Archiwum dla luty 2008
Chwila przerwy
Następny artykuł w środę lub w czwartek. Muszę sobie zrobić chwilę odpoczynku.
Pozdrowienia dla wszystkich
Azrael
Macierewicz – pacjent, mitoman czy gracz?

„Dziennik” pisze dziś, w odpowiedzi na wczorajsze wystąpienie Antoniego Macierewicza, że się on ośmiesza i że prowadzi go chora logika. Chora logika i obsesja, że w Polsce władzę sprawuje sowiecka agentura oraz, że nasz kraj penetrują, w celu przejęcia „obce podmioty” – czytaj – określone siły – lub inaczej – wrogie ośrodki – kiedyś się mówiło – imperialistyczne – teraz już tylko niemieckie…
Rzeczywiście – z Antonim Macierewiczem nie ma co dyskutować, do niego nie można dotrzeć, jest to umysłowość zamknięta – paranoidalna, która zbiegiem historii i pobłażliwością innych doszła do takich stanowisk.
Mówi się, że Macierewicz zniszczył służby specjalne, że zrobił wszystko, aby pozbawić Polskę ochrony kontrwywiadowczej. Jest to prawda – i nie. Bo jeżeli patrzeć na to ze strony takiej, że amerykańskie, natowskie służby mają teraz pełen wgląd w nasze systemy ochrony – to chyba wszystko jest w porządku? Z drugiej strony – naprawdę już raport z lutego 2007 roku otworzył furtkę dla służb rosyjskich – i wszystko jest jasne. Polska i polskie służby, polskie systemy są przejrzyste i widoczne, jak Rysy w piękny zimowy dzień, z bieszczadzkich Połonin.
Raport z likwidacji służb – coś, za co Macierewicz powinien przede wszystkim odpowiadać.
Eutanazja – godna śmierć

Parlament trzeciego kraju europejskiego, po Holandii i Belgii, Luksemburga, wszedł na ścieżkę legislacyjną, uznającą prawo człowieka do godnej śmierci, według własnego wyboru – do eutanazji.
Eutanazja to słowo w Polsce, kraju quasi katolickim – wyklęte i spostponowane.
Eutanazją określane jest zadanie śmierci osobie nieuleczalnie chorej,gdzie motyw owacją jest skrócenie jej cierpień. Eutanazja dzielona jest na bierną określana jako ortotanazja i czynną jako zabójstwo z litości.
Już sama definicja (podana tu za Wiki) ma kontekst społeczny – co dla mnie, indywidualisty i człowieka, który nie poddaje się naciskom ideologicznym i religijnym – jest nie do przyjęcia.
Słowo eutanazja jest wyklęte, a jak się go używa, to raczej w kontekście „zbrodniczej” Holandii, gdzie ludzie chorzy przewlekle, którzy nie rokują wyleczenia, mają prawo do godnej, spokojnej śmierci, do wybrania i decydowania o swoim losie.
Przymiarki do nowej Konstytucji?

Agnieszka Kublik i Monika Olejnik przepytywały wczoraj premiera Donalda Tuska, a konto 100 dni jego rządzenia. Dziś wywiad ukazuje się w „Gazecie Wyborczej”.
Wywiad jest dość krótki, jak na premiera rządu, panie, według mnie, nie przygotowały się do niego należycie – napiszę wprost – zbyt łagodnie potraktowały Tuska, można mu było zadać więcej trudnych pytań, a nie skupiać się na rzeczach bieżących. Bo ile można mówić o CBA, Kamińskim, komisji weryfikacyjnej… za mało padło pytań o przyszłość – czyli projekty rządu. Szkoda, bo uważam, że materiał i czas został zmarnowany.
Mnie w tym potoku pustki zainteresował jeden fragment, na który zresztą zwracałem już uwagę w swoich artykułach;
To problem podziału w Polsce władzy wykonawczej i konieczność zastanowienia się nad nową Konstytucją, w której te problemy, między innymi, ważnymi dla unowocześnienia Polski i jej sprawniejszego zarządzania – będą rozstrzygnięte na nowo.
Sto dni
Przymierzałem się do napisania o pierwszych stu dniach rządu Donalda Tuska, ale po pierwsze – nie chce mi się dziś grzebać po internecie, po drugie – jak jest tak naprawdę sens rozliczania tego rządu, kiedy pracuje on jeszcze na „starych papierach” – czyli budżecie poprzedniego rządu. I znalazłem w sieci coś, co odpowiada moim przemyśleniom. Dziś więc tylko „przedruk” od kogoś innego;
—————————————————————————————————–
Sto dni minęło, jak jeden dzień…
I co się w ciągu tych stu dni nowego rządu stało? Co odczuł zwykły Polak? Mogę tylko oferować swoje w tym względzie doznania. Nie są one przykre.
Oto co rano podświadomość podrzuca mi konstatację pozytywnych zmian. Nie będę już musiał wysłuchiwać, że się obracam w szarej sieci a wszędzie po kątach, szufladach i szafach czają się pająki z twarzami agentów WSI. Nie będzie mnie już drażnił natężony krzyk premiera zapewniającego, że nikt go nie przekona iż białe to białe a czarne to czarne. I że wszystko i wszystkich trzeba lustrować, weryfikować, podsłuchiwać a brak dowodów na istnienie głoszonego zła jest jedynie świadectwem ich przebiegłego zniszczenia a nie politycznej paranoi.
Nie dostrzegam już w telewizji namaszczonych twarzy ludzi o manierach furmanów, którzy w imieniu rządzącej partii wygłaszają obelgi pod adresem intelektualistów, instytucji państwa, zdrowego rozsądku w ogóle. Posługując się przy tym polszczyzną z małomiasteczkowych szynków. Nie jestem zaskakiwany coraz to nowymi “porażającymi” odkryciami władzy, która usiłuje mnie przekonać, że butelki koniaku i pieniądze znalezione u lekarza to dowód na to, że zarzynał pacjentów. Nie spodziewam się, że sceny z rewizji, jakimi mnie próbował w stanie wojennym epatować komunistyczny aparat propagandy znowu się na moim ekranie pojawią.
Nie będę już musiał oglądać “radosnych” scen z otwarcia, kosztującego miliony, peronu kolejowego w szczerym polu czy stłoczonych przy czerwonej wstędze oficjeli z nożyczkami, otwierających triumfalnie półkilometrowy odcinek objazdu przy autostradzie. Nie będę musiał z zaciśniętymi ze wstydu ustami wczytywać się w relacje z wizyt zagranicznych, przy których popełniane są klasyczne gafy a mój minister spraw zagranicznych potrafi jedynie dramatycznie zaciskać usta.
Mam pewność, że skuteczność rządu nie objawi się hucpą i nie pojawi się w ciągu jednej nocy ustawa pozwalająca wywalić stary, także nie do przyjęcia skład rady radiofonii i telewizji oraz zastąpić go jeszcze gorszymi figurami, także zresztą pezetpeerowskiej proweniencji tyle, że z partyjnych nizin. Że do zarządu TVP skutecznie się nie wprowadzi neozetempowców a jego kierowania nie powierzy się najpierw nawiedzonemu nudziarzowi a potem wesołemu aparatczykowi.
Mogę się spodziewać, że skutecznie rozwiązane nienawistne służby nie zostaną zastąpione funkcjonariuszami, którzy stanowisko uzyskali po egzaminie zdanym za pośrednictwem faksu. Że patenty oficerskie nie będą rozdawane absolwentom siedemnastodniowych kursów, których niesposób nie zaliczyć. Jak się tylko było harcerzem.
Mam też ambiwalentną jednak (lubię komedie) pewność, że nie obejrzę dzisiaj wicepremiera Leppera, w wianuszku partyjnych wedet, z drepcącym skrzętnie obok ministrem Filipkiem. Że nikt z tego grona nie zapewni mnie o budowaniu Polski “solydarny bynajmiej”. Że drugi wicepremier już nie będzie mnie pouczał, iż niedocenianie Dobraczyńskiego, to nie wstręt do grafomanii w ogóle a dowód mojego braku patriotyzmu. Jego zaś przyboczny wiceminister nie zasugeruje mi wręcz, że cała paleontologia to lipa bo mamuty miały wzwiedzione członki. A oficjalne instytucje wypełniają, mam nadzieję, nie przenikliwe piski molestowanych urzędniczek, tylko odgłosy szarej, nieciekawej pracy organicznej.
Dobre sto dni. Następnych sobie co najmniej takich życzę, dni, tygodni, lat.
Autor: Stary
Marek Migalski dalej na linii frontu

Statystyczny obserwator polskiego życia społecznego i politycznego, z racji ograniczeń zawodowych, czasowych jest zmuszony do oparcia się w kształtowaniu swojej opinii na publikatorach. Radio, telewizja, prasa – i co raz częściej internet. Chyba, że jest aktywnym politykiem lub samorządowcem… ale wtedy słucha swojej partii – i żadne media go nie przekonają.
Czasami do wspomnianych ograniczeń dochodzą też pewne hamulce światopoglądowe; są tacy, którzy nie czytają „Gazety Wyborczej”, ale wiedzą, co w niej jest (wszak zaznajomili się z „Michnikowszczyzną”, nie mówiąc o Łysiaku i Remuszcze), inni – nie słuchają Radia Maryja i nie czytają naczelnego organu Tadeusza Rydzyka – „Naszego Dziennika”. Tak czy siak – wiedza ich jest wybiórcza.
Oczywiście – po jakimś czasie, jeżeli świat otaczający nas interesuje – zauważamy, że informacje, które nam media serwują – nie zawsze odpowiadają prawdzie, nie zawsze są rzetelne. Wynika to z tego faktu, że dziennikarze, ta czwarta władza już przyzwyczaili nas – i siebie – do swojej nierzetelności i zdolności manipulatorskich. Ot, choćby mały przykład z dnia dzisiejszego;
Pewien dziennikarz gazety codziennej, prowadzi od czasu do czasu program poranny w jednej ze stacji radiowych. Zaczyna go przeglądem prasy, dzienników, czasem tygodników. I dziś traf chciał, że rozpoczął ten przegląd od gazety, w której jest zatrudniony, jako ceniony publicysta polityczny. Oczywiście – ma prawo, tym bardziej, że omawiany przez niego artykuł, właściwie komentarz – był niezły, i na tematy bieżące. Tylko jedno ale… ten artykuł był autorstwa naszego prowadzącego… o czym już on nie wspomniał… ale wszystko jest cacy…
Kto ma wpływ na polski sektor paliwowy?

Komisja rywinowska w ogólnym przekonaniu odkryła mechanizmu funkcjonowania układów polityczno – biznesowych w III RP.
Nie zostało to jednak do końca potwierdzone, w formie wyroków sądowych, czy w formie obnażenia konkretnych powiązań, pomiędzy partiami politycznymi, mediami i biznesmenami. Sprawa zakończyła się wyrokiem skazującym tylko dla Lwa Rywina, znacznymi stratami politycznymi dla Sojuszu Lewicy Demokratycznej… i koniec. Żaden inny wyrok nie zapadł. Reszta spraw zostaje umarzana…
Czy sprawa kary dla J&S Energy, anulowanej przez obecnego wicepremiera Waldemara Pawlaka, może być początkiem obnażania podobnych układów korupcyjnych, gdzie decyzje i konkretne działania w sferze gospodarki były podejmowane na podstawie niejasnych przesłanek? Czy za decyzjami – lub ich zaniechaniem – stały tylko względy natury politycznej, czy może korzyści natury finansowej? I wreszcie pytania najważniejsze;
Jaki wpływ na podejmowanie decyzji w polskim przemyśle przetwórstwa paliw miały służby specjalne – i czy działały one zgodnie z polskim interesem narodowym?
I ostatnie pytanie – czy decyzje o wyborze takich, a nie innych partnerów biznesowych, w dostawach ropy naftowej, były samodzielnymi decyzjami biznesowymi?
Synkretyczni panslawiści

Śmiechu jest co nie miara z tym Kosowem. Nie na Bałkanach oczywiście, bo tam problem nie został rozwiązany i jeszcze długo nie zostanie. Ma on tyle zaszłości historycznych, tyle różnych problemów narodowościowych i religijnych – oraz tyle już zostało popełnionych błędów przez ONZ, UE i inne organizacje międzynarodowe, że nie jest to już węzeł gordyjski – a raczej szpula różnych sznurków, za które pociągają różne siły polityczne.
Śmiech jest w Polsce, raz z próbą przeniesienia spraw konfliktu narodowościowego na grunt polskich regionalizmów oraz z próbą wytłumaczenia, dlaczego Polacy powinni bronić Serbów, przed jak się to mówi i pisze – rozdrabnianiem i niszczeniem państwa serbskiego.
Mało kto pamięta, że Kosowo, jako autonomiczny okręg – został stworzony w roku 1945 przez Josifa Bros Tito. I miał bardzo mocną wolność, która została ograniczona po dojściu do władzy Slobodana Miloszevica – komunistycznego nacjonalisty. I to jego represje doprowadziły do ruchów separatystycznych i oporu Albańczyków w tym rejonie. Powstanie UCK było reakcją na represje serbskie i na czystki etniczne.
Inną sprawą jest powoływanie się na rezolucję 1244 ONZ. ONZ, stosując tą rezolucję umieściła na tym terytorium siły KFOR, które tak naprawdę są pod pełną kontrolą NATO i Unii Europejskiej. Tak więc odwoływanie się do tej rezolucji przez krytyków przyznania praw do własnego państwa dla Kosowarów – ma zabieg czysto koniunkturalny – bo i tak odpowiedzialność spoczywa na UE.
Unia Europejska musi wypełniać swoje zadania aktywnie, zgodnie z zasadą samostanowienia narodów. Oczywiście – lepiej by było, gdyby Serbia i Albania były w UE – ale wszyscy doskonale wiedzą, że daleko tym krajom do wejście do wspólnoty (paradoksalnie – Serbii teraz bliżej – i co światlejsi Serbowie zdają sobie z tego sprawę).
Bardzo ważna jest teraz deklaracja jedności całej Unii Europejskiej. Jest teraz zadaniem Unii Europejskiej, aby doprowadzić do utrwalenie zaistniałej sytuacji i stworzenia konsensusu. Jest to możliwe – i może to być ostatni element uporządkowania sytuacji na Bałkanach.
W podtekstach „polskich patriotów”, gardłujących za Serbią jest to, że chcą oni walczyć za chrześcijańską Europę, którą ponoć ma w tym wypadku reprezentować prawosławna Serbia – i wpadają w sidła rosyjskiego imperializmu – i na nowo zdefiniowanego panslawizmu. Tylko patrzeć, jak Polscy „genetyczni patrioci” zakrzykną o jedności Słowiańszczyzny – i wystąpią PRZECIWKO Gruzji, za wolnością Abchazji, tej prorosyjskiej republiki, albo będą klaskali, kiedy być może Białorusini zechcą wrócić na łono Rosji…
Wynika to też z tego, że każda decyzja Unii Europejskiej – która odważyła się wziąć odpowiedzialność za rozwiązanie trudnej sprawy – MUSI być kontestowana.
I tu dochodzimy do paradoksu. Polscy endecy byli gotowi w okresie przed I wojną światową zbliżyć się do imperialnego rosyjskiego panslawizmu, tylko po to, aby przeciwstawić się Niemcom i Austro – Węgrom.
I teraz podobnie – Polscy prawicowcy, tylko dlatego, że decyzja została podjęta przez UE – i będzie akceptowana przez większą jej członków – i także polski rząd – są gotowi na poparcie stanowiska Rosji w tej sprawie. To nie służy polskim interesom!
Serbowie sami sobie zgotowali ten los. To trzeba wyraźnie sobie powiedzieć. I trzeba im pomóc wrócić do równowagi.
Na Bałkanach muszą zostać wyjaśnione wszelkie wątpliwości narodowościowe. I teraz to od Serbów, paradoksalnie, zależy, jak się to będzie realizowało. Od ich stosunku do mieszkańców albańskich enklaw na swoim terytorium – jak i oczywiście – odwrotnie.
Azrael
Europejczyk musi poprzeć powstanie Kosowa

Powstało nowe państwo na mapie politycznej Europy. Kosowo, enklawa na terytorium Serbii, kraju europejskiego – ale nie będącego jeszcze członkiem Unii Europejskiej. Terytorium, na którym przez ostatnie kilkanaście lat rozgrywały się różne sytuacje, wojny, czystki etniczne i narodowościowe, gdzie ścierały się interesy Serbów (prawosławnych) i Albańczyków (w przewadze islamistów). I gdzie tradycyjnie swoją rolę chce odgrywać Rosja – i musi ogrywać Unia Europejska.
Zostawmy na boku wszelkie konotacje historyczne, które odwołują się do czasów XIV wieku, najazdów tureckich, szukania na tych ziemiach „kolebki państwowości” serbskiej. Jest rok 2008, XXI wiek, określona sytuacja geopolityczna i określone zadania dla Unii Europejskiej, która musi utrzymać spokój na całym kontynencie.
Decyzja o powstaniu Kosowa, ze stolicą w Prisztinie, zapadła w Brukseli i jest wolą państw europejskich – przy poparciu Stanów Zjednoczonych. I co warto powiedzieć – jest pierwszą tak ważką decyzją po uchwaleniu Traktatu Lizbońskiego. Warto o tym pamiętać,
Podpisanie Traktatu Reformującego w Klasztorze Hieronimitów w Lizbonie przybliżyło nas ku integracji europejskiej. Nowe porozumienie ma status prawa pierwotnego, z którego będą się wywodziły inne prawa, ustawy i zarządzenia Unii Europejskiej. Unia uzyskała osobowość prawną, została stworzona Unia Polityczna, ale Traktat tak naprawdę nie stworzył nowej przestrzeni prawnej – i nie przybliżył wizji integracyjnej. Państwa europejskie nie posunęły się w kierunku stworzenia federacji europejskiej – państwa europejskiego. To jeszcze przed nami – i to działania na długie lata. I wbrew pozorom – sprawa Kosowa może zostać wykorzystana do stworzenia nowych formuł prawnych.
Przy sprawie powstania wolnego Kosowa ścierają się dwa poglądy, oba wywodzące się z prawa międzynarodowego.
Chamstwo a normy kulturowe

Jedna z teorii, doktryn socjologicznych mówi, że celem jednostek wiodących społeczeństwa i racją ich wywyższenia przez nie – jest rozwój tego ogółu społeczeństwa jako całości. Podmiotem w tej doktrynie organicznej jest koncepcja, że podmiotem i punktem odniesienia wartości jest społeczeństwo, państwo, naród.
Jednostki wybrane przez te społeczeństwo w wyborach demokratycznych powinny kierować i nadawać ton całej zbiorowości. Jest to też teoria ewolucjonistyczna, gdyż doświadczenie i rozsądek mówią nam, że nigdy do doskonałości nie można dotrzeć…
Normy kulturowe odnoszą się do jednostek – jednak większość też odnosi się do całej społeczności. I tak już wśród ludów germańskich, nie mówiąc o Rzymie – normą było poszanowanie prawa – plemiennego lub uchwalonego.
Od kogoś, kto pełni stanowisko z wyboru – musimy i powinniśmy wymagać więcej – właśnie z powodu tego, że wyznacza on standardy – normy kulturowe.
Lech Kaczyński na informację, że Polak skazany w Wielkiej Brytanii, w Exeter, za brutalny gwałt, być może będzie chciał złożyć, po wyczerpaniu wszystkich dróg prawnych uchylenia wyroku, wniosek o ułaskawienie na ręce prezydenta Polski, odparł;
“Nic o tym nie wiem i raczej gwałcicieli nie ułaskawiam”
Przeżyłem mały szok. Mały, bo sam jestem przekonany, oczywiście na podstawie dostępnej mi wiedzy, że Jakub T. jest winny i zasłużył na wyrok. I jestem już przyzwyczajony do stylu i taktu Lecha Kaczyńskiego.
Ale nie oznacza to, że muszę się przyzwyczaić, jako członek polskiego społeczeństwa, do ignorowania chamstwa, łamania norm społecznych i kulturowych.
Lech Kaczyński, jako głowa państwa, powinien w tym przypadku albo nie wypowiadać się w ogóle – albo oględnie. Nie ma prawa do traktowania tego człowieka – i jego rodziny – w ten sposób.
Kaczyński w tym jednym zdaniu przyznał się do tego, że nie interesuje go sprawa, którą jako głowa państwa, powinien gruntownie rozpatrzyć – zgodnie z prawem, wiedzą i własnym sumieniem.
I jak prawnik, dodatkowo, powinien wypowiadać się wstrzemięźliwie – dając sygnał społeczeństwu, że prawo i jego poważnie traktowanie powinno być normą społeczną.
Nie wymagam wiele od tego człowieka. Nie można wymagać wiele od kogoś, kto nie wypełnia prawomocnych wyroków sądowych, kogoś, kto pozwala na obrażanie swojej żony, kogoś, kto do obywatela zwraca się per „spieprzaj dziadu” i który już wielokrotnie pokazywał swoją ciasnotę umysłową i ksenofobię…
Kilka przykładów;
“Ja panu nie przerywałem”
“Jeszcze jedno pytanie, ale nie od tej małpy w czerwonym”
“Wierzę, że jest wielu ludzi – nie tylko z Polski, ale także z innych krajów – nieudolnych z natury i szukających lepszego życia za granicą. Obecnie Wielka Brytania stała się punktem docelowym dla tych ludzi. Polska wie o problemie i nie unika odpowiedzialności”
Mogę zrozumieć – ale norma kulturowa nie pozwala mi przejść nad tym do porządku dziennego…
Azrael
Elektroniczne granie
W poprzednim tygodniu graliśmy Vangelisa, więc w tym pozostaniemy w kręgu muzyki elektronicznej.
Mike Oldfield, działający na rynku muzycznym od ponad 35 lat, jego kariera światowa, jak zapewne wszyscy wiedzą, zaczęła się od słynnego albumu „Tubular Bells”, wydanego w roku 1973…
Potem były inne, również instrumentalne płyty, ale także krótsze formy, jak słynne (i już znienwidzone przeze mnie „Moonlight Shadow”).
Komponuje i koncertuje do dziś, w marcu ma się ukazać jego następna płyta.
Bez Oldfielda nie byłoby progresywnego rocka, jego muzyka jest też ilustracyjna – była wykorzystwana w filmach a nawet grach komputerowych.
Idealne odprężenie na weekend.
Reszta – na VideoBlogu
Pozdrawiam
Azrael
Zybertowicz niecnota

Prawo i Sprawiedliwość w ramach „odzyskiwania” inteligencji wielkomiejskiej będzie zapewne sięgało po swoje kadry intelektualne. Piszę – zapewne – bo nie jestem do końca przekonany, czy Jarosław Kaczyński będzie potrzebował wsparcia intelektualnego. Wszak nie tylko genialnym strategiem jest – ale i wielkim myślicielem. Zupełnie jak Lenin…
Czytam ja sobie często dość propisowskich myślicieli i przyznam się szczerze (całkowicie bez ironii), że obcowanie z tekstami Szlachty, Gawina, Cichockiego czy nawet Legutki – bywa niezłą rozrywką i rozgrywką intelektualną. Gorzej już jest z Krasnodębskim. Ale cóż, i tak Jarosław Kaczyński oparł swój program tak zwanej IV RP na przemyśleniach z lat swojego „Sulejówka”, rozmowach z wiernym Dornem i lustrem (czytaj: bratem) a nie na analizie pism innych – w założeniach – gorszych I dostaliśmy zlepek idei narodowo – gaullistowskich w sosie populizmu.
Jednym z tych, których jednak Kaczyński słuchał – był zapewne Andrzej Zybertowicz. To on dał Kaczyńskiemu „mięso” jego projektu, coś, co go napędzało, co było osnową projektu zmiany państwa – czyli walki z układem.
Tarcza a polska suwerenność

Akcja i reakcja. To normalne działania nie tylko w polityce. Jeżeli jedna strona formułuje ostre wypowiedzi – to druga musi nie nie odpowiedzieć – takie są przyjęte procedury postępowania. Nie muszą one oczywiście dotyczyć tylko werbalizmów – ale również działań i decyzji.
Odchodzący prezydent Rosji, Władimir Putin, na wczorajszej konferencji prasowej w Moskwie, dla korespondentów krajowych i zagranicznych, stwierdził;
Będziemy zmuszeni do przekierowania części naszych systemów rakietowych na tarczę antyrakietową
Było to wyraźnie skierowane w stronę Polski – ale oczywiście również w stronę USA i krajów Europy Zachodniej. Na tej samej nucie jednak Putin powiedział, że że zależy mu na dobrym dialogu z USA, niezależnie od tego, kto będzie rządził po Bushu.
Po „uderzeniu w stół” ze strony polskiej odezwały się nożyce. Lech Kaczyński, specjalista od spraw wszystkich, stwierdził, że nasz kraj nie może ulegać rosyjskim naciskom w sprawie umieszczenia w Polsce elementów tarczy… antyrakietowej. I że stanowisko Putina nie powinno wpłynąć na nasze negocjacje z Amerykanami, Polska powinna kontynuować tę drogę, ponieważ “To służy naszemu bezpieczeństwu“. Na koniec, oczywiście, nie mogło się obejść bez prztyczka w stronę rządu Donalda Tuska, o celowości naszej polityki wschodniej.
Tarcza antyrakietowa stanowi problem – problem dla Polski, Rosji, NATO i całej Unii Europejskiej. Problem, który został sprokurowany przez Polskę – i Polska musi go rozwiązać.
Lechowi na Walentynki
Pracę prezydenta Lecha Kaczyńskiego dobrze ocenia 29 procent ankietowanych, źle – 60 procent – wynika z najnowszego sondażu CBOS. Odsetek pozytywnych opinii zmniejszył się w porównaniu do stycznia o 7 punktów procentowych.(Onet)

Lechu, w tym dniu składam Ci życzenia, wszystkiego dobrego, wiesz, myślę o Tobie zawsze, rano, wieczorem i nocą… Będę Cię broniła własną piersią przed kalumniami i oszczerstwami… Nie jest prawdą, że Naród Cię nie kocha… A jak nie kocha – to jego strata…

Twoja Ania na Walentynki…
* Zdjęcia - REPORTER
Amerykanie, zazdroszczę Wam!

Dzięki mediom elektronicznym i internetowi, możemy śledzić amerykańską kampanię wyborczą praktycznie na bieżąco. Informacje spływają od razu, łącznie ze statystykami i komentarzami – a wszystko jest okraszone przekazem wizualnym. Widzimy kandydatów zarówno na trybunach, jak i w tłumie wyborców, słyszymy ich opinie i komentarze do nich, możemy sobie na bieżąco kształtować pogląd. Do tego dokłada się jeszcze marketing sieciowy, reklama internetowa – i kontrreklama – jak było ostatnio w przypadku antyreklamy wobec kandydata republikanów, McCaina.
Nie byłoby tego jednak, gdyby nie to, że mamy w szrankach wyborczych wreszcie kandydatów z klasą. Już wszyscy piszą, że nie było do dawna – niektórzy twierdzą, że od czasu kampanii Johna F. Kennedy’ego tak ciekawej kampanii. Owszem – wybory w roku 1978, kiedy kandydował Jimmy Carter – też były ciekawe, ale toczyły się one w cieniu jeszcze pamiętanej afery Watergate, zamachu na prezydenta Forda – i marazmu społecznego. Ciekawe – ale tamtą kampanię i obecną łączy postać Zbigniewa Brzezińskiego – wtedy wspierającego demokratę Cartera – teraz szarej eminencji sztabu Baracka Obamy.












