Wystarczy być

Public relations we współczesnym świecie, nie tylko polityki, ale i mediów, biznesu, sztuki – to niezbędny element sukcesu. Bez dobrze prowadzonego PR nie byłoby chociażby takiego Leona Tarasewicza, czy nowej gwiazdy polskiej sztuki – Wilhelma Sasnala… zainteresowanych odsyłam do internetu…
Dobry PR może wykreować kogoś na męża stanu – czarny PR może kogoś pogrążyć. Media odpowiednio użyte, mogą zrobić z totalnej miernoty nawet gwiazdę polityki. Doskonale opisał to Jarzy Kosiński w swojej książce „Wystarczy być” - a później zagrał genialny Peter Sellers ,w filmie pod tym samym tytułem. Współczesnym Ross’em O’Grodnickiem jest George W. Bush, który bez mediów, pieniędzy ojca – a przede wszystkim Karla Rove – byłby nikim.
Lech Kaczyński to taki przykład miernoty politycznej, sztucznie wykreowanej przez jego brata, który robił do tej pory za spin doctora i machera politycznego, aż go wywindował na stołek prezydenta 36 milionowego państwa. Miernota polityczna, miernota intelektualna (jak większość polskich polityków), z predyspozycjami może do pracy naukowej na drugorzędnym uniwersytecie, zawsze wycofany wobec swojego brata, który ma z kolej przerosty ambicji – być ciągnięty za uszy, ku czemuś co go przerasta mentalnie i intelektualnie.
Ostatnie kilka lat jego kariery, od czasu powołania Prawa i Sprawiedliwości – to już właśnie tylko czysty PR i zabawy medialne, w których Lechowi Kaczyńskiemu „kazano być”. Obserwatorzy sceny politycznej nie mogą się nadziwić, dlaczego po wyborach 2005 roku Kaczyński się tak zmienił – gdzie podział się ten wyluzowany, dowcipny i dość energiczny człowiek z kampanii prezydenckiej? Otóż prawda jest dość prozaiczna – teraz mamy do czynienia z prawdziwym Lechem Kaczyńskim. Tamten, to był właśnie wytwór PR politycznego – a właściwie hologram swojego brata, opakowany w słowa spin doctorów.
Jeden ze znanych publicystów prawicowych powiedział kiedyś, że Jarosław Kaczyński ma poglądy na sprawy gospodarcze takie, jak jego ostatni rozmówca, z którym poruszał te tematy. Z Lechem Kaczyńskim jest podobnie – ma takie poglądy, jakie mu się ostatnio podsunie. Nie dziwię się, że Donald Tusk wychodzi ze spotkań z nim zadowolony – Lech Kaczyński podziela zapewne jego opinie i argumenty dotyczące ratyfikacji Traktatu Lizbońskiego – wszak go sam (sic!) wynegocjował. Oczywiście – tylko do czasu, kiedy nie przeprowadzi rozmowy z bratem.
Byliśmy ostatnio świadkiem manipulacji medialnej, pod hasłem „orędzie”, pod kątem gejów, Niemców, polskich fobii i taniego gustu wyborców Prawa i Sprawiedliwości. Sugeruje się, że Lech Kaczyński nie wiedział, co się znajdzie w nagraniu, że został niepoinformowany przez autora tego dziełka, Jacka Kurskiego. Nie chce mi się w to wierzyć. Sądzę, że Lech Kaczyński został po prostu przekonany do takiej formuły i takiego wystąpienia – miało być dla dobra jego – było ze szkodą – również dla partii jego brata. Podobnie jak mister O’Grodnick – Lech Kaczyński posługuje się opiniami innych. Może świadczyć o tym również „klasa” jego najbliższych współpracowników, którzy mają wpływ na niego – jak są akurat blisko jego ucha. Tym razem Michał Kamiński był dalej.
Brendan Fay, gej z nagrania w „orędziu” przyjeżdża do Polski. Kaczyński ma niepowtarzalną okazję, aby krótkim spotkaniem (nie koniecznie w światłach fleszy kamer) i krótkim oświadczeniem – zatrzeć złe wrażenie na temat jego stosunku do mniejszości seksualnych – które się ciągnie za nim jeszcze z czasów jego wizyty w Irlandii, w 2006 roku. Ale zapewne do takiego spotkania nie dojdzie – bo Kaczyński będzie w tym czasie w Juracie. A wizyta w Juracie Fay’a byłaby doskonałym zagraniem PR…
Kaczyński spotyka się jutro z Donaldem Tuskiem w Juracie, na kolejnej rozmowie na temat ratyfikacji Traktatu z Lizbony. Premier zapewne wyjedzie z Juraty znów zadowolony (i lekko napity…), tylko, że prawdziwa opinia prezydenta nie będzie dalej znana. Nie wiemy, jak to się kończy… bo zawsze jest gorąca linia z główną siedzibą kancelarii Lecha Kaczyńskiego, na warszawskim Żoliborzu…
Model działania Lecha Kaczyńskiego wynika z tego, że jego sufler zna tylko jedną metodę prowadzenia polityki – metodą tworzenia frontów walki i eskalację konfliktów. Na potrzeby partii, która musi trwać w rewolucyjnym wrzeniu, bo inaczej by się mogła rozleźć w szwach. Ten organizm jest już po okresie rozwoju, jego apogeum miało miejsce w listopadzie 2005 roku, i teraz jest w okresie schyłkowym, wykorzystując wszelkie środki do eskalacji walki – w tym również Pałac Namiestnikowski, gdzie nieurzędującym, acz duchem obecnym jest Jarosław Kaczyński.
Są jeszcze tacy, którzy sądzą, że Lech Kaczyński zacznie samodzielnie myśleć i prowadzić politykę, dla dobra kraju. Nie liczyłbym na to. Może być już tylko gorzej.
Azrael













Samodzielny Lech Kaczyński - nowe zagranie spin doctors? Jedyna nadzieja w tym, że jego własna żona stanie się najbliższym zausznikiem. Wtedy może poprawi swoją prezydencką reputacyjkę. Póki co pozostają wyłącznie łzy kancelaryjnego Kamińskiego.
Tak przy okazji, rzeczywiście każdą miernotę da się dzisiaj wylansować. Mam wrażenie, że świat medialny przestał być światem dla normalnych. Samotny inteligent w środowisku idiotów to naprawdę idiota, chyba że się dostosuje. Wbrew pozorom to boli, zwłaszcza kiedy ogląda się TVN24, bo stacja, która kiedyś była postrzegana jako przeznaczona dla odbiorców o wysokim IQ, lansuje dzisiaj poziom magla, Faktów i kolorowych tabloidów. Zwalnia z myślenia.
Nie ma się co dziwić prywatnym telewizjom, że nadają to, co nadają. Ich głównym zadaniem jest zarabianie pieniędzy dla właścicieli, a te wiążą się z jak największą ilością widzów. Najwidoczniej nasi współobywatele najbardziej lubią ploty w maglu, seriale dla półanalfabetów, konkursy z jakimiś gwiazdami, o których ja nawet nie słyszałam, a za to myślenie ich męczy. Dopóki nie powstanie telewizja publiczna, niezależna od polityków, finansowana w ten sposób, żeby tzw. “oglądalność” nie była dla niej najwyższym celem, to tak będzie. Niestety wydaje się, że nikt nie jest zainteresowany powstaniem takiej telewizji. Politycy chcą miec wpływ na telewizje, żeby się lansować w niej, a obywatele nie naciskają, bo im wystarcza to dno, które jest teraz.
->PETREL
nowe zagranie spindoktorów?
w obecnej sytuacji śmiem wątpić. Lech to nie postać z mojej bajki. Staram sie jednak patrzeć obiektywnie i widzi mi się, że zaczyna swoje zdanie mieć. Obym się nie mylił. I niewątpliwie jego małżonka ma duży udział ma. Tą sympatyczną brzydulę bardziej cenię niż Kwaśniewską. I jej “”prowincjonalne” zachowania na początku kadencji prowokujące mendia do krytyki i szyderstw - u mnie sympatię budziły.
co do TV - pół roku temu wykopsałem telewizor z domu. W internecie mam więcej informacji, a dobrze prowadzony blog, i bloggera z którym się zgadzam, i mojego ideowego przeciwnika daje mi więcej do myślenia niż programy TV
->Klara
Mieliśmy kiedyś TV publiczną - na samym początku istnienia telewizji. Do czasu gdy Gomółka nie zorientował się jakie możliwości daje nią władanie. Potem było coraz gorzej. Paradoksem jest, że za czasów komuny zadania “misyjne” lepiej realizowała niż teraz - w wolnej Polsce.
Masz rację pisząc o “powstaniu publicznej telewizji”. Bo nie widzę możliwości w zreformowaniu tego marnującego pieniądze podatnika molocha. I zupełnie nieważny jest sposób jej finansowania, poprzez abonament, z budżetu państwa…. Ważne jest efektywne wykorzystywanie środków. Z tym się wiąże całkowite uniezależnienie od polityków.
Aby do czegoś na wzór BBC dojść należałoby całkowicie zlikwidować obecną “publiczną” TV i budować od nowa opierając się na wzorcu BBC.
Marzenie ściętej głowy.
Przyczynku, wydaje mi się, że wszystko zależy od tego, co to są te “zadania misyjne”. Nie pamiętam początków telewizji, ale pamiętam czasy nieco późniejsze. Jeżeli “misją” telewizji jest rzetelne i obiektywne informowanie o wydarzeniach dziejących się na świecie i w ten sposób ułatwianie ludziom poznanie i zrozumienie coraz bardziej skomplikowanego i coraz szybciej zmieniającego się świata, to to było dno, czysta propaganda. Jeżeli myślimy o dostarczaniu rozrywki na przyzwoitym poziomie, to chyba takiego bezguścia jak teraz było mniej, było sporo ciekawych i wartościowych programów. Owszem, były też różne konkursy w przeciąganiu liny, ale wydaje mi się, że nawet te ludowe zabawy mniej wypaczały gust widzów niż różne “bigbradery” pokazywane obecnie.
A dzisiaj rano przeczytałem coś takiego:
“Prezydent odniósł duży sukces, ponieważ końcowa wersja porozumienia z Donaldem Tuskiem uwzględnia postulaty Prawa i Sprawiedliwości”
I kto to mówi - PiS-owski poseł Bielan. Nawet nie przychodzi mu do głowy że pisanie o tym że prezydent RP odniósł sukces, bo udało mu się coś załatwić dla PiS-u jest po prostu niestosowne. A jeśli chce się bawić w partyjne gierki niech zmieni nazwę swojego urzędu na np. prezydenta PiS-u. Wszystkim wiadomo że mamy partyjnego prezydenta, ale jeśli ktoś jeszcze publicznie się tym chwali to już bardzo źle świadczy o całej sytuacji (i o jego standardach).
->GB
otóż to
->Klara
Pamiętam pojawienie się w moim miasteczku pojawienie się pierwszej anteny telewizyjnej, i liczenie kolejnych pojawiających się.
“Rzetelność informacyjna”(nie rozumiem co to ma wspólnego z “misyjnością” - jeśli telewizja niemisyjna to może informować nierzetelnie?) panaurbańskiej telewizji permanentnie przypominała mi tamte czasy. Ale nawet w tamtych czasach nie wpadło nikomu do głowy by przerywać transmisję, by zapodać co ma do powiedzenia “ojciec narodu”.
Dlatego od pół roku nie mam telewizora i nie płacę abonamentu.
Zdrowieję.
Przyczynku, według mnie rzetelność i obiektywność informacji to właśnie najważniejsze zadanie telewizji publicznej. W rzetelnym informowaniu nie chodzi tylko o to, aby informacje były prawdziwe, ale także o to, by podawać te naprawdę ważne, no i żeby je obiektywnie komentować, nie stojąc po stronie żadnej partii politycznej. Telewizja prywatna może komentować jak chce, może jako najważniejszy news uznać kolor majtek gwiazdy tańczącej na lodzie, albo jaką nową kochankę ma znany aktor, to jej prawo.
Witaj Przyczynku w klubie. Ja nie mam telewizora już od 2 lat. Co prawda nie wyrzuciłam go z premedytacją, nigdy nie udało mi się tak uzależnić od telewizji, żeby nie wyłączyć odbiornika, kiedy program mnie znudzi, po prostu popsuł się. Tak długo nie kupuję nowego, bo program jest za kiepski, żebym pokonała moje wrodzone lenistwo i poszła do sklepu po nowy.
To, co Kurski mówi, że prezydent nie znał klipa, to ciąg dalszy serialu “ciemny lud”. To się nagrywa długo przed emisją i potem wielokrotnie sprawdza. Na pewno L.K. chciał zobaczyć jak wypadł. To jest oczywista oczywistość.