Azrael – zwykłe pisanie

Tomistyczny realizm jest walką przeciw wszelkiej samodzielności umysłowej - Kołakowski

Marek Migalski dalej na linii frontu

with 15 comments

Statystyczny obserwator polskiego życia społecznego i politycznego, z racji ograniczeń zawodowych, czasowych jest zmuszony do oparcia się w kształtowaniu swojej opinii na publikatorach. Radio, telewizja, prasa – i co raz częściej internet. Chyba, że jest aktywnym politykiem lub samorządowcem… ale wtedy słucha swojej partii – i żadne media go nie przekonają.

Czasami do wspomnianych ograniczeń dochodzą też pewne hamulce światopoglądowe; są tacy, którzy nie czytają „Gazety Wyborczej”, ale wiedzą, co w niej jest (wszak zaznajomili się z „Michnikowszczyzną”, nie mówiąc o Łysiaku i Remuszcze), inni – nie słuchają Radia Maryja i nie czytają naczelnego organu Tadeusza Rydzyka - „Naszego Dziennika”. Tak czy siak – wiedza ich jest wybiórcza.

Oczywiście – po jakimś czasie, jeżeli świat otaczający nas interesuje – zauważamy, że informacje, które nam media serwują – nie zawsze odpowiadają prawdzie, nie zawsze są rzetelne. Wynika to z tego faktu, że dziennikarze, ta czwarta władza już przyzwyczaili nas - i siebie - do swojej nierzetelności i zdolności manipulatorskich. Ot, choćby mały przykład z dnia dzisiejszego;

Pewien dziennikarz gazety codziennej, prowadzi od czasu do czasu program poranny w jednej ze stacji radiowych. Zaczyna go przeglądem prasy, dzienników, czasem tygodników. I dziś traf chciał, że rozpoczął ten przegląd od gazety, w której jest zatrudniony, jako ceniony publicysta polityczny. Oczywiście – ma prawo, tym bardziej, że omawiany przez niego artykuł, właściwie komentarz – był niezły, i na tematy bieżące. Tylko jedno ale… ten artykuł był autorstwa naszego prowadzącego… o czym już on nie wspomniał… ale wszystko jest cacy…

Dziennikarze są podzieleni na koterie polityczne, na grupy wzajemnej adoracji – i jeszcze silniejszej nienawiści i próbują kreować i tworzyć różnego rodzaju scenariusze polityczne, najczęściej jako teorie spiskowe, z reguły podparte opiniami wziętymi z kapelusza. To z kolei wywołało reakcję polityków, którzy szybko wyczuli tą tendencję „niezależnego” dziennikarstwa – i swobodnie tymi żurnalistami manipulują. Przy obecnej tendencji, że polityka nie ma – kiedy nie ma go w mediach – ten układ działa dwustronnie – wytworzyła się symbioza świata mediów i świata polityki, realizowana przed kamerą telewizyjną lub „sitkiem” radiowym. Należy o tym pamiętać – czytając dzienniki czy oglądają publicystykę telewizyjną.

Do tej pory z tego układu wyłamywali się publicyści, o bogatszym zapleczu intelektualnym, którzy wypowiadają się z pozycji „eksperta”, publikują w dziennikach i tygodnikach, podpierając się swoją pozycją naukową, z reguły socjologiczną lub politologiczną. Nawet zajmując określone stanowisko, które jest wykładnią ich poglądów – jednak starali się jednak nie kreować rzeczywistości – lecz ją objaśniać.

Szary obywatel czytając opinie takich autorytetów – ulega im, ulega magii nazwiska – a jeszcze bardziej – tytułu (co zresztą pozostało nam z czasów komunistycznych). Ja też do pewnego czasu ulegałem temu złudzeniu, że dr hab już wie wszystko – a profesor – wie wszystko, co się zdarzy. Tylko, że rzadko się to sprawdza – choć są pewne prawidłowości, choć nie całkiem zamierzone. Na przykład uwielbiam słuchać i czytać Jadwigę Staniszkis – wiem, że jak ona zrobi pewną ekstrapolację polityczną, wychodząc z danej sytuacji – to na pewno się pomyli… ale za to jak uroczo mówi i wnioskuje…
Radosław Markowski natomiast ma tę ciekawą przypadłość, że tak samo, jak pewien klasyk – jak mówi „Prawo i Sprawiedliwość” - to brzmi to jak splunięcie… zupełnie, jak u mnie…

Jest jednak pewien naukowiec, politolog, który jest nie do przecenienia, którego „niezależność” sądów jest nie do podrobienia, a jego opinie i wnioski – niezmiennie prowadzą to sytuacji, w której słowo – ekspert – jest zamienne ze słowem – funkcjonariusz. Funkcjonariusz partyjny.

To Marek Migalski.

Miałem już okazję o nim pisać, ale pan doktor nie pozwala o sobie zapomnieć. Co jaki czas strzela wypowiedziami w TV – albo artykułami prasowymi.

Migalski, politolog z Katowic, Uniwersytet Śląski, zaczął się pojawiać w okienku telewizyjnym jakieś dwa lata temu, tworząc za każdym razem alternatywne opinie do reszty wypowiedzi innych socjologów i politologów. Jak profesor Rychard coś powiedział – natychmiast była kontra Migalskiego. Jak Staniszkis czy Wawrzyniec Konarski wydali jakąś opinię – to Migalski był zaraz przywoływany – i co ciekawe – zawsze jego opinia miała wyraźnie propisowski wydźwięk i tłumaczyła postępowanie Jarosława Kaczyńskiego – oczywiście jako zgodne z polską racją stanu lub dobrem publicznym.

Migalski zaczął też pisać opinie na tematy bieżące. I wszystko byłoby dobrze, gdyby nie kampania wyborcza, przez wyborami październikowymi.

Marek Migalski zdjął wtedy maskę naukowca – i zajął się walką polityczną, rozgrywką polityczną na rzec Prawa i Sprawiedliwości – i ku osłabieniu Platformy Obywatelskiej. Z efektem, na szczęście – znanym.

Migalski realizował w tamtym czasie misję rozbicia PO – lub rozłamania tej partii, tak aby można ją było w części wchłonąć przez PiS. Scenariusz ten, budowany był nie po raz pierwszy. Najpierw doprowadzenie do kryzysu, do konfrontacji wewnętrznej, (poprzez próby wyciągnięcia Jana Marii Rokity) później , kiedy grunt jest już przygotowany – atak.

Marek Migalski został wtedy aktywnym działaczem Prawa i Sprawiedliwości – można go śmiało nazwać pałkarzem PiS-u. To nawoływanie do rozłamu w PO, modlitwy o jej przegranie – to było działanie nie publicystyczne – lecz czysto polityczne.

Migalski po wyborach nie porzucił idei połączenia się tych dwóch partii. Jednak chyba zauważył, że nie jest to już możliwe.

W związku z tym znalazł sobie innych cel, wydaje się , równie karkołomny, ale warty zachodu.

Tym celem jest reforma polskiej demokracji i jej „uszlachetnienie”, przez jej… ograniczenie i wyeliminowanie ze sceny politycznej znaczących sił politycznych – a co za tym idzie – pozbawienie znaczącej grupy wyborców swoich reprezentantów we władzach ustawodawczych i wykonawczych państwa. Ot, takie modelowanie demokracji i jej „rozwój”, poprzez obcinanie…

Migalski opublikował w wydaniu dzisiejszym „Rzeczpospolitej” z dnia 19 lutego, artykuł, pod nazwą „Jak się pozbyć SLD” - i tu trzeba go pochwalić za rzetelność i prawdomówność – bo od razu wiadomo, że chodzi o wyeliminowanie z gry politycznej pewnej siły – właściwie sił, bo sprawa dotyczy też PSL.

Otóż doktor Migalski chciałby zamienić obecną ordynację proporcjonalną wyborów do Sejmu na ordynację większościowa. Bo tak według niego będzie sprawiedliwiej.
Politolog nie ukrywa wcale, że nie chodzi o rozszerzenie reprezentatywności przedstawicieli obywateli na najwyższych szczeblach władzy – lecz o zbudowanie takiego układu, w którym zostaną na scenie politycznej tylko dwie partie – odwołujące się do prawicy.

Pisze Migalski;

Dyskusje nad tym, jaka ordynacja jest dobra, są bezsensowne. Każda z nich ma swoje zalety i wady. Dlatego nie należy pytać o to, która ordynacja jest dobra, lecz dla kogo, i co chcemy osiągnąć przez jej wprowadzenie. Jeśli chcemy stabilizować system i ułatwiać proces rządzenia, powinniśmy zaordynować sobie ordynację większościową. Jeżeli chcemy większej reprezentatywności, wolnej i swobodnej gry na rynku politycznym, wówczas wybierajmy ordynację proporcjonalną.

Migalski zakłada więc, że sama ordynacja, zmiana jej na większościową – załatwi sprawę usprawnienia rządzenia – bo przecież nie o to chodzi, aby sam proces był bardziej sprawny i realizował zadania ogólnospołeczne – lecz aby dana siła polityczna mogła bez przeszkód realizować swoje plany – praktycznie bez żadnej kontroli obywatelskiej.

Migalski wie doskonale, że wprowadzenie takiej ordynacji nie zwiększy frekwencji wyborczej i nie poprawi reprezentatywności w polskim Sejmie – lecz wprost przeciwnie – frekwencja, i tak w Polsce dramatycznie mała – jeszcze się pogorszy. Ale oczywiście – nie o to tu chodzi, nie chodzi o te 40 – 50% ludzi „nie poruszonych”, pozostających poza życiem społecznym i obywatelskim – lecz o tak zwany aparat partyjny, który będzie mógł realizować swoje plany – plany partyjne, bo oczywiście – tu nie o państwo – lecz układy partyjne chodzi…

Skłaniam się coraz bardziej do uznania, że na obecnym etapie rozwoju polskiego systemu partyjnego najlepszą z metod wyboru parlamentu byłaby ta, która znacząco wzmacniałaby elementy większościowe ordynacji. I nie dlatego, że zwiększyłoby to frekwencję czy też odpartyjniłoby wybory.T o dwa mity towarzyszące tego typu postulatom i najlepiej od razu się z nimi rozprawmy. Ordynacja większościowa nie sprzyja wyższej frekwencji wyborczej. Jest wprost przeciwnie!

Partie w Polsce tworzone są w sposób centralistyczny i wodzowski.. Ordynacja proporcjonalna, wywodząca się jeszcze z wyborów ‘89 roku, miał zapewnić status PZPR i doprowadziła do powstania partii o charakterze scentralizowanym, wodzowskim, które natychmiast przekształcają się w biurokratyczną strukturę.

Tylko, że nie zmieniłaby tego już w tej chwili nowa, większościowa ordynacja – bo problem takie struktury i funkcjonowania partii politycznych polega raczej na zasadzie ich finansowania. Przypomnijmy, dotacje ze skarbu państwa obecnie otrzymują tylko te organizacje partyjne, które w ostatnich wyborach otrzymały co najmniej 3% głosów w skali kraju. A pieniądze w tej działalności, nie czarujmy się – to coś więcej niż program… o czym od kilkunastu lat przekonuje nas Unia Polityki Realnej.

Migalski twierdzi w swoim artykule, że jego poglądy nie mają nic wspólnego z autorytaryzmem – bo przecież służą „słusznej” idei wyeliminowania przeciwników politycznych. Dodajmy – tych przeciwników, którzy obecnie są w Sejmie z mandatu społecznego – przy poparciu milionów głosów…

Przecież nie o to chodzi – ale naszemu panu ze Śląska chodzi o pewną namiastkę ukochanego PO – PiS-u, którego był tak gorącym orędownikiem. Bo eliminacja, przy pomocy machlojek ordynacją – leżałaby, według niego, w interesie polskiej demokracji. Bo PO to prawie PiS – a mając zapewniony długoletni byt w Sejmie – powoli by się do siebie upodabniały.

Marek Migalski nie ukrywa, że jego propozycja zmierza ku jednemu – ku temu, aby na wieki wieków rządziła prawica, nawet wtedy, kiedy skończy się „pogoda na prawicowość”. Chce metodami administracyjnymi zniszczyć środowisko ludowców i SLD.

I tu dochodzimy do sedna. To jest jeden z tych pomysłów, który w warunkach polskiej demokracji, która nie jest do końca ukształtowana (tak jak nie jest ukształtowana klasa średnia, jak nie jest ukształtowane i rozwinięte państwo obywatelskie) – może doprowadzić do jej wynaturzeń – i pójścia w stronę rządów autorytarnych. Przedsmak tego mieliśmy w latach 2005 do 2007.

Polska demokracja, świadomość państwa prawa i obywateli dopiero się kształtuje.

W rozwiniętych demokracjach mówimy – partia XYZ jest liberalna, ale w programie ma też elementy takiej to a takiej doktryny. W Polsce niestety jest odwrotnie – partia Prawo i Sprawiedliwość uchodziło za prawicę, a nawet w retoryce jest – populistyczno - socjalistyczna. I tak jest ze wszystkimi. Polskie partie są koniunkturalne – i populistyczne – bez wyjątku. I bez zaplecza ideowego i intelektualnego.

Świadomość społeczna jest ściśle skorelowana z poziomem wykształcenia i zamożności. Im społeczeństwo bardziej wykształcone – tym bardziej świadome i swojej i polityków odpowiedzialności za życie polityczne. I jego wybory bardziej świadome. Świadomy wyborca powinien sobie zdawać sprawę z tego, że jego uczestnictwo w wyborach powinno wpływać w prostej linii na poziom życia jego, jego rodziny, na jego życie zawodowe.

Tylko w tym jest szkopuł – w Polsce tak nie jest… ponieważ w Polsce, jako kraju, w którym procesy demokratyczne nie do końca działają, politycy są praktycznie bezkarni, jeżeli chodzi o weryfikację ich obietnic.

Nie ma czegoś takiego, jak weryfikacja wyborcza. System wyborczy, preferujący wybory większościowe przy słabych ruchach obywatelskich, preferowałby głosowanie na partie, bloki, nie na poszczególnego przedstawiciela danej społeczności. Każdy, nawet najbardziej mierny poseł, byłby posłuszny szefowi swoje partii, i ta partia nie popełniła katastrofalnych błędów politycznych – miałby szanse na reelekcje do następnego parlamentu.

Realną radą, pomysłem na te bolączki polskiej demokracji nie jest wcale zmiana ordynacji wyborczej, lecz decentralizacja państwa i wznowienie na nowo budowy państwa samorządowego i obywatelskiego – tak, aby świadomość siły głosów przełożyła się na konkretne wyniki i frekwencję wyborczą.

Jeżeli tak będzie – to reprezentacja posłów w Sejmie, jego sprawność – i co za tym idzie – sprawność rządzenia będzie dużo większa.

Marek Migalski tym artykułem w „Rzeczpospolitej”, pokazał po raz kolejny, że nie jest niezależnym ekspertem, lecz stroną w sporze politycznym, jest manipulatorem, wypełnia rolę zaangażowanego posłańca Prawa i Sprawiedliwości na scenie medialnej.

Dobrze by było, gdyby wreszcie przestał się przedstawiać jako niezależny fachowiec.

Azrael

Written by Azrael

luty 19, 2008 @ 20:10

15 Responses to 'Marek Migalski dalej na linii frontu'

Subscribe to comments with RSS or TrackBack to 'Marek Migalski dalej na linii frontu'.

  1. [...] Original post by Azrael [...]

  2. Szanowny Azrael!
    NIC DODAC NIC UJAC, TRAFNOSC SPOSTRZEZEN WLASCIWA I CELNA.!
    zaczyna mnie wykrecac wrecz reumatologicznie na widok wszystkowiedzacego eskperta w osobie M.Migalskiego.No coz kasa telewizyjna robi swoje.Ciekawe tylko, czy wystapienia telewizyjne zalicane sa do dorobku naukowego celem uzyskania wyzszego stopnia naukowego/ Jesli tak to recenzja powinna byc i to glosna i krytyczna.Takim to sposobem mamy coraz wiecej profesorkow od mniemanologii, teologii, filozofii i innych plywajacych po falach wiedzy i niewiedzy nauk.Jestem osobiscie zwolennikiem nauk scislych i im pochodnych tj. matematyka, ekonomia.
    spotykamy w telewizji wielu ekspertow.jest ich wielu, coraz wiecej, ogromnie duzo. JESTESMY KRAJEM EKSPERTOW!!!!!!!!!!!!!
    Coz za parodia, nie mozemy sobie poradzic z zasadniczymi problemami.Moze na eksporcie ekspertow do krajow afrykanskich zarobimy kilka marnych groszy ratujacych budzet narodowy?

    Roman Strokosz

    19 lut 08 at 22:41

  3. Jest tylko jeden “detal” - zgodnie z art. 96 konstytucji wybory do Sejmu są powszechne, równe, bezpośrednie i PROPORCJONALNE oraz odbywają się w głosowaniu tajnym. A do zmiany konstytucji potrzeba w Sejmie 2/3 głosów. Wychodzi więc na to, że pomysł pozostanie w sferze planów.

    Quake

    19 lut 08 at 22:49

  4. Quake - cenna uwaga, to rzeczywiście tego rodzaju pomysły studzi

    Azrael

    19 lut 08 at 23:07

  5. trafna ocena, niestety, dziennikarzy i pożal się Boże ekspertów; ale w sprawie ordynacji nie mam tak jednoznacznej opinii; jednomandatowe okręgi byłyby ciekawym eksperymentem, znam wiele osób, które na to czekają, nawet takich, którzy deklarują, że zanim się to stanie nie będą uczestniczyć w wyborach; choć oczywiście masz rację, że prawdziwa demokracja bez oddolnie budowanej “świadomości obywatelskiej” jest niemożliwa; ale znowu - zanim poziom edukacyjny wyborców znacząco sie nie podniesie, decentralizacja, samorządność będzie przynosić bardzo różne efekty; czyli, chcąc nie chcąc zdani jesteśmy na takie “kuliste” metody prób i błędów. pozdrawiam n

    never6

    20 lut 08 at 0:51

  6. No ale właśnie o tym był artykuł Migalskiego, żeby PO i PiS połączyły siły i tak zmieniły konstytucje, żeby tylko te dwie partie zostały w sejmie. Pisze wprost, że chciałby, żeby było jak w senacie. Wczoraj jak przeczytałem ten artykuł to szlag mnie trafił - bo dlaczego odebrać wyborcą jakąkolwiek alternatywę? Przecież już widać, że w warstwie ideowej i światopoglądowej pi i po niczym się nie różnią. A z PO to tacy sami liberałowie jak PiS. Dlateo uwarzam, że POlska demokracja zasługuje na jakąś przeciwwagę - niekoniecznie SLD, ale SLD jest na razie jedyną taką. Kto np. miałby się upominać o prawa niewierzących? Migalski jest dla mnie zerem, nie naukowcem, bo chce układać polską politykę i demokracje wg. swojego politycznego widzimisię, a nie racji stanu.

    brocha

    20 lut 08 at 7:41

  7. Jak sobie człowiek przypomni wszystkie “ekspertyzy” Marka Migalskiego z lat 2005-2007 to się robi weselej. A miało być tak dobrze. PO mialo nie być, SLD miało nie być - miał być tylko front jedności narodu z I sekretarzem Jaroslawem K na czele. I przyszłość miała być świetlana.

    Khair el-Budar

    20 lut 08 at 8:33

  8. Azrael - swietny tekst Ci wyszedl.
    “Realną radą, pomysłem na te bolączki polskiej demokracji nie jest wcale zmiana ordynacji wyborczej, lecz decentralizacja państwa i wznowienie na nowo budowy państwa samorządowego i obywatelskiego – tak, aby świadomość siły głosów przełożyła się na konkretne wyniki i frekwencję wyborczą.”
    Nie ma co komentowac, mozna sie jedynie podpisac.

    rmstemero

    20 lut 08 at 9:28

  9. się wziąłem kiedyś i wyraziłem:
    http://forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=13&w=65666449&a=65666449
    nieopatrznie Migalskiego przeceniłem, bo pozycji starszego Wiatra raczej nie posiędzie, jakichby mu tytułów kaczka belwederska nie ponadawała przed nieuchronnym odejściem. Paszcza jest Migalski tylko… I zgodzić się muszę w opinii na temat wypowiedzi p. Staniszkis - nigdy się jej prognozy nie sprawdzały, a poza tym mówi niechlujnie i mało zrozumiale.
    Jednak… Jednak p. Staniszkis nigdy nie była paszczą do wynajęcia. W odróżnieniu od Migalskiego.

    babariba

    20 lut 08 at 12:27

  10. Pojęcie ,,demokracja” trafia do mnie tylko z definicji. I to zależnie którą ręką pisana. Przełożona na życie staje się mętną wodą, z której największe szuje łowią dla siebie uprzywilejowane okazy. Toż to kaganiec, próba okiełznania żywiołów (indywidualnych i zbiorowo mniejszościowych) tak, by były one przekonane o zgotowanym im szczęściu. Dyplomacja polega na przekonywaniu przeciwnika, że mimo odpadnięcia z gry lub nokautu, jest on zwycięzcą.
    Żeby to czyniono w białych rękawiczkach, może nie doświadczylibyśmy dotyku żelaznych łap, ale tak, bez skrupułów i zachowania pozorów? Chamstwo czystej wody-zamordyzm i autorytaryzm.
    Decentralizacja państwa wzmocniona budową społeczeństwa obywatelskiego jest receptą. Gorzej z jej realizacją. Czy w Polsce ma szansę, skoro Tusku się zbiesił i chce obdzielić władzą prawych ponad sprawiedliwością? Mają już bat, dorzuci im jeszcze konia lub wóz. A reszta hołoty ,,stoić” w kolejce i czekać na ochłapy z pańskiego stołu.
    Powiem krótko. O demokracji może rozstrzygać tylko kryterium uliczne. Tak uczy historia, nie tylko ta najnowsza.

    Abulafia

    20 lut 08 at 14:36

  11. Abulafia. Zgoda. Ale w momencie gdy dojdziemy do powyzej prezentowanego wniosku (ktorego trudno nie podzielac) to znow okaze sie ze poza slynnym zdaniem Churchila na temat demokracji nie mamy zadnej innej rozszadnej alternatywy.

    rmstemero

    20 lut 08 at 15:12

  12. Pewien człek, rodem ze stolicy, serce z lewicy, siebie sam zowiący Inteligentem z Żoliborza, dla niepoznaki przyjmujący wdzięczny pseudonim Azrael (dla przyjaciół Azra) był napisał 1813 słów, na zakończenie których postawił ważką i druzgoczącą tezę: Marek Migalski to “Funkcjonariusz partyjny”.

    Klaskali mu inni funkcjonariusze partyjni Platformy i lidu: rmstemero, Khair el-Budar, babariba i inne sztubaki nieopierzone, wyflancowane z nawyku (przyrodzonego Inteligentom) myślenia.

    Ubawiło mnie to. Jako innego Inteligenta z Żoliborza i nie - funkcjonariusza partyjnego.
    Ja, inny Inrteligemnt z Żoliborza. piszę: z Markiem Migalskim się w 99% zgadzam. Popieram jego analizy. To jeden z nielicznych, którzy mówią prawdę. I są rzetelni.

    Którzy nie są na zamówienie; na rozkaz… jak wszy w rodzaju żakowski, wołek, paradowska i cała najemna sfora GW.

    To mówię Wam ja, Sympatyk - Inteligent z Żoliborza.

    Zatem, Azrael - Sympatyk: 1:1 (do przerwy).

    Sympatyk reaktywacja

    24 lut 08 at 0:58

  13. Czyżby prof. Przystawa zaglądał na Twojego blogaska?:)
    http://www.jow.pl/?q=node/312

    Voltaire

    24 lut 08 at 22:46

  14. Ech, chyba tylko wkurzył się na artykuł w Rzepie… Ale zamieszałem…

    Voltaire

    24 lut 08 at 22:48

  15. Doktorze Migalski może by się tak pojawiać na zajęciach??

    Szanowny pan Doktor z 3 zaplanowanych ćwiczeń właściwie nie przeprowadził ani jednych. Na 1 zebrał wszystkich 10 minut podał lektury i do domu, na drugich zebrał 3 grupy 100 osób do małej sali i ze względu na …złe warunki skrócił do 45 minut. Na ćwiczeniach nr 3 sie nie pojawił bo “obowiązki służbowe”.
    Miał zapłacone za … 3 razy po półtorej godziny z naszych pieniędzy… bo studia zaoczne.
    Z 3 wykładów też raz się nie pojawił.
    W związku z tymi nieobecnościami zdecydowaliśmy, że jeśli będzie robił problemy na egzaminie to z pewnością sprawa trafi do dziekana i mediów, które tak jak go wypromowały, będą miały pożywkę w drugą stronę.

    olany student

    3 maj 08 at 15:35

Leave a Reply