Człowiek z Pałacu vs. Człowiek Miłości

Oglądając przekazy medialne z codziennych potyczek pomiędzy Pałacem Namiestnikowskim i Kancelarią Premiera w Alejach Ujazdowskich, mam nieodparte wrażenie, jakby obie strony żyły, funkcjonowały w dwóch różnych, oderwanych i nieprzystających do siebie światach. I tylko od czasu, do czasu podnosi się kurtyna, zza której rozchodzi się krzyk, komunikat albo oświadczenie. I najgorsze jest to, że te światy, stworzone wokół Lecha Kaczyńskiego i Donalda Tuska – co raz mniej przystają do naszego, rzeczywistego świata, świata problemów, strajków celników, lekarzy, nauczycieli, zbliżającej się recesji i innych problemów kraju. Przypomina mi to trochę światy równoległe z „Człowieka z Wysokiego Zamku” Philipa Dicka.
Z jednej strony mamy pisowskie towarzystwo w Kancelarii Prezydenta, które dba tylko, aby Lech Kaczyński nie został w niczym, ale to dokładnie w niczym pominięty, jako głowa państwa. Urzędnicy prezydenccy dbają głównie o to, aby tak zwany „wizerunek” Lecha Kaczyńskiego nie ucierpiał. Drażliwość prezydenta przenoszona jest na zewnątrz, głównie do mediów, przy pomocy Michała Kamińskiego i , szczególnie ostatnio – szefowej kancelarii – Anny Fotygi. I tylko to się liczy, liczy się rozgrywka z przeciwnikiem – jakim stał się rząd.
Vivat niezależne media! Vivat!

Czy pamiętają Państwo, Szanowni, jak miesięcznik branżowy „Press” przyznawał swoje ostatnie nagrody, Grand Press? Może nie tyle samą uroczystość, a raczej komentarze do niej, tak zwanych „niezależnych” dziennikarzy i publicystów?
Nie zostawiano na niej (nagrodzie) suchej nitki, ani na nagrodzonych, jednym głosem prawa strona polskiego lobby dziennikarskiego (malejąca po wyborach – wszak poglądy – nie krowa – zmienne są…) mówiła i pisała, że to salon (albo Salon…) III RP się nagradza.
No, ale jedyna uczciwa gazeta, gazeta, która zasłużyła ostatnio na ciepłe słowa Jarosława Kaczyńskiego, jako , według niego – jedyna prawdziwie niezależna prasa, „Gazeta Polska” i jej przybudówka – miesięcznik „Niezależna Gazeta Polska”, postanowiły uhonorować prawdziwe autorytety;
I tak - Krzysztof Czabański, prezes Polskiego Radia otrzymał nagrodę imienia świętego Grzegorza I Wielkiego, którą otrzyma z rąk samego, niezależnego i nikomu się niekłaniającego, obdarzonego stygmatem „pluszowego męczennika”, Tomasza Sakiewicza. Wręczenie tej nagrody odbędzie się dziś, podczas gali z okazji 15-lecia “Gazety Polskiej”. Redaktora Piotra Wierzbickiego, który tworzył „GaPę” - raczej nie będzie…
Sakiewicz podkreślił, że to „dzięki prezesowi Czabańskiemu w PR mogą wypowiadać się osoby o różnych poglądach. ” - i za to, za ODWAGĘ, miesięcznik docenił prezesa Czabańskiego.
Skromnie nie dodał, że odwaga Krzysztofa Czabańskiego była tak przeogromna, że aż zaprosił samego Tomasza Sakiewicza do prowadzenia programu „Sygnały Dnia” w PR I.
Tomasz Węcławski – nie skandal, tylko znak

Polski Kościół Katolicki pozostawił, dokonując akty apostazji, jeden z najwybitniejszych jego umysłów – Tomasz Węcławski.
Już w styczniu ubiegłego roku mówiło się o jego odejściu – a zrzucenie sutanny nastąpiło w marcu.
Choć jestem ateistą, to ludzie Kościoła, ci dużego formatu bardzo mnie interesują. Zawsze stałem na stanowisku, że to właśnie człowiek, wybitna osobowość, niesie w sobie idee. Jest ona osadzona w pewnym środowisku, w pewnej ekosferze, lecz tylko naprawdę wybitne osobowości kształtują rzeczywistość je otaczającą. Nie inaczej jest w Kościele. Węcławski w marcu ubiegłego roku nie zostawił jeszcze za sobą nauki Kościoła. Wtedy wyszedł z kościoła instytucjonalnego – przestał być księdzem, ale nie przestał być kapłanem.
To że opuścił wtedy kościół polski – nie osłabiało go – lecz wprost przeciwnie. Była to zapewne jego porażka, bo jako ksiądz walczący z wyjątkową determinacją o czystość stanu duchownego – przegrał. Ale jako myśliciel – nic nie stracił – lecz zapewne otworzył nowe horyzonty – jak wtedy sądziłem - dla Kościoła. Sądziłem, że odcina się tylko od brudu kościoła instytucjonalnego – lecz zostanie na jego łonie, jako wierny katolik.
Decyzja Węcławskiego świadczy o tym, że Kościół także powoli traci autorytet nawet wśród swoich pasterzy, ma ona jednak głębszy wymiar, niż tylko związany z kościołem instytucjonalnym.
Przypomnijmy – był on twórcą i pierwszym dziekanem wydziału teologicznego na poznańskim Uniwersytecie im. Adama Mickiewicza. Później stworzył, i kierują nią nadal Pracownię Pytań Granicznych, zakład międzywydziałowy.
Spektakularnych odejść z Kościoła Katolickiego było w ostatnich latach wiele, że wspomnijmy tylko Stanisława Obirka, Tadeusza Bartosia czy profesora Tadeusza Gadacza. Żaden jednak z nich, jeżeli się nie mylę – nie dokonał aktu apostazji. Wszyscy wymienieni sprzeniewierzyli się sakramentowi kapłaństwa – lecz w Kościele pozostali.
Symptomatyczna jest gwałtowna reakcja Kurii poznańskiej na decyzje Tomasza Węcławskiego – oraz naukowców i studentów wydziału teologicznego UAM.
Otóż dziekan wydziału – ksiądz profesor Paweł Bortkiewicz już zapowiedział, że prace i materiały Węcławskiego będą podlegały weryfikacji i ocenie – a studenci i doktoranci odeszli z seminariów magisterskich i doktoranckich. Bortkiewicz wprawdzie nie sugerował usuwania pozycji Węcławskiego z bibliotek i czytelni – ale zabrzmiało to groźnie.
Małpie zabrali brzytwę

Jazgot, jaki dziś podnieśli w Sejmie Pat i Pataszon, czyli Gosiewski i Putra, rozśmieszył mnie. To znaczy prawie rozśmieszył, bo te dwie żałosne postacie, narzędzia odzyskiwania inteligencji przez Jarosława Kaczyńskiego, mogą tylko wzbudzić paroksyzmy chichotu…
Poszło o Antka „Teczkę” Macierewicza, którego kandydaturę na członka komisji śledczej ds. nacisków na służby specjalne Prezydium Sejmu odrzuciło.
- To skandal i granda – darł się Pat, a Pataszon kręcił wąsa…
Wniosek o wyłączenie Antka zgłosiła PO. Pat gardłował, że jest to “próba represjonowania posła za to, że był kiedyś członkiem komisja śledczej, że jest osobą dobrze przygotowaną by pełnić tę funkcję”. I że odrzucenie tej kandydatury – to działanie represyjne za postawę i poglądy Macierewicza.
A mnie się wydaje, że tu chodzi o nic innego, jak o zachowanie integralności, powagi i odpowiedniego poziomu działania tego ciała – oczywiście, jeżeli Trybunał Konstytucyjny nie zakwestionuje prawa do działania komisji.
Macierewicz to jedna z najbardziej wrednych postaci polskiej polityki po roku 1989. Jeżeli można bardzo pozytywnie ocenić jego działalność i zaangażowanie w pracę opozycyjną – KOR, ROPCiO – to po Okrągłym Stole wyszedł z niego obsesjonat, człowiek, którego dominującą cechą jest podejrzliwość i mściwość.
Począwszy od czerwca 1992 roku, kiedy jego działania, łącznie z Piotrem Naimskim, mające na celu działania przeciwko Lechowi Wałęsie nie są jeszcze do końca wyjaśnione, przez słynne „obalenie najlepszego rządu Polski” Jana Olszewskiego, gdzie jego parcie do lustracji rozpoczęło kompromitację tych działań – chyba już na zawsze, poprzez różne partyjki, kółka partyjne, kanapy i stoliki prawicowo – narodowe – ciągnie się festiwal jego oszołomstwa.
Słynne słowa o zdradzie polskich ministrów SZ, wycieki z jego komisji likwidacyjnej WSI. Głównym kanałem tych przecieków była prasa”GaPa”, „Rzeczpospolita”, także inne. Źródłem tych przecieków był natomiast– i jest dalej - Instytut Pamięci Narodowej, pod kierownictwem Janusza Kurtyki – oraz o służby specjalne, SWW i SKW – pod rządami ministra Wassermanna i samego Macierewicza.
Te przecieki miały kolosalny wpływ na działania rządu Kaczyńskiego, na media, na życie publiczne i polityczne i skończyło się to wszystko na jego raporcie, z lutego 2007 roku. Raport Antoniego Macierewicza zrównał w „zbrodniczym procederze” tych, którzy działali dla służb PRL – i dla WSI, czyli służy III RP. Raport był jednoznaczny i wyraźnie objął anatemą dziesiątki, nawet setki osób, oficerów i współpracowników obecnych służb.
Danie tej „małpie” politycznej następnej brzytwy do ręki – to byłaby głupota…
Azrael
Panie Kaczyński – inteligencja Panu już dziękuje…

Jarosław Kaczyński ponownie wczoraj zakomunikował, że PiS rozpoczyna KAMPANIĘ o przekonanie inteligencji do tej partii. “PiS to formacja w gruncie rzeczy inteligencka” – powiedział inteligent z warszawskiego Żoliborza, którego rodzinnym domem jest willa, nadana jego ojcu, Rajmundowi, przez władze komunistyczne.
Spyta się ktoś – dlaczego wypominam tą willę byłemu Panu Premierowi, nie mówiąc już o ojcu?
Otóż Jarosław Kaczyński wczoraj powiedział jeszcze kilka ciekawych zdań, skierowanych pod adresem Bogdana Klicha, ministra obrony. W nawiązaniu do konfliktu telefonicznego po katastrofie pod Mirosławcem, Kaczyński, ten kulturowy inteligent z Żoliborza, łaskaw był stwierdzić;
Mamy do czynienia z deficytem kulturowym. Żeby rządzić, trzeba być człowiekiem na pewnym poziomie kulturowym
[...]
- Mówię nie o złej woli, ale o pewnym typie kultury. Nie każdy może być ministrem obrony, nie każdy może rządzić. Ktoś jest dobrze wychowany, a ktoś nie. Jak wywodzi się z pewnego środowiska, to trudno mu być dobrze wychowanym. Ci ludzie nie nadają się do wypełniania swoich funkcji.
Jestem, jako inteligent z Żoliborza właśnie, dość już uodporniony na wypowiedzi Jarosław Kaczyńskiego.
Ale takiego skrajnego chamstwa, nie tylko politycznego, i pogardy dla adwersarzy – bo wiadomo, że nie chodzi tu tylko o Bogdana Klicha, lecz również o Donalda Tuska, pod adresem którego również padały podobne inwektywy – nie spotyka się na co dzień. I mówi to ktoś, kto zawdzięcza znośne warunki mieszkaniowe i życiowe ojcu, który w latach 50. wysługiwał się komunistom!
Ktoś, kto nie może się powstrzymać od tego rodzaju uwag i prostackich tekstów – jednocześnie chce „odzyskiwać” inteligencję…
Jakub Tomczak – chłodnym okiem

Jakuba Tomczaka z Poznania skazano prawomocnym wyrokiem na karę dwukrotnego dożywocia za gwałt oraz pobicie ,ze skutkiem nieodwracalnych uszkodzeń mózgu 48 – letniej Brytyjki.
Wyrok zapadł po dwutygodniowym procesie, na którym i oskarżenie i obrona mogła wykazać swoje racje i przedstawić dowody za i przeciw winie oskarżonego.
Procedura sądowa przez sądem angielskim diametralnie różni się od polskiej – głównie jeżeli chodzi o zasady wyrokowania. W Polsce – decyzję co do winy i wyroku podejmuje zawodowy sędzia – w Wielkiej Brytanii – wyrok w sprawie karnej wydaje ława przysięgły, wysokość wyroku określa sędzia.
Ale inne elementy, czyli dochodzenie, postępowanie dowodowe oraz analiza materiału – jak sądzę są zbliżone.
W Polsce dowód pod postacią badania DNA, przy tego rodzaju zbrodniach, jest dowodem pewnym – i nie wymaga on potwierdzenia w innych materiałach czy zeznaniach. I tak jest również w systemie brytyjskim.
Oczywiście – wszędzie są możliwe pomyłki, wszędzie może dojść do pomyłki sądowej. Ale w tym przypadku, gdzie obrona miała prawo do aktywnej obrony – raczej o tym nie można mówić. Bo to sama obrona nie wykorzystała prawa do obrony w pełni – przynajmniej tak to wygląda na pierwszy rzut oka.
Nie znamy przebiegu procesu, nie znamy sposobu prowadzenia sprawy przez prokuraturę i obronę. Nie znamy materiałów z dochodzenia, nie znamy na koniec uzasadnienia wyroku. Za to znamy tylko przekaz medialny, który zresztą był modyfikowany, w zależności w jakiej stacji i kto przekazuje informacje. A był to obraz skrzywiony - bo pokazywany przez Polaków – i pokazujący w 90% Polaków, rodzinę i przyjaciół oskarżonego. A jeżeli już Brytyjczyków – to głównie po to, aby pokazać, że być może są manipulowani przez miejscową prasę z Exeter.
Są trzy elementy, które każą przychylić się ku opinii, że wyrok został wydany zgodnie z prawdą;
1.Badanie DNA – nie było tylko dwóch badań, jak sugerowano z początku. Było jedno, gdzie nie doszło do żadnego zanieczyszczenia próbki – lecz został popełniony błąd w systemie komputerowym – stąd wynik był fałszywy. Pozostałe badania – a było ich co najmniej kilka (nie znalazłem dokładnej liczby) potwierdziły zgodność próbki pobranej od Tomczaka z próbkami znalezionymi na ciele ofiary. I tu jest rzecz najważniejsza; Otóż już w trakcie samego procesu obrona mogła zawnioskować o ponowne badanie – miała do tego prawo, stwierdził tak sam oskarżyciel, William Hart. Ale obrona tego nie zrobiła!
2.Nie wyjaśniono, co się stało z koszulą Jakuba Tomczaka, którą miał tego dnia na sobie. Nie znaleziono jej w domu oskarżonego – i nie padła ani razu informacja wyjaśniająca tą sprawę.
3.Nie znamy profilu psychologicznego skazanego. To co o nim wiemy, to jest tylko szklany obraz mediów, ubarwiony opowieściami rodziny, znajomych, nauczycieli. To nie jest prawdziwy obraz – tylko wspólna kreacja, stworzona, niestety przez polskie media.
Nie postawię jednoznacznego wniosku – winny tej zbrodni – bo nawet teraz przyznanie się Jakuba Tomczaka, czy ozdrowienie ofiary i potwierdzenie dochodzenia – nie jest dowodem jednoznacznym. Tylko złapanie go na gorącym uczynku mogłoby dać 100 procent pewności.
Ale nie ma praktycznie żadnych przesłanek, aby twierdzić, że ta zbrodnia nie jest autorstwa poznańskiego studenta.
Polska wydała Polaka na podstawie ENA, choć nie musiała tego robić. Ale dobrze, że to uczyniła. Jesteśmy członkiem tej wspólnoty – i powinniśmy respektować prawa kraju, na terenie którego zostało popełnione przestępstwo.
Wyrok sądu brytyjskiego może być tylko szokiem dla zjadaczy papki telewizyjnej. Znów media, szczególnie TVN24 nie stanęły na wysokości zadania.
Azrael
Obama – nadzieja młodych, wykształconych, białych…

Kampania wyborcza do wyborów prezydenckich w listopadzie 2008 roku może jeszcze mieć wiele zwrotów i niespodzianek. Nie można tez jej analizować na obecnym etapie, szacując szanse tego, czy innego kandydata. Nie można tego czynić na pewno przed 5 lutego – czyli słynnym susperwtorkiem, kiedy jednocześnie odbędą się prawybory w ponad 20 stanach, w tym tak wielkich jak Kalifornia czy Nowy Jork.
Dopiero po tych głosowaniach peletony wyborcze demokratów i republikanów zostaną ustawione w odpowiedniej kolejności.
Oczywiście – konwencje wyborcze odbywają się w USA późnym latem, republikańska we wrześniu, demokratów pod koniec sierpnia. Ale może się okazać, że jeżeli nie zaistnieją nieprzewidywane okoliczności – czytaj – skandale lub czynniki poza wyborcze – na przykład gwałtowne tąpnięcie gospodarki – kandydaci będą znani wcześniej.
Rząd nie radzi sobie z kryzysami

Strajk pracowników celnych i wynikający z tego bezpośrednio protest przewoźników, który może doprowadzić do blokady całego kraju – nie jest oczywiście winą rządu Donalda Tuska, jakby chcieli tego politycy Prawa i Sprawiedliwości, z Joachimem Brudzińskim, naczelnym myślicielem tej partii.
Mają rację celnicy, że byli traktowani przez poszczególne ekipy rządzące po macoszemu, nawet na tel innych służb mundurowych. Nie jest prawdą, że praca celnika jest łatwa, prosta i taka, w której można sobie „dorobić”. Wymaga ona wiedzy, fachowości i odporności na stres – nie mówiąc o trudnych warunkach pracy.
Oczywiście jest, jak zawsze problem, aby przekonać tych ludzi do tego, że pracują nie na rzecz swojej grupy zawodowej – lecz na rzecz Państwa. Tylko, że nie załatwi się tego pogadankami o powinnościach pracownika służby publicznej – lecz zapewnieniem tym ludziom i konkretnych profitów finansowych i zabezpieczenia socjalnego.
To co się działo w ostatnich latach, kiedy nie stworzono celnikom praktycznie żadnych rozsądnych warunków zmiany pracy, w związku ze zmienionymi zadaniami – nie stworzono mechanizmów zmian mieszkań, brak pomocy w re dyslokacji z granicy zachodniej na wschodnią albo do Izb Celnych w głębi kraju, plus brak reakcji na postulaty płacowe – skończyło się protestami.
Służby celnej nie można sprywatyzować, musi być ona nadzorowana, ze względów podatkowych i bezpieczeństwa przez państwo. Trzeba tylko ją usprawnić i zmodernizować.
Problem tego strajku (jak i innych społecznych protestów) zasadza się na tym, że rząd Donalda Tuska nie potrafi nie tylko działać w takim kryzysie – lecz także nie potrafi wyprzedzać kryzysów. Powołanie Michała Boni na szefa zespołu doradców strategicznych, mających zajmować się zagadnieniami społecznymi, w randze sekretarza stanu nastąpiło trochę za późno. Jego zespół szybkiego reagowania na konflikty społeczne dopiero się rozkręca.
Strajk celników można było przewidzieć, ponieważ już 11 października 2007 roku, czyli przed wyborami, zapowiedzieli, że nie odpuszczą. Ich nie interesuje „miesiąc miodowy” Donalda Tusk – lecz konkretne problemy.
Brak reakcji na gęstniejąca atmosferę na granicach, która z kolei może doprowadzić do paraliżu całego kraju, w związku z protestami, świadczy po raz kolejny o braku procedur zarządzania w kryzysie – i braku koordynacji działań poszczególnych członków rządu.
Nie chodzi tu wcale o powołanie nowej komisji, sztabu, który będzie działał tygodniami. Chodzi o to, aby problem traktować jako sprawę państwa i administracji – i ją w tych ramach rozwiązywać. Pracownicy celni z jednej strony muszą poczuć, że traktuje się ich poważnie – z drugiej strony MUSZĄ ODBLOKOWAĆ granice państwa.
Tu dotykamy innego problemu, który jest przy okazji strajków, wszystkich strajków, skrzętnie pomijany. Chodzi o odpowiedzialność karną strajkujących za straty poniesione przez właściciela majątku. W tym przypadku – chodzi o państwo, które traci podwójnie – jako państwo na należnościach celnych i może również stracić na odszkodowaniach dla przewoźników (nie wiem, jak takie procedury działają w prawie polskim).
Nie słyszałem do tej pory, aby organizatorzy strajków, czy to na kopalniach, czy kolei, czy gdziekolwiek – ponieśli karę z tego tytułu…
Strajki celników nie jest strajkiem politycznym, ale oczywiście opozycja zrobi wszystko, aby taką zadymę zrobić. To leży w jej interesie – bo oczywiście interesem państwa ona się nie przejmuje.
I na koniec, na marginesie;
Czy Donald Tusk mógłby zdjąć Julię Piterę z wizji? Jej zachowanie i wypowiedzi dadzą się porównać tylko już z Nelly Rokitą…
Doprowadziła do kompromitacji, swoimi opiniami na temat Mariusza Kamińskiego, jak i świstkami tak zwanego raportu w sprawie CBA, rząd i samego Donalda Tuska – i w dalszym ciągu wypowiada się na tematy, które nie leżą w jej kompetencji.
I druga sprawa – za Służbę Celną odpowiada Jan Vincent Rostowski – czekamy ma jego opinie.
Azrael
Lewica bez pomysłu

Pisanie o lewicy polskiej nie jest łatwe, ani przyjemne, ani również twórcze. Bo właściwie – o czym pisać?
Czy pisać o formacji, która werbalnie odwołuje się do etosu lewicowego, a praktycznie jest tylko szczątkami partii władzy Leszka Millera – czyli do SLD? Czy może pisać o nowej partii Leszka Millera, Polskiej Lewicy, która z kolei jest formacją nastawioną na promowanie swojego wodza i właściwie poza jednostronicowymi hasłami nie ma programu? Bo czy może być zaczątkiem programu stwierdzenie, że „nie powinniśmy się wstydzić czasów PRL”?.
Można oczywiście rozpatrywać programy takich partii jak Polskiej Partii Pracy czy Racji PL. Tylko, że nie widać, aby te formacje potrafiły zdobyć się na szersze, niż syndykalistyczne spojrzenie na sprawy społeczne, socjalne i ekonomiczne. Bo niczym innym , jak syndykalizm w czystej postaci, jest strajk w kopalni „Budryk”, sterowany przez związek zawodowy „Sierpień ‘80”.
Można oczywiście zachwycać się „świeżością”myśli środowiska „Krytyki politycznej” Sierakowskiego, Gduli i Dunin – ale ja zostawiam to komentatorom konserwatywnym, którzy doskonale wiedzą, że to kółko zainteresowań nie stworzy nigdy poważnego programu politycznego – nie mówiąc o sprawnej organizacji. Zresztą przywódcę w czerwonej koszuli ostatnio więcej interesuje jego nowy program w TVP i zajęcia parateatralne – niż praca organizacyjna.
Odrutka na “Strach”
Poziom dyskusji na temat książki Jana Tomasza Grossa, “Strach” jest tak żenujący, frustrujący i jątrzący - że warto od tego odetchnąć.
Ktoś powiedział, że Polacy nie zdają sobie nawet sprawy, jak polskie losy są mocno splecione z Żydami. Z Żydami i Ukraińcami…
Polski antysemityzm jest faktem, skrzętnie chowanym i zakłamywanym. Warto więc przypomnieć, co on niesie.
Oto słowa profesora Józefa Bocheńskiego na ten temat - szczególnie polecam polskim katolikom;
Pierwszym i najważniejszym jest sam antysemityzm. Polega on na demonizacji Żydów i przypisywaniu im wszelkiego zła. Zwolennicy antysemityzmu zwykli także twierdzić, że Żydzi rządzą światem, że mają jakąś centralę, dążącą do opanowania świata, do zniszczenia naszej cywilizacji itd. Zdarza się też, że przypisuje się im najzupełniej gołosłownie rozmaite zbrodnie. Powszechne jest u antysemitów żądanie, by wyeliminować z naszej cywilizacji wszystko, co żydowskie. Że są to wszystko haniebne zabobony, powinno być jasne. Aby wspomnieć tylko o ostatniej sprawie, postulat “oczyszczenia” kultury europejskiej ze składników wniesionych do niej przez Żydów jest absurdem. Nie ma kultury europejskiej bez chrześcijaństwa, a chrześcijaństwo oparte jest na żydowskiej Biblii i pochodzi od Chrystusa, który był Żydem. Dlatego też antysemici są bardzo często także antychrześcijanami nie zdając sobie sprawy, że podcinają przez to podstawy kultury, której chcą bronić.
Dziś, w związku z tym mała odtrutka na te dyskusje. Coś, co można oglądać i słuchać na okrągło;
Inne nagrania z tego wspaniałego filmu - na moim VideoBlogu.
Miłego weekendu
Azrael
Przestępcy pod ochroną głowy państwa?

Jak się okazuje, złodziejstwo nie jest domeną tylko marginesu społecznego i „oligarchów”, lecz również rozprzestrzenia się w kręgach tych, którzy powinni stać na straży praworządności.
Szef Służby Kontrwywiadu Wojskowego, Andrzej Reszka, działający na zlecenie i według pełnomocnictw ministra obrony nie nie może doliczyć się kilkudziesięciu komputerów w siedzibie na ulicy Oczki. Zniknęły. Ze strzeżonego budynku, pod okiem kamer monitoringu. Oczywiście – nie zniknęły teraz, lecz zostały „zniknięte” za czasów kadencji głównego tropiciela szarej sieci IV RP – Antoniego Macierewicza.
Oprócz kompów – zniknęły także materiały dotyczące tajnego aneksu do raportu o WSI.
Audyt, zlecony został przez ministra Bogdana Klicha, po słynnych rajdach furgonetek bez napisów, w listopadzie zeszłego roku.
Przypomnijmy, co się wtedy stało;
Wiara w rozum – w odpowiedzi Terlikowskiemu
Tomasz Terlikowski napisał dziś tekst, w którym podważa wiarę w rozum. Uważa, że ludzie, którzy nie wierzą w Boga – są wstanie uwierzyć w każdą bzdurę, naukową czy pseudonaukową. Jednym słowem, zakłada, że ludzie, którzy posługują się rozumem – a nie „wierzą w Boga” - są gorsi.
Terlikowski, niestety, popełnia fundamentalny błąd ludzi wierzących, to znaczy zakłada, że niewierzący „wierzy” tylko w to, co przeczyta i przyjmie do swego umysłu i będzie traktował to bezkrytycznie.
Jest to stary problem z brakiem umiejętności wierzących w zrozumieniu pojęcia wolnego umysłu. Wolnego od wiary, wolnego od wpływów, nie uznającego ani dogmatów ani autorytetów. Polegającego na empirii – ale tylko do momentu, kiedy nie zostanie udowodnione, że coś co zostało już raz udowodnione – może zostać zanegowane.
Pojęcie wolnego umysłu jest znane w buddyzmie, także w filozofii zen;
“Umysł wolny od stałego wyobrażenia o kimś, kto czyni coś dla kogoś innego, jest jak słońce promieniujące
samo z siebie”.
Otóż wolny umysł człowieka niewierzącego jest wstanie NIE UWIERZYĆ we wszystko, co mu się podaje i objawia, dlatego, że nie ma problemu, którego umysł by nie próbował zanegować i z analizować.
Nie ma czegoś takiego dla człowieka z wolnym umysłem, jak „święte pisma”, o których pisze Terlikowski. Nauka i wiedza, stworzona przez rozum ludzki (tak zresztą jak Bóg, który jest wytworem umysłu), podlega stałemu rozwojowi i doskonaleniu – znów dzięki ludzkiemu, wolnemu umysłowi. Nie jest przypadkiem, że większość zdobywców nagrody Nobla było ateistami.
Nie ma czegoś takiego jak wiara w „laickich świętych”. Wolny umysł przyjmuje opinie, głoszone przez innych, do momentu, kiedy nie okaże się, że inny umysł udowodnił, że poprzednie twierdzenie lub opinia okazała się kłamstwem. Przykład doktora Chwanga przytoczony przez Terlikowskiego działa właśnie na korzyść ludzi z wolnym umysłem, którzy potrafili znaleźć kłamstwo i manipulacje tamtego pseudonaukowca.
Ludzi z wolnym umysłem (świadomie unikam słowa „niewierzący”), nie interesuje to, czy wierzący przegrali, czy nie przegrali swojego życia. Każdy człowiek z wolnym umysłem – i wolną wolą – zostawia innym prawo innym do takiego kierowania własnym życiem, jaki oni uważają za stosowny. I nie ma w tym problemu Boga – bo człowiek z wolnym umysłem wie, że Boga nie ma.
I tylko jest jeden problem, którego człowiek z wolnym umysłem nie może pojąć.
Dlaczego ludzie „wierzący:” w Boga chcą ograniczać prawa ludzi z wolnym umysłem do swobody życia i wyborów?
Przykro to stwierdzić – ale ludzie „wierzący” w Boga – wierzą w to, co zostało zapisane w księgach stworzonych przez ludzi…
Azrael
Medialny kult śmierci

Jest coś takiego unikalnego w polskiej mentalności, jednocześnie wartego odnotowania, z drugiej strony pełnego egzaltacji – i odpychającego. Jest to sztuczne, na pokaz, na zamówienie, wybucha co jakiś czas, płomieniem, głównie medialnym, aby szybko zgasnąć, zostawiając za sobą smród kadzideł, lampek – i pustkę… brak refleksji, brak wniosków.
Niektórzy nazywają to kultem ofiar – ja nazywam to – medialnym kultem śmierci.
Ostatni raz mieliśmy do czynienia z czymś takim w lipcu 2007 roku – po katastrofie polskiego autokaru z pielgrzymami pod Grenoble.
Media zrobiły wszystko, aby nam to wtedy przekazać… były nie kończące się wywiady, migawki, relacje z konferencji prasowych, msze święte, Lech Kaczyński na klęczkach na moście…
I teraz znów mamy to samo. Też „ból”, też ten sam medialny, bezsensowny spektakl, do którego już dołączyli się politycy ,może nie w takim wymiarze, jak było to w przypadku katastrofy górniczej w „Halembie” i wspomnianym już wypadku polskiego autokaru.
Katastrofa samolotu CASA pod Mirosławcem była tragiczna, zginęli ludzie w sile wieku, ojcowie i synowie, do tego ze wspólnego środowiska.
Jestem pełen uznania dla tego, jak żołnierze, wojsko broni swojej integralności i prywatności. Nie ma spektakularnych zdjęć, nie ma doniesień, kto i w jakiej ilości został osierocony. Krótkie notatki w mediach, brak kontaktu z rodzinami, które zapewne już zostały otoczone opieką, ale nie wystawione na żer medialnych hien. Patrząc na wypowiadających się oficerów, których koledzy i przyjaciele odeszli tak nagle – jestem pełen podziwu dla ich postawy.
Dobrze, że tak to zostało zorganizowane, dobrze, że wojsko odcięło się od mediów i nie pozwala sobie na wchodzenie z butami w swoje sprawy. Dobrze, że jeszcze są takie grupy obywateli, dla których zawodowa solidarność i lojalność wobec wspólnoty, jest ważniejsza, niż medialny zgiełk.
Ten kult medialny, tak chętnie eksponowany przez polskie media, szczególnie elektroniczne, spotęgowany jest przez polską, sztuczna egzaltację. Nie przyjmujemy do wiadomości tego, że być może Ci, którzy zostali opuszczenie przez synów, ojców, mężów – nie życzą sobie takiego zamieszania, że wolą zostać w spokoju, że oczywiście oczekują wsparcia, pamięci – ale nie doraźnej, nie na hasło, nie w sposób tak obrzydliwy.
Z czego wynika ten medialny kult ? Jest on według mnie, skrzywionym, aberracyjnym obrazem polskiej martyrologii. Polacy „tęsknią” do tych obrazów polskiego heroizmu i martyrologii, i każdy spektakularny wypadek, jak się da, próbują podciągnąć pod ten sztuczny obraz. Na to nakłada się jeszcze polski, okazjonalny, dewocyjny, „niedzielny” katolicyzm, który niezależnie od tego, kto i kiedy zmarł, zginął, każe nam się „łączyć w bólu”, zerkając jednocześnie okiem, czy wszyscy to widzą. A w tym przypadku – ma być to oko kamery telewizyjnej.
Oczywiście – została ogłoszona żałoba, żałoba nie na życzenie wewnętrzne, lecz na nakaz administracyjny. I podobnie, jak w przypadku wspomnianych wcześniej tragedii rodzi się pytanie – czy trzeba było? Czy to nie dewaluuje tego słowa i uczucia „żałoby”? Czy nie wystarczyłyby proste gesty władzy w kierunku rodzin i jednocześnie normalne ludzkie współczucie?
Zapewne by wystarczyły – ale okazuje, się, że lans polityczny jest zawsze dobry, niezależnie od sprawy.
Do tej pory to sformułowanie zarezerwowane było dla gwiazdeczek popkultury, dla takiej Herbuś, młodej Kwaśniewskiej czy Olivera Janiaka. Teraz lans ma nowe znaczenie.
Jest to działanie zaplanowane, i zarówno obiekt, nie, nie my wyborcy – lecz zmarli oficerowie – jest wybrany z pełna premedytacją.
Dotychczas lans odbywał się w świetle jupiterów, w knajpach, na dyskotekach. Teraz – dobrym miejscem lansu jest pole katastrofy, kościół, może już niedługo – kostnica.
Niestety – jak widzę, również politycy Platformy, podobnie jak wcześniej Prawa i Sprawiedliwości – ulegają temu syndromowi medialnemu.
Azrael
Sens polskiej polityki zagranicznej

Polska polityka zagraniczna została w ciągu ostatnich trzech miesięcy gruntownie przeorientowana. Z fazy permanentnego konfliktu, jaki został wprowadzony w Polsce w stosunkach z Rosją i Niemcami – przeszła w fazę normalizacji i konstruktywnych działań. Należy przypuszczać, że polityka ta, prowadzona przez Radosława Sikorskiego, przy współudziale Bogdana Klicha i za pełnym poparciem premiera Donalda Tuska – cieszy się akceptacją – lub przynajmniej zrozumieniem – naszych sojuszników.
Oczywiście – gwałtowna zmiana tonu i wektora polityki wobec Rosji, i vice versa – wzbudza w niektórych komentatorach poczucie zagrożenia. Uruchamiają się natychmiast poglądy i uwagi, że Polska znów wejdzie w sferę wpływów politycznych i ekonomicznych Rosji – mówi się również o wzroście działania agentury rosyjskiej w naszym kraju.
Zwolennicy teorii spiskowych, które przywodzą na myśl czasy zimnej wojny i żelaznej kurtyny, twierdzą, że Polska nie jest niezależnym bytem politycznym na arenie międzynarodowej. Zwracają uwagę na to, ze nie mamy również samodzielności ekonomicznej.
Teoria ta, wynikająca z braku zrozumienia trendów globalnych w polityce światowej, które wymuszają integrację ekonomiczną i polityczną mniejszych struktur państwowych, szczególnie w Europie, jest wynikiem błędnego postawienia na pierwszym miejscu naszego sojuszu z USA, kosztem zacieśnienia relacji z Unią Europejską, co było priorytetem polskiej polityki zagranicznej przez 16 lat – do czasu objęcia władzy przez rząd Prawa i Sprawiedliwości.
„Katyń” a polityka gestów

Nie ma specjalnych zachwytów po nominacji filmu „Katyń” Andrzeja Wajdy do nagrody Oskara amerykańskiej Akademii Filmowej. Może dlatego, że to tylko nominacja, może dlatego, że wszyscy wiedzą, że film jest kiepski.
Fakt – film jest artystycznie słaby – ale ważny. Wajda zresztą już od ponad 25 lat kręci filmy „ważne”, a nie dobre. No, może poza „Panem Tadeuszem”, który mi się podobał – ale warto przypomnieć, że do oprawy tego dzieła i montażu Mistrz zatrudnił ludzi młodych – i dlatego nie mieliśmy ramoty z deklamacją – lecz film świeży i do tego jeszcze dobrze zagrany.
Do promocji „Katynia”w USA, TVP, która jest głównym producentem, zatrudniła najlepszą firmę promocyjną, polskie przedstawicielstwo dyplomatyczne w Los Angeles też stanęło na wysokości zadania, organizując wiele pokazów. To dobrze, bo dochodząc od spraw artystycznych – ten rozdział polskiej historii należy odkryć przed społeczeństwami zachodnimi. I nie tylko przed zachodnimi.
Bo najważniejszy jest dla nas, Polaków i zapewne dla samego Wajdy, który ma stosunek osobisty do tego filmu, bo jak wiadomo, jego ojciec „tam” zginął – jest odbiór przesłania tego dzieła i prawdy historycznej w Rosji.
I wkraczamy w obszar polityki.












