta były połączone superszybkimi kolejami. Fliegender Schlesier łączył Bytom, Opole, Wrocław, Legnicę, Żagań i Berlin. Nord Ekspress łączył Gorzów, Piłę, Chojnice, Tczew, Malbork, Gdańsk, Elbląg z Berlinem. Osiągały prędkość techniczną 160 km/h, a więc wyższą od polskich “Luxtorped”. Prędkość handlowa, a więc ta „średnia na trasie” wynosiła nawet 140 km/h. Dziś najszybsze polskie pociągi „średnio” osiągają 100- 110 km/h, i to bez postojów pośrednich. W miastach przez które przejeżdżały przedwojenne superekspresy historie te są rodzajem mitu, w który aż nie chce się wierzyć- wiele z tych linii dziś zostało rozkradzionych, wielkie węzłowe stacje kolejowe spalono i rozkradziono dla cegieł, jak choćby tą w Lubsku. Dziś ta historia to jakby TGV przejeżdżał przez slumsy.
Fot. Fliegender Schlesier gdzieś koło Lubska, pędzi 160 km/h na torach które już rozkradziono.
Każda większa wioska miała swój dworzec lub przystanek kolejowy, skąd odchodziło nawet po kilka pociągów na godzinę, jak do dziś jest po zachodniej stronie Odry i Nysy. To kolej zrobiła z rolniczej prowincji rodzaj podmiejskich miasteczek satelitarnych wokół większych miast Polski Zachodniej. Umożliwiła „przestawienie się” ludności z rolnictwa na życie typowe dla ludności miast. Już wówczas większość linii lokalnych była deficytowa jeszcze przy ich budowie, i powstały od samego początku z dopłatami pństwowymi. Codziennie masy dawnych rolników wsiadały w pociągi i dojeżdżały do większych miast do pracy czy nauki w licznych fabrykach i instytucjach. Dzięki kolei już przed wojną w wielu regionach zanikło rolnictwo. Do dziś są duże regiony Polski Zachodniej gdzie rolnictwem para się 4 % i mniej populacji.
Tamte regiony były już wówczas wysokouprzemysłowone, dawną strukturę rolniczą zamieniono na świat w którym dawne wioski to przedmieścia połączone z miastami czesto kursującymi kolejami. Nawet na odludnych liniach do dziś na stacjach są podziemne tunele i nawet po 5 peronów. To koleje i transport zbiorowy budowały potęgę tego pozbawionego większych miast regionu, ale jakże wielkomiejskiego. Dzięki nim wioski rozwijały się jako satelity, podmiejskie osiedla, a mieszkańcy mieli niemal te same szanse rozwojowe co mieszkańcy miast.
Jednym z takich dworców jest dworzec w Kunicach, dość odrębnej dzielnicy Żar. Do dziś widać dawne przejście podziemne pod torami, po których dziś już niemal nic nie jeździ. A kiedyś była do duża stacja pomiędzy trzema wielkimi węzłami kolejowymi. Z Mirostowic docierały tutaj elektryczne tramwaje wąskotorowe, którymi przewożono pasażerów i towary na ok. 30- kilometrowej sieci tramwajów podmiejskich należących do tamtejszych kopalni węgla.

Cała okolica była ongiś zagłębiem kopalni węgla brunatnego. Po niemieckiej stronie granicy eksploatacja złóż trwa nadal, po polskiej stronie wszystko upadło. Pozostała legenda o tramwajach podmiejskich które fabrykant zbudował dla swoich pracowników i dla przewozu swojego węgla, pozostały ruiny elektrowni w Łazach, pozostały maszty dziwacznej kolei linowej którą przewożono urobek do pobliskiej aglomeracji (takiej „małej”, ale przed wojną bazującej na dowozach ludności z całej okolicy).



Dziś wizyta tam to oglądanie górniczych osiedli, parterowego budynku dawnej kopalni z symbolem dwóch kilofów nad wejściem. Mirostowice to miasteczko które upada, straszą ruiny rozbebeszonej cegelni czy pięknego dworku. Obok jest przepiękny teren pagórkowatego „Zielonego Lasu”, w którym kiedyś były dwie wieże widokowe. Dziś zostały z nich ruiny. Tak samo zrujnowano do reszty pobliski pałac myśliwski. Kilka kilometrów dalej, w centrum Żar straszą do dziś ruiny pałacu i zamku, zostawione same sobie od wojny. Ludzie, szczególnie młodzi, uciekają za granicę, albo do większych miast. Miasto na papierze ma ok. 40 tysięcy mieszkańców, realnie połowa młodych roczników jest za granicą.
Po dziełach ambitnej arystokracji, z woli której zbudowano tu kolej ledwie 4 lata po jej premierze na Śląsku, i z jej poleceń wytyczono tutejsze parki wraz z wieżami widokowymi dla ludności, pozostały rozsypujące się coraz bardziej ruiny. Nieopodal „straszy” Żagań, ongiś siedziba księstwa, rządzonego przez Talleyrandów- Bironów. W ich pałacu przed wojną mieściło się muzeum wnętrz zamkowych, wisiały tu portrety pędzli najznamienitszych malarzy: Rembrandta, van Dycka, Goi, Velázqueza, Tycjana i Canaletta. Pałacowe archiwum miało w kolekcji ręcznie pisane orginały dzieł Goethego, Schillera, Talleyranda, listy Napoleona do Józefiny, 36 listów Stanisława Augusta Poniatowskiego. Mieściła się tu ponoć nawet opera kameralna.
Gdy umarła tutejsza księżna Dino, która “wyczarowała” miniona potęgę tego miasta, z okolicznych wiosek na jej pogrzeb zeszło się 10 tysięcy mieszkańców księstwa dla których angażująca się w filantropię księżna była odpowiednikiem dzisiejszej księżnej Diany. Dino przeniosła się do Żagania z Paryża, gdzie była kochanką de Talleyranda, sławnego ministra spraw zagranicznych Napoleona. Za jej rządów miasto w ciągu kilku lat wyrosło na stolicę kulturalną tej części Europy, a jego sława przekroczyła granice ówczesnych Prus. Dziś pałac to gniot komunistycznej rewitalizacji zabytków, zrobiono z niego po prostu kicz. Ściany na olejno, chwasty w parku pałacowym, z którego ostało się ledwie 15 % orginalnego założenia. Po obrazach i wnętrzach pałacu chyba ani śladu. Po potędze kulturalnej miasta także ani śladu- dziś stąd wyjeżdża kto może, bo brakuje nawet tej ekonomicznej. A mogło być inaczej, podobno na pałacu po wejściu Rosjan przez krótki okres powiewała francuska flaga…
Polska z Ziemiami Odzyskanymi zrobiła mniej więcej to co małpa robi z zegarkiem. Zniszczono i infrastrukturę kulturalną i transportową. Miasta, które były aglomeracjami rozproszonymi mającymi dzięki tej infrastrukturze w swym zasięgu nawet 200-300 tys. ludności, po upadku systemu transportu stały się 40- 50-tysięcznymi miastami średniej wielkości. Przestały być regionalnymi centrami, jak przed wojną. Ludność przestała podróżować, przynajmniej na te dłuższe dystanse. Wielkomiejskość nagle stąd prysła.
Europejskość też. Kicz zastapił przedwojenną elegancję i smak. Po niemieckiej stronie jest ładnie, po polskiej wygląda jak w Meksyku- wszędze strip landscape: krajobraz nieokiełznanych szyldów i tablic reklamowych, parkingów, centrów handlowych. Po niemieckiej stronie pejzaże amerykańskich przedmieść również istnieją, ale nie zdominowały miast tak doszczętnie jak po polskiej stronie. W Niemczech wciąż są wielkie obszary zwykłej miejskiej estetyki.
Upadła turystyka. Do Karpacza przed wojną przyjeżdżało po kilka pociagów dziennie z Berlina i jeden z Amsterdamu. Dziś na torach rosną drzewa, kolejka narciarska na Kopę to pojedyncze krzesełko niezmienione od 30 lat, poruszające się z prędkością emeryta, jakieś 3 km/h. Narciarze na to nie mają czasu, dziś z Europy, a nawet z Polski jeździ się do Czech. Po polskiej stronie został skansen, w którym rzeczy zmieniają się o wiele za wolno.
Gdyby te tereny dziś powróciłyby do Niemiec, przypuszczalnie nasz zachodni brat przysłałby sztab profesorów, którzy przypuszczalnie przeszczepiliby tu na powrót to co było tu przed wojną, a oni nadal mają zaraz za zachdnią granicą. Przypuszczanie podobnie jak za Odra i Nysą, do wiosek, miast i miasteczek znów zaczęłyby kursować pociągi co kilkadziesiąt minut, i znów ładowanoby pieniądze w opery i teatry na głębokiej prowincji, zorganizowane w niemieckim stylu, bazujące na teatrach przyjezdnych. Po spektaklach w nich, a jakże, pasażerowie zdążyliby jeszcze załapać się na ostatni pociąg do swojej wioski- przedmieścia, tak jak dziś jest w Niemczech.
Może to nie jest opłacalne, ale nie wiedzieć czemu tym akurat różnimy się od Niemców. Tam nawet na wsiach i w miasteczkach czuć wielkie miasta, musicale, opasłe gazety codzienne przy których najgrubsze polskie to zwykłe tabloidy. Wiem, bo wiele lat mieszkałem w jednej z niewielkich wiosek po niemieckiej stronie granicy.
A dziś te regiony są wciąż zarządzane “z Warszawy”. Tu dalej decyzje są rozstrzygane z obcej, przede wszystkim kulturowo, perspektywy. Niemcy to federalizm, tam “centrala” bierze tylko swój udział w podatkach, ustala przepisy ramowe. Resztę robią landy, od telewizji publicznej (a jakże, regionalnej) po program nauki w szkołach. Rola niemieckiej “Warszawy” jest zminimalizowana. Być może i tu byłyby “polskie Niemcy”













Podróż sentymentalna(taka z pluciem w brodę straconych szans)…, bo jakoś nie pasuje mi, że chodziło o większą samodzielność samorządów lokalnych

O ile zacząłem z zaciekawieniem, poprzez czytanie ‘co by było, gdyby było’(najlepiej niemieckie ;), skończyłem z pewnym niesmakiem. Pomimo ogólnego dobrego wrażenia.
Pozdrawiam wiosennie.
P.S.
Bardzo rzadko komentuję, ale ten system komentarzy właśnie doprowadził do tego iż jest to ostatni mój wpis u Azraela. Nie mam cierpliwości pilnować- wpisało się, nie wpisało. Spróbuję może za jakiś czas.
Sentymenty i nostalgia na miarę słowiańskiej duszy. Na ziemię sprowadzają realia, bardzo życiowo stawiające pytanie; Kaj my to som jeruna?
Ziemie Zachodnie były od wieków kością niezgody w stosunkach polsko-niemieckich. I nie chodzi o to, kto komu sprzedawał Silesię , lub czy słusznie wymierzył niemiecki nauczyciel baty dzieciom Wrześni za odmowę nauki w niezupełnie obcym dziatwie języku. Chodzi o to czym owe ziemie są po II w. św. Idzie o status quo Ziem Odzyskanych, naruszenie którego mogłoby wywołać lawinę rewindykacji na miarę biblijnych roszczeń Żydów do Ziemi Obiecanej.
Niezależnie od zawirowań historycznych te ziemie należą do Polski. Mlekiem i miodem nie płynęły. Raczej potem i krwią fizoli pragnących pod czyjąkolwiek flagą godnie żyć. Zagospodarowanie ich przebiegało zgodnie z kulturą autochtonów; przed II w. św. niemieckich, po-Polaków repatriowanych z Ziem Wschodnich. O rozbieżności tychże kultur autor wpisu powiedział prawie wszystko. Zapomniał tylko o imperatywach kultury mongolsko-tatarskiej warunkujących pozostawienie ,,spalonej ziemi” i o tym, że Ziemie Zachodnie przez lata powojenne były traktowane jako tymczasowe ochędóstwo.
Czy można mieć pretensje do przesiedleńców o zamienienie teatrów w oberże? Skoro obory były łudszyje kak ich niegdysiejsze chawiry, a świadomość zawłaszczenia cudzej chudoby nie inspirowała do dbałości o nie?
Dużo by pisać. Z braku czasu i miejsca poruszę tylko jeszcze jedno. Zdanie ,,Gdyby te tereny powróciły do Niemiec” nie podoba mi sie. Trąci Hubką i Steinbach. A ci odbierają ludziom zamieszkałym na Ziemiach Odzyskanych dzieciństwo, młodość, marzenia i wszystko co tam pozostawili. Pozostańmy zatem przy ,,polskim łajnie w polu” i nie tęsknijmy do ,,fiołków w Neapolu”.
Nie obudzimy sie przynajmniej jutro z ręką w nocniku.
No ale obiektywnie, trzeba pamiętać, że przez Polskę przejechały dwa walce.Radziecki i niemiecki, że nasi profesorowie zostali zabici w Lwowie, Krakowie, Óświęcimiu, Katyniu, a Powstanie Warszawskie pochłnęło reszte naszej elity.A już wspominać o tym, że w Polsce żył kiedyś naród, którego Niemcy nas pozbawili, nie wypada w tym katolickim kraju, bo Żyd jest Bóg jeden wie kim dla Polaków. Rzeczywiście raport ciekawy ale konkluzje mi nie pasują. Bo ten świetny niemiecki naród, bardzo nam dopomógł, żebyśmy mieli na długo pod górkę.Nie mam zamiaru lamentować nad polskim męczeństwem, nie zachwycam sie Powstaniem Warszawkim. “Niemcy przysłali by sztab profesorów”, na jak by naszych nie pozabijali, to może byśmy sie też dorobili tak mędrców.Mam nadzieję, że Niemcom na umyśle jest już lepiej ale nigdy nie będe zachwycać się idealnym porządkiem niemieckim. Bo ja w Polsce mieszkałam koło Oświęcimia. A Niemcy w idealnym porządku zamordowali i obrabowali pół Europy. Dziękuj, to ja jednak wolę polski bałagan- a teraz irlandzki.
Mógłbym napisać skoro mu się nie podoba to nie jedzie do Reichu ale wyręczył mnie przedmówca dodam tylko, że skoro się temu panu coś tutaj nie podoba to dlaczego nic nie robi żeby to zmienić choć facet pewnie woli siedzieć wygodnie w fotelu z piweńkiem i wszystko krytykować.
Ciekawy opis, w wielu elementach bardzo smutny, ale nie zgadzam sie całkowicie z wnioskami. Po pierwsze to PRL doprowadził do tej ruiny i to cały obszar naszego kraju a nie tylko zachodnią jego część, wyjałowił intelektualnie i kulturowo społeczeństwo poprzez promowanie takich a nie innych wzorców zachowań.
Nie zgadzam się również z niezachwianą wiarą w Niemiecką siłę sprawczą. Popatrzmy na landy wschodnie Niemiec - wpompowano w nie miliardy marek i euro a skutki są mizerne społecznie i ekonomicznie. To jest skutek czterech dekad “sowieckiej myśli społecznej”.
Poza tym generalizowanie przesiedlonych mieszkańców kresów wschodnich i sprowadzanie ich wyłącznie do chłopstwa o niskim poziomie intelektualnym - wygląda mi na stereotyp “Samych swoich”. Oczywiście sowieci przetrzebili inteligencje kresów wschodnich w czasie swojej okupacji działaniami NKWD ale pamiętajmy że mieszkańcy Wileńszczyzny, Grodzieńszczyzny, a szczególnie okolic Lwowa charakteryzowała się w II Rzeczpospolitej jak i wcześniej wysokim poziomem intelektualnym. Byli tam ludzie przedsiębiorczy, budujący manufaktury, tak wychwalane przez autora osiedla ze szkołami, lecznicami, transportem. Oczywiście odległość od uprzemysłowionego Śląska z jego zasobami kopalin powodowała inny charakter przemysłu, inne wymogi transportowe.
Moją niezgodę budzi ten artykuł również gdy patrzę na to jaki poziom reprezentuje sobą Polska zachodnia względem Polski wschodniej obecnie. Spójrzmy choćby na Poznań, na Wrocław. Spójrzmy na kogo głosuje Polska zachodnia i wschodnia. kolejne pytanie - gdzie jest 90% nowych autostrad ? Gdzie lokalizuje się większość inwestycji technologicznych ?
A upadek średnich i małych miast jest sprawą wynikiem takiej a nie innej polityki, sytuacji gospodarczej. PRL zamiast skomunikować małe miasta budował w dużych miastach wielkie osiedla (z których część stała się obecnie swoistymi fawelami) a w małych i średnich miastach umieszczał pojedynczą fabrykę która do tego warunkach wolnorynkowych nie miała nawet minimalnych szans na przetrwanie. Na dokładkę przy takiej fabryczce budowano technikum które szkoliło wyłącznie do pracy w tej fabryczce.
Dodajmy do tego że brak dbałości o mienie poniemiecki był celowym i zamierzonym działaniem władz PRL gdyż celem było zatarcie śladów “jakiejkolwiek niemieckości tych ziem” tyle że realia nie pozwoliły zbudować nic specjalnego “polskiego” w to miejsce
Reasumując to PRL i jego sowiecka ideologia zniszczyły ziemie zachodnie, oraz doprowadziła do upadku małych społeczności oraz ruiny infrastruktury transportowej.
Niemcy nie mają tu żadnej cudownej siły sprawczej.
pozdrawiam
RMPL i RAS FU FU zapomnieli o jednej sprawie.
Od 1945 roku przez kilka długich lat Rosjanie systematycznie wywozili z Ziem Odzyskanych torowiska, kompletne węzly kolejowe, fabryki, elementy infrastruktury nadające się do przeniesienia na teren ZSRR w ramach zabierania łupu wojennego. Protesty Plaków i stwierdzenia w rodzaju, że przecież trzeba będzie to odbudować, że zabierają swoim, zbywalli pogardliwym milczeniem.
Jeszcze w latach siedemdziesiątych można było w okolicach Baku zobaczyć wywiezione rdzewiejące instalacje z fabryk chemicznych w Oświęcimiu (bodajże IG Farben). II wojna światowa trwała jeszcze na tych terenach przez kilka długich lat w formie dewastacji całej gospodarki, bo była niemiecka.
Na to wszystko nałożyło się przesiedlenie milionów Polaków z kresów wschodnich, wybicie ogromnej części inteligencji, centralizm w gospodarce regulujący po 1948 r. wszystko aż do produkcji kwaszonych ogórków w beczkach (taka pozycja była przez kilka lat w Planach Rocznych Centralnej Komisji Planowania z lat pięćdziesiątych), brak samorządności i mnóstwo innych przyczyn, których wypisanie wyczerpałoby pojemność wielu tomów. Dlatego zalecam ostrożność w ferowaniu wyroków w rodzaju pogardliwego Polnische Wirtschaft.
Na koniec jeszcze jedna uwaga.
Od lat międzywojennych upłynęło już prawie stulecie. Oceniać stan polskiej gospodarki na podstawie porównania z tym, co pozostało po Niemcach, w kontekście powszechnego dostępu do internetu, samochodów, pracy w wielkich ośrodkach miejskich, które jako jedyne zapewniają wielką wydajność pracy, utrzymywanie tamtego modelu rozwoju straciło sens, nie mówiąc o tym jak wielki wpływ miał ten model na dewastację środowiska naturalnego przez jego gwałtowną urbanizację. Chyba już pora zacząć rewidować swoje poglądy w tym zakresie i przestać epatować polską niezdolnością do kontynuowania tamtych trendów. Nie dość że kosztownych to i nieefektywnych. Dzisiaj nie ma chyba sensu utrzymywanie sztywnej infrastruktury kolejowej, jeśli nawet najubożsi są w stanie kupić używany samochód i przemieszczać się po okolicy według własnego uznania.
Wiem co mówię, bo mam częsty kontakt z ludźmi mieszkającymi na Kurpiach, które do niedawna były synonimem powszechnej nędzy. Kto jest niezdolny do inicjatywy, temu nawet i 10 pociągów dziennie nie pomoże, choćby i w każdej wsi wybudowano perony z Włoszczowy.
Przepraszam, że tak długo, ale sierdzi mnie jednostronne patrzenie na problemy tego świata.
Artykuł Ras Fu Fu jest niewątpliwie ciekawy, czuję jego frapujący klimat, wszak mówi o świecie, który przemija bezpowrotnie, ale czynić zarzuty Polakom, że nie kontynuują tego modelu i nie próbują przywrócić tamtego świata, to trochę nadużycie. Tak sądzę. To już nie tamte warunki rozwoju. Dysponujemy już kompletnie innymi możliwościami wynikająmi z nieprawdopodobnego skoku technologicznego w naszym życiu, który powoduje, że nie ma sensu wracać do tamtych rozwiązań. Zresztą jaki sens przywracać życie starym operom, liniom kolejowym, czemuś tam jeszcze, jeśli pracę można świadczyć przez internet, nie ruszając się z domu, kulturę łykać przez internet, sprawy urzędowe i bankowe załatwiać przez internet z domu, uczyć się przez internet w domu itd. itp. Jeszcze kilka lat i cała tamta infrastruktura psu na budę się zda. Jeśli już inwestować to właśnie w powszechną komunikację. Wtedy wszyscy bez względu na statut majątkowy będą mieli równy dostęp do pracy, wiedzy, kontaktów itd. A jaka to ulga dla zdewastowanego środowiska!
Mój wpis to trochę jak posadzenie na jeża - odświeża. Żebyśmy nie zamykali się w nostalgii za odchodzącym światem. Bo najciekawsze dopiero przed nami. Amen. Bezlitośnie stary Petrel.
Chciałem coś skomentować, ale w zasadzie większość tego napisał już RMPL. Opis i zdjęcia owszem ciekawe, natomiast komentarz już cokolwiek nietrafiony.
Abulafia - cokolwiek przesadzasz pisząc że “Ziemie Zachodnie były od wieków kością niezgody w stosunkach polsko-niemieckich”. Nawet pobieżne przeglądnięcie atlasu historycznego pokazuje że nasza zachodnia granica była praktycznie niezmieniona od Jagiellonów (a może nawet Kazimierza Wielkiego) do rozbiorów. Przez ten czas Rzeczpospolita prowadziła boje o Moskwę, Inflanty, Podole… a nawet o takie pierdoły jak używanie tytułu króla szwedzkiego przez Wazów. Tymczasem nikt nawet nie wpadł na pomysł walki o ziemię, które jak sugerujesz miałyby być “kością niezgody”. Bo po prostu nią nie były.
GB.
Dzięki za uwagę.
Mam taką przekorną naturę, że często podchodzę do historii pisanej np. przez IPN z noktowizorem. Dlatego zaciemniony obraz przyoranej na trzy palce ziemi postrzegam jak kość niezgody.
Jeśli Cię jednak słownictwo z bezmięsnym gnatem razi, mogę zamienić je na jabłko niezgody. Podejrzewam tylko, że nie zmieni to historii Śląska, walk o tę piękną krainę ani nazwy tzw. Wojen Śląskich.
Po dziś dzień to jabłko nadgryzione przez Niemców, Czechów, Prusaków…i Polskę przywołuje demony przeszłości.
Ukłony.
Z dokonanym przez autora opisem trudno sie nie zgodzic. Jest smutno i nie nalezy tego traktowac w kategoriach odruchow bezwarunkowych typu: “jak Ci sie nie podoba to wywalaj do Reichu”. Mnie o wiele bardziej od smutnych ale wytlumaczalnych zaniedban tych ziem w okresie 1945-1990 przeraza to co dzieje sie tam obecnie. Prawdziwy upadek i nieodwaracalne zniszczenie jednego z najpiekniejszych krajobrazow rozpoczyna sie z nadejsciem “nowych” pieniedzy i technologicznych mozliwosci w latach 90-tych. Dachy z ktorych znika karpiowka a pojawia sie kolorowa blachodachowka w odcieniach wybaranych przez schizofrenika chorego na oczy. Brandenburski polklinkier starych fasad i mury stachulcowe niknace pod styropianem, betonowe ploty i pokraczne kiczowate wiaty, aleje wyrabywane przy okazji remontu drog. Umierajacy krajobraz a wszystko pod dyktando buraka przekonanego ze jego opel jest wazniejszy od kulturowego uksztaltowanego krajobrazu. Niknace wiejskie ogrody zastepowane przez iglaki, granitowe nawierzchnie niknace pod plaszczykiem smolowej nawierzchni dumnie zwanej asfaltem. Polbruk w radosnych kolorkach jak okiem siegnac. Niszczymy dalej, beztrosko ale tym razem nie szczedzac srodkow zamieniamy jeden z najpiekniejszych kawalkow Europy z niezniszczonym krajobrazem na Disneyland dla ubogich duchem i estetycznie uposledzonych dorobkiewiczow.
Myli sie jednak autor twierdzac ze sytuacja ta ulegla by zmianie w momencie powrotu niemieckiej administracji. POlecilbym mu udanie sie do Cottbus i spacer po starowce. Wybudowanej po czesci na nowo przez dumnych mieszkancow z NRDowskiej wielkiej plyty. Po zburzeniu zabytkowej architektury. Stan ten zostal po 1990 roku utrwalony. Utrata kultury jest zjawiskiem bezpowrotnym. A rewaloryzacja krajobrazu najbardziej kosztownym zabiegiem jaki mozna sobie wyobrazic, warunkiem sukcesu jest jednak nie tylko posiadanie pieniedzy lecz rowniez wola mieszkancow.
A ja zgadzam sie z wnioskami autora. Wiele lat mieszkalam w Gdansku i jesli wiadomo, gdzie szukac, to mazna znalezc pozostalosci przedwojennej swietnosci miasta. Eksluzywne nadmorskie dzielnice, z pieknymi drewnianymi domami wypoczynkowymi sa w tej chwili slumsami, w ktore strach wejsc. Doskonale rozbudowana siec kolei waskotorowej, prowadzaca do malutkich miejscowosci na Kaszubach jest juz tylko czarnymi kreskami na mapie i zardzewialymi torami (o ile w ogole jeszcze gdzies zostaly). Piekny Teatr Lesny w Trojmiejskim Parku Krajobrazowym, gdzie przed wojna w letnie wieczory wystawiano nalepsze opery - jest juz teraz zarosnieta polanka w sorku lasu w kilkoma polamanymi lawkami. Za to PRL “zafundowal” nam takie “atrakcje jak” Siarkopol i zaklady fosforowe - tuz przy rzece Motlawie i pieknej Twierdzy Wisloujscie (obednie tak zniszczonej przez siarke, ze nie wiadomo jak ja ratowac”.
A co do komentarzy dot, ladnow wschodnich Niemiec - nie zapominajcie, ze tam przez 60 lat byl taki sam ustroj jak u nas. A nic tak skutecznie nie niszczy mentalnosci i morlanosci ludzkiej niz komunizm. Cale pokolenia Niemcow twierdzily - to nasze, wspollne - czyli niczyje. Po 60 latach takiej indoktrynacji trudno nauczyc ludzi odpoweidzialnosc w ciagu nawet 20 lat. I zadne pieniadze wpompowane w te ziemie nie pomoga, dopoki nie wymra ostatni tweirdzacy ze : za komuny to bylo fantastycznie, bo - czy sie stoi, czy sie lezy pensyjka od panstwa sie nalezy”.
Witam,
Cóż za trafny opis!
Ja akurat urodziłam się w Lubsku pod koniec okresu, który niektórzy z Państwa uważają za przekleństwo dla Polski (niedługo skończę lat 30) - może i tak było, ale nie na Ziemiach Odzyskanych.
Otóż sam środek naszej granicy niemieckiej - czyli Lubsko, Żary, Żagań - tak zwane Łużyce, to tereny, którymi nikt z ówczesnych władz politycznych tak naprawdę się nie interesował (tak jest niestety do dziś); stąd też mogły rozwijać się w spokoju.
Lubsko po wyzwoleniu było pięknym miasteczkiem, działały: kino (cudowny kompleks wypoczynkowy w pięknym secesyjnym domu, jakich w Lubsko było - tu trzeba zwrócić uwagę na słowo ‘było’ - niemało; niedaleko stacji - piękne kino z balkonem i wspaniałym klimatem - jeszcze pamiętam je z moich dziecinnych lat + hotel), teatr, szkoły, apteki, szpital, cegielnie (bo glinka to bogactwo naturalne tego terenu), przędzalnie, był basen i muszla koncertowa, przepiękny duży i ważny węzeł kolejowy… A potem jakoś z roku na rok wszystkiego ubywało, a już najgorzej zaczęło się dziać po 1991 roku - czyli po tzw. odzyskaniu pozornej niepodległości.
Co jest największą solą w moim oku to dworzec - taaak, kiedyś pociągi pędziły po lubskich torach 160 km/h - jeszcze nie tak dawno - 8 lat temu ekspres Wrocław - Berlin, dziś już nie pojedzie tymi torami nic - rozkradzono. Dworzec jest w totalnej ruinie, parowozownie (2) rozebrano na cegłę (dobra cegła lubska, podobnież główna ulica Berlina była wymurowana z lubskiej cegły, której obecnie się nie produkuje), obecnie do zera rozbiera się noclegownię drużyn kolejarskich, spalono zadaszenia peronów, zniszczono widny przejeżdżające pod peronami. To był przecież zabytek infrastruktury technicznej!!!! Gdzie był konserwator zabytków???!!! Otóż ujął np. dawno nieistniejącą nastawnię (wyburzoną za pozwoleniem władz miasta - nawet pan burmistrz filmował akt wysadzenia!!!!) w swoim raporcie z 2006 roku na temat istniejących zabytków infrastruktury technicznej na ziemiach województwa lubuskiego!!! Próbowałam skontaktować się w tej sprawie z kimś z zielonogórskiego biura konserwatora - nie udało mi się
Otóż jest tak jak mówi powyższy artykuł - obeszliśmy się z danym nam bogactwem jak małpa z zegarkiem - nikogo nigdy te ziemie nie obchodziły - czasami też zastanawiam się co by było gdyby oddać Niemcom tą ‘ich’ własność - może byłoby lepiej - może coś by się ruszyło?