Kanon inteligenta

Prawdą jest, że kobiety rządu Donalda Tuska to słabe ogniwo. Nie tylko zresztą kobiety, bo innych słabych ogniw też jak się okazuje, nie brakuje.
Julii Pitery już nawet nie słucham i nie oglądam w tv, pilot ją sam przełącza na inny kanał. Jednak od niej kimś gorszym i stanowiącym większe zagrożenie dla tego rządu jest Katarzyna Hall, minister edukacji narodowej.
Lansowana była jako praktyk edukacji, w związku z tym osoba znająca się zarówno na bolączkach oświaty, a więc można było się spodziewać niezłych relacji z mocnymi w tym sektorze związkami zawodowymi i jednocześnie – wizją oświaty w programie cywilizacyjnym nowego rządu.
A tu okazuje się, że nic z tego – ani programu, ani wizji, ani zdolności organizacyjnych.
W czwartek w ubiegłym tygodniu minister uchyliła się od wystąpienia przed Sejmem, gdzie miała przedstawić sprawy MEN-u. Wysłała swoją zastępczynię.
A problemów jest wiele. Po pierwsze – pogotowie strajkowe, które grozi wybuchem już w maju, 27 dokładnie, i to w okresie matur. Ministerstwo nie podejmuje dyskusji na tematy płacowe, co może okazać się zgubne. Minister Boni, który zapewne znów zostanie wystawiony do negocjacji – może tym razem nie dać sobie rady. Problem jednak nie leży tylko w podwyżkach, lecz również we wcześniejszych emeryturach, środkach na szkolnictwo oraz w warunkach pracy nauczycieli. Jest to powiązane z projektem likwidacji Karty Nauczyciela, która daje gwarancje zatrudnienia, urlopów i wymiar pensum. Te uprawnienia trzymają wielu ludzi jeszcze przy zawodzie, bo już chyba większość przestała mówić o misji edukacyjnej. Poziom wykształcenia nauczycieli stale rośnie – i przy zmieniającym się rynku pracy może to się skończyć gwałtownym odpływem kadry.
Hall jest zwolennikiem bonu oświatowego, w którym to rozwiązaniu, tak jak w służbie zdrowia - „pieniądze idą za uczniem”. Jednocześnie następuje przekazywanie szkolnictwa, szczególnie podstawowego i jednostek przedszkolnych, w ręce prywatnych fundacji i stowarzyszeń. Może to za jakiś czas skończyć się tym, że z powierzchni ziemi zginie wiele małych szkół wiejskich – które pełnią nie tylko funkcje edukacyjne, ale i kulturowe.
Z drugiej strony Hall przymierza się do likwidacji kuratoriów oświaty – czyli jednostek ministerialnych, a w to miejsce chce powierzyć nadzór nad szkolnictwem samorządom. Niby wszystko zgodne z planami zwiększenia uprawnień dla samorządów i scedowania odpowiedzialności na środowiska lokalne. Tylko, że nie bardzo widać, jak by to miało być obudowane programem finansowym.
Katarzyna Hall podpadła mi już w grudniu ubiegłego roku, kiedy media podały, że pani minister i abp Kazimierz Nycz, przewodniczący Komisji Wychowania Katolickiego Konferencji Episkopatu Polski, ponoć ustalili, że będzie religia na maturze. Na początek jako przedmiot nieobowiązkowy – ale kto wie, co dalej. Na szczęście – nie wszystko poszło tak gładko, jak sobie to kościół wyobrażał.
Szef klubu parlamentarnego PO, Zbigniew Chlebowski, wyraźnie dał do zrozumienia, że pani Hall za bardzo wybiegła „przed starszego” czyli weszła w kompetencje rządu i samego premiera Donalda Tuska.
Chlebowski przypomniał wtedy, że “kwestie dotyczące stosunków państwo - Kościół reguluje konstytucja i konkordat i tam są wyraźne kompetencje w tym zakresie”, i decyzje będą zapadały w formie rozporządzenia całego rządu. Nie wykluczone, że słowa minister Katarzyny Hall zostały także, eufemistycznie to określając, nad interpretowane przez stronę kościelną.
Religia to przedmiot szczególny, trudno go porównywać z innymi przedmiotami uczonymi w szkole. Zresztą to, czego dzieci są uczone – trudno nazywać prawdziwą nauką. Nie jest to ani religia, nie jest to także religioznawstwo, nie jest to też nauka etyki katolickiej czy filozofii chrześcijańskiej. Jest zestaw mniej, czy bardziej formułek i klapania pustych formułek.
Niestety, później się okazało, że nacisk na Donalda Tuska jest ogromny, i w ramach Komisji Wspólnej Rządu i Episkopatu powołano bowiem państwowo - kościelny zespół, który ma zająć się regulacją tej sprawy.
Ostatnio znów pani minister sprzedała następny kwiatek – czyli kanon lektur szkolnych w kawałkach. Tylko, ze w tym co teraz jest robione, nie widać już kompletnie ładu i składu.
Poprzedni minister, Roman Giertych (Legutki nie liczę – był za krótko) nie kierował się realizmem – lecz ideologią (Dobraczyński i Jan Paweł II), obecna – nie wiadomo czym. Czytanie w kawałkach – ma taki sens, jak czytanie „Hamleta” co trzecią linijkę.
Sprawa nie dotyczy zresztą tylko lektur i planowanego ich obcięcia, ale w ogóle projektów obcinania programów. Tego rodzaju projekty nie zmniejszają dysproporcji poziomów nauczania pomiędzy dużymi i małymi ośrodkami – lecz je zwiększają, a do tego – drastycznie mogą obniżyć poziom kształcenia ogólnego.
Wracając do samych lektur, mając bieżące doświadczenie z osóbką, która się zaczyna zmagać z natłokiem literatury, co się kłóci z innymi obowiązkami.
Kanon literatury wymaganej do egzaminu kompetencyjnego po 6 klasie, po gimnazjum i na maturę – powinien być znany i niezmienny przez okres nauki każdego ucznia, w ramach systemu – czyli co najmniej trzy lata. I nie może być mowy o czytaniu we fragmentach i po łebkach. Bo to nie jest tylko kanon literatury – lecz również kanon kultury.
Każdy oczywiście powinien mieć swój prywatny kanon (no, prawie każdy…no, co którzy chcą się czuć inteligentami… nie będą podawał, ile to procent…). Jak próbowałem zrobić sobie kiedyś taki kanon, na własny użytek.
Po 1.800 dałem sobie spokój…
Są jednak w życiu społecznym takie książki, czy książki o takich dziedzinach, których znajomość jest fundamentem.
Według mnie to mitologia grecka („Mity greckie” Roberta Graves’a mam przed nosem) i Biblia (stoi za plecami).
A Wy jakie książki uważacie za fundamentalne?
Azrael











Nie mogę się oprzeć (tak w ogóle, to znów się z panem całkowicie zgadzam) chęci opowiedzenia tu anegdotki z lat mojej młodości. Otóż przyjaźniłem się w czasach studenckich z dwiema uroczymi i szalenie inteligentnymi - BTW obydwie pochodziły także z tzw. świetnych inteligenckich warszawskich domów, nie mówimy więc o żadnych napalonych na karierę arrywistkach - młodymi chemiczkami. Czuły one pewien niedosyt, gdy chodzi o wiedzę ogólną; w szczególności chodziło im o kanon lektur właśnie. Szkoła średnia - ich zdaniem - dała im w tym względzie zbyt mało, w czasie niezwykle intensywnych studiów już niemal nie było możliwości uzupełnienia braków. A tu - zaczęło się bywanie w “towarzystwie”, jakieś rozmowy z intelektualistami, jacyś poeci, jacyś malarze… Wstyd nie wiedzieć, o czym jest taka “Czarodziejska góra” powiedzmy. Gadka w gadkę dziewczyny (przy moim skromnym udziale) zrobiły spis lektur do przeczytania; objął około 300 pozycji. Następnie jedna przeczytała połowe, druga - drugą połowę (dały sobie na to 3 miesiące), zrobuiły notatki - a potem jakiś tydzień zajęło im wymienienie opinii i notatek. I już były - w każdym razie w sensie użytkowo-towarzyskim - w porządku; już nigdy nikt ich nie zagiął…
Bogdan Miś
16 kwi 08 at 18:51
Azraelu!
To nie żart - Elementarz Falskiego. Od niego zaczęła się moja fascynacja najpierw literami, a późmiej Literaturą.
PETREL
16 kwi 08 at 18:58
Pan Samochodzik i Templariusze…
MG
17 kwi 08 at 5:41
Azraelu, gdy oglądam to, co robi ze szkołami żona Aleksandera Halla (innych zasług nie zdołałem się doszukać, no może jest jeszcze bezgraniczna miłość do prałata Jankowskiego), co przedtem wyczyniał Handke i duet egzotyczny Samsonowicz-Radziwiłł (Anna) wspominam wczesne dzieciństowo i Towarzystwo Szkoły Świeckiej (gdy zaczynałem podstawówkę, tow. Wiesław Gomułka wprowadził religię do szkół, bo chciał załapać punkty u prymasa Wyszyńskiego). Katecheci byli na poziomie Bebndera z Nowakiem dwojga imion, tyle że ich wykształcenie kończyło się na tzw. małej maturze (9 klas). W szkołach świeckich nie było katechizacji i był znacznie wyższy poziom. Dlatego Wojciechu Olejniczaku, Grzegorzu Napieralski i Joanno Senyszyn, przestańcie p… głupoty i podnieście wrzask, żeby reaktywować szkoły świeckie. Dlaczego wszystkie szkoły muszą być katolickie i ma je dostać ks. Dymer (to właśnie ten Dymer) tak jak to jest teraz np. w Szczecinie.
Olek51
17 kwi 08 at 6:00
Azraelu, nigdy nie układałam kanonu lektur ani dla siebie, ani, tym bardziej, dla swoich dzieci. Nigdy też nie oceniam kogoś źle, tylko dlatego, że nie przeczytał jakiś książek, które akurat mnie wydają się ważne. Być może poloniści albo historycy z racji swojego zawodu muszą taki kanon sobie stworzyć, ale ani ja ani moi synowie nie jesteśmy “humanistami” z zawodu. “Kanon” kojarzy mi się z obowiązkiem, a zawsze starałam się pokazać moim dzieciom, że czytanie książek, to nie obowiązek, a przyjemność, zaspokojenie potrzeby czytania. Starałam się tylko taką potrzebę w swoich synach obudzić. Oczywiście podpowiadałam im co warto przeczytać, pilnując, żeby to były książki odpowiednie do ich dojrzałości i to nie tylko zbyt trudne, ale żeby nie były również zbyt “dziecinne” dla nich, bo wtedy czytanie przestaje być fascynującą przygodą. Myślę, że mi się udało, bo kiedy synowie byli w szkole, nie mieli żadnych problemów z przeczytaniem lektur, większość obowiązujących ich książek (poza różnymi “Anielkami” itp) mieli już dawno przeczytane, a i teraz czytają bardzo dużo.
Klara
17 kwi 08 at 6:50
Azraelu!
Przyszło mi na myśl, że to nie jest wina pani Hall. To genius loci tego gmachu Ministerstwa Oświaty i Powszechnej Katolickiej Szczęśliwości. Nie przypominam sobie ministra, który nie zaczynał jako głupi i nie kończył jako jeszcze głupszy, ponieważ to gmaszysko i jego atmosfera wysysa każde IQ jak wampiry krew. Nawet najinteligentniejsi ludzie, jakich pamiętam, przegrywali z tym gmachem z kretesem. Obawiam się - za Parkinsonem, który to pierwszy odkrył - że reformę oświaty trzeba zacząć od wybudowania nowego małego, podkreślam małego, gmachu Ministerstwa Oświaty. Wtedy jego pracownicy zajmą się wyłącznie pracą a nie polityką. Pamiętm jedną wizytę w tym miejscu na styku między Ministerstwem Oświaty a MSZ. Od razu rzuciło mi się w oczy poczucie niższości urzędników oświatowych w stosunku do bywalców świata z MSZ. Może za Fotygi to napięcie osłabło, ale przed Fotygą biło w oczy.
PETREL
17 kwi 08 at 7:34
Fundamentalne książki? Odyssea oczywiście(w tłumaczeniu Jana Parandowskiego). Zakochałem się w niej w dzieciństwie i tak zostało.Takie zwroty jak “różanopalca Jutrzenka” zawsze mam na podrędziu, gdy chwila zadumy przychodzi.
Kobiety. Nadal uważam, że to lepsza część ludzkości. Ale…
Chyba żadna kobieta nie przbije pani Radziwiłł na mojej “czarnej liście”. Chociaż pani Fotyga skutecznie się zbliżyła.
panmodry
17 kwi 08 at 8:06
lokohey!
hercy
17 kwi 08 at 11:34
Smutny obraz się jawi, kiedy trzeźwe statystyki bezuczuciowo podają; pół książki na jednego rodaka/kę rocznie. W granicach 0,5 oscylują też wydatki na oświatę. Czy ta butelkowa miara tak nam weszła w krew, że nijak nie można jej przekroczyć? Naród się mentalnie gubi utożsamiając pół litra z połową książki. Może zatem przejść na wiorsty lub mile? System metryczny nie ucierpi, a poprawimy statystyki.
Czytelnie, biblioteki, domy kultury gdzie można było łyknąć coś książkowego poszły w zapomnienie-jako wytwór ancien regime’u. Ceny podręczników chociażby szkolnych nie mieszczą się w budżetach domowych. Piąta władza de domo Vaticano nie jest zainteresowana oświecaniem. Laickim. Płot się przewraca, dach przecieka, a ziemia leży odłogiem. Jak w tej rzeczywistości ożywić czytelnictwo?
Mimowolnie nasuwa sie wiersz;
Kładę w głowę jak łopatą,
że są ciemni i niedbali.
Że jedyny środek na to
żeby książki kupowali.
W końcu pytam; Cóż wy na to?
A on mówi z kwaśnym gestem:
To prowda wielmożny panie,
tylko ze jo głodny jezdem.
Gubimy się w pogoni za cywilizacją. Nadrabiając materialne zaległości pomijamy rozwój duchowy, jakby jedno z drugim nie miało nic wspólnego. Profil kształcenia poprawiany corocznie, też skutecznie mętlikiem torpeduje oświatę. Całość składa się na to, że statystyczny Polak woli wypić niż przeczytać swój przydział-wszak niezależnie od stanu skupienia i tak pójdzie do głowy.
I u mnie Biblia stoi na swoim miejscu. Małe kieszonkowe wydanie nie zdolne przesłonić klasyki literatury-nie tylko z racji rozmiarów. Klasyka pozwala godnie żyć, Biblia-marzyć. I mimo miary pół na pół nie wyobrażam sobie życia bez którejś połówki. Wskazane, by jedna nie zdominowała drugiej.
Abulafia
17 kwi 08 at 11:35
Dziś jest zestaw obowiązkowy - wymuszony szkołą i w dużej mierze zniechęcający /a szkoda/. “Nad Niemnem” to horror dla wiekszości dziatek..a książka bardzo fajna. Coraz częsciej lektury poznajemy z okienka lcd klikając w klawiaturę lub z audio-książek. Szkoda..bo nic nie działa tak na człowieka jak czytanie np “Wojny i pokoju” wieczorem przy lampce światła i delikatnego trunku…
Czasu wciąz za mało…….
ano
17 kwi 08 at 16:27