Obama – nadzieja młodych, wykształconych, białych…

Kampania wyborcza do wyborów prezydenckich w listopadzie 2008 roku może jeszcze mieć wiele zwrotów i niespodzianek. Nie można tez jej analizować na obecnym etapie, szacując szanse tego, czy innego kandydata. Nie można tego czynić na pewno przed 5 lutego – czyli słynnym susperwtorkiem, kiedy jednocześnie odbędą się prawybory w ponad 20 stanach, w tym tak wielkich jak Kalifornia czy Nowy Jork.
Dopiero po tych głosowaniach peletony wyborcze demokratów i republikanów zostaną ustawione w odpowiedniej kolejności.
Oczywiście – konwencje wyborcze odbywają się w USA późnym latem, republikańska we wrześniu, demokratów pod koniec sierpnia. Ale może się okazać, że jeżeli nie zaistnieją nieprzewidywane okoliczności – czytaj – skandale lub czynniki poza wyborcze – na przykład gwałtowne tąpnięcie gospodarki – kandydaci będą znani wcześniej.
Nie zamierzam się specjalnie interesować kampanią wyborczą republikanów, i to nie tylko z powodu takiego, że z nimi nie sympatyzuję. Oni po prostu, według mnie oczywiście – nie mają szansy na elekcję w listopadzie.
Składa się na to kilka przyczyn;
1. Pierwszą i najważniejszą jest prezydentura Georga W. Busha. Jego dwie kadencje zapiszą się w annałach historii nie tylko jako czas, kiedy nastąpił dzień 9/11, ale również, kiedy urzędujący prezydent okłamał swój Naród, jeżeli chodzi o motywy, przesłanki swoich decyzji – głównie jeżeli chodzi o sprawę wojny w Iraku. Jak ostatnio jednak z gazet opublikowała – administracja amerykańska, okłamała swój kraj co do obecności broni masowego rażenia w USA ponad 900 razy, w oficjalnych wystąpieniach i materiałach. Na samego „Dablju” przypada ponad 230 tych kłamstw. A właśnie to, że Irak prowadzi program atomowy – miało być głównym powodem interwencji USA na Bliskim Wschodzie. O ile bezpośrednie uderzenie w Afganistan i bazy Al.-Kaidy można by uznać za całkowicie uzasadnione, oraz ( gdyby rzeczywiście zostało to do końca przez Busha i Rumsfelda wygrane) przyczyniłoby się do ograniczenia terroryzmu na Świecie – to już uderzenie w Irak nie było zabiegiem ani z punktu bezpieczeństwa światowego oraz Europy i Polski – zasadnym. Polityka Busha, tworzona bazie doktryny „eksportu” demokracji na grunt kulturowy i religijny islamu , realizowana pod wpływem neokonserwatystów amerykańskich, przyniosła skutek wprost przeciwny do zamierzonego. Terroryzm nie osłabł – on został wzmocniony, i tak jak każdy ruch rozproszony i tropiony ma wiele oblicz i zdolność przystosowania się do lokalnych warunków - nie omalże mimikry. Bush nie rozwiązał na Bliskim Wschodzie żadnego problemu – lecz tylko je zaognił.
2. Działania Busha przełożyły się znakomicie również na krajową scenę polityczną USA. W wyborach do Izby Reprezentantów, w listopadzie 2006 roku republikanie ponieśli druzgocącą klęskę – i mają obecnie o 31 mandatów mniej, niż demokraci. Również w wyborach gubernatorów partia republikańska straciła pozycje, choćby w takich stanach, jak Massachusetts czy Nowy Jork. No i najważniejsza sprawa – jest duże prawdopodobieństwo, że kadencja Busha zakończy się recesją gospodarczą. Wskazują na to sprawy krachu kredytów hipotecznych w ubiegłym roku, słabe wskaźniki produkcji przemysłowej (choć w USA ważniejszy jest wskaźnik usług), co może za sobą pociągnąć spadek konsumpcji. Wprawdzie Amerykanie do tej pory na recesję woleli republikanina – ale tym razem inne czynniki mają wpływ na decyzje wyborców.
Chyba po raz pierwszy w historii wyborów amerykańskich od czasu wyborów Jimmi Cartera czynnikiem, na podstawie którego będą decydować o wyborach Amerykanie nie będą sprawy polityki wewnętrznej, gospodarki, czy podatków – lecz kwestie wizerunkowe i społeczne. I dlatego zapewne – wybór padnie na demokratę. Bo to demokraci zafundowali prawdziwy przełom w polityce amerykańskiej. Coś co można śmiało nazwać rewolucją wyborczą.
Z jednej strony mamy Baraka Obamę, Mulata, młodego, wykształconego, który jest przedstawicielem młodego establishmentu amerykańskiego – ale nie jest ani związany z radykalnymi ruchami czarnych, ani z elitą polityczną partii demokratycznej, nie jest skażony systemem układów. I dlatego udało mu się zmobilizować wyborców młodych.
Ostatnie prawybory w South Carolina, wygrane głównie głosami czarnych wyborców (80% poparcia tej grupy etnicznej) pokazały jednak, że również młodzi, biali wyborcy głosowali na niego. W grupie pomiędzy 18 a 29 lat głosowało na niego aż 52% respondentów (na Clinton – 27%). Z tym – że stanowili oni tylko grupę 5% wszystkich oddających głosów.
Z drugiej strony natomiast mamy kobietę, Hillary Clinton, która reprezentuje klasyczny aparat partyjny demokratów. Prowadzi w sondażach ogólnokrajowych, ma poparcie i działaczy partyjnych i męża (którego sztab bardzo zręcznie wykorzystuje w kampanii – głównie do czarnego PR). I ma za sobą elektorat kobiecy – twardy i solidarny bardziej chyba niż podziały etniczne.
I te dwa elektoraty – młody i kobiecy – dają całej Partii Demokratycznej kolosalną przewagę w wyborach. Liczba aktywnych wyborców demokratycznych w niektórych okręgach przekracza ponad dwukrotnie zwolenników republikanów. To się zapewne przełoży na głosy elektorskie w poszczególnych stanach. I to jest właśnie klucz do zrozumienia – dlaczego prawica republikańska nie ma szans w listopadzie. Bo dwie rewolucje – jak to określił Grzegorz Kostrzewa – Zorbas, publicysta i politolog – zmieniają całkowicie kontekst wyborów.
Kampania wchodzi w fazę, kiedy już wszystko praktycznie na temat kandydatów wiadomo – teraz zaczynają się „gry i zabawy”, które mają przekonać wyborców do naszego kandydata i zniechęcić do konkurenta.
Sztab Clinton spróbował zagrać kartą rasową, wpychając Obamę w gorset kandydata etnicznego, murzyńskiego. Jeszcze wcześniej, sama Hillary Clinton próbowała zasugerować, że Barak Obama nie będzie dbał o wyborców latynoskich ( a jest to już druga grupa etniczna w USA, po białych). Padały również sugestie, że Obama ma związki z islamem, co zostało oficjalnie i kategorycznie przez niego samego zdementowane.
W trakcie kampanii w SC były prezydent, Billy Clinton objeżdżał stan i „sączył’ na wiecach i spotkaniach w ucho wyborcom, że Barak Obama to murzyński dyletant i nawiązywał do kampanii znanego pastora murzyńskiego, Jesse Jacksona, kandydata demokratycznego w latach ‘80. Tylko, że eksponowanie męża w dłuższym okresie może być zgubne dla samej Clinton.
Obama, pomimo że członek establishmentu – jest jednak kandydatem ludzi biednych i odrzuconych, co jest kolejnym przełamaniem konwencji wyborczej w USA. Już mniej się będzie teraz liczyła sympatia do partii wyborczej – bardziej obrona interesów konkretnych grup społecznych.
Warto przypomnieć, kto jest siłą sprawczą kampanii Baraka Obamy. Jest nim Zbigniew Brzeziński, amerykański politolog polskiego pochodzenia. Brzeziński zna Obamę od wielu lat, i jest nie tylko jego promotorem – ale również mózgiem kampanii. Jak należy sądzić, ponieważ profesor Columbia University ostatnimi czasy zajmuje się głównie sprawami polityki globalnej – to jego plany wobec Obamy są dalekosiężne.
I jeszcze na koniec – list z gorącym poparciem dla Baraka Obamy opublikowała córka zamordowanego prezydenta Johna F. Kennedy’ego, Caroline.
Postacie kandydatów demokratów – i Clinton i Obama będą przełomowe w historii Ameryki. To pewne. Tylko, czy nie skończy się to tak, jak ze słynnym farmerem orzeszków ziemnych, Carterem?
Jak napisałem już wcześniej – wydaje się, że jeżeli Obamie i jego sztabowi uda się do końca utrzymać mobilizację wśród młodych wyborców amerykańskich – to osiołek (symbol demokratów) w listopadzie będzie się bardzo cieszył…
Azrael













[...] Original post by Azrael [...]
Republikanom podziekujemy na najblizsze cztery lata to staje sie coraz bardziej widoczne i czytelne.W moim osobistym przekonaniu, dokonamy wyboru miedzy pierwsza kobieta a pierwszym czarnoskorym amerykaninem.Jestem sympatykiem Hillarki.No ale poczekajmy do listopada.
Ja bym był ostrożny przy tych przewidywaniach w końcu republikanie ci oszuści mogą zastosować te same machinacje z systemem wyborczym co przy wyborach z Gorem a w końcu odwołają się do sądu najwyższego, który obsadzony przez wywodzących się z tej partii sędziów przysądzi zwycięstwo ich kandydata.
Nie przeceniałbym kłamstw irackich. Znano je przy poprzednich wyborach, a jakoś wyborcom nie przeszkadzały w bardzo licznym poparciu dla republikanów.
Odwrót ku demokratom, to chyba bardziej efekt zawiedzionych nadziei, niż spóźnione echo irackich kłamstw.
Gdy po raz pierwszy go zobaczyłem, pomyślałem sobie, że jeszcze jeden gładki, wykształcony Czarny chce zawalczyć dla swych czarnych braci, jak kiedyś senator Jackson. Ale jak go usłyszałem, to wymiękłem. Z tym swoim głębokim głosem panuje absolutnie nad widownią. Mówi też z sensem. Niesamowite, jak zjednoczył różne warstwy społeczeństwa amerykańskiego.
Jako zwolennik Demokratów “głosuję” oczywiście na nich, a z ich dwojga zdecydowanie wolę Obamę.