Polska – Rosja. Czas na realizm polityczny i gospodarczy

Jeśli jednak nasza pozycja będzie słaba, jeśli sami nie będziemy umieli rozwiązywać naszych problemów z sąsiadami za Bugiem, jeśli płaczliwie będziemy szukać pomocy na Zachodzie w każdej sprawie, to nie oczekujmy traktowania nas jako równorzędnego partnera, lecz jedynie jako protegowanego. Niemcy nie zdywersyfikują naszych dostaw surowców energetycznych, nie ochronią naszej mniejszości ani dyplomatów na Wschodzie, a UE nie zajmie stanowiska w kwestii spornej, zanim tego nie uczyni polski premier czy prezydent.
Antoni Podolski - ekspert Centrum Stosunków Międzynarodowych w Warszawie.
Rząd Donalda Tuska jeszcze dobrze nie usadowił się w fotelach – a już pokazuje, że szybkie, śmiałe decyzje są jego domeną. Jak choćby ta, wczorajsza, znalezienia na jednym posiedzeniu 3,5 mld złotych na podwyżki dla budżetówki – głównie na razie, nauczycieli.
Najlepiej jednak to widać w polityce zagranicznej. Dobre, szybkie – i zaskakujące inicjatywy – powinny budzić zaciekawienie, zainteresowanie i po przyjrzeniu się im dokładniej – akceptację. Szczególnie nasza nowa polityka wobec Rosji.
Jaka władza wykonawcza?

Sprawa konfliktu pomiędzy Donaldem Tuskiem i Lechem Kaczyńskim ma dużo głębsze znaczenie, niż tylko utarczki o charakterze personalnym. Ma znaczenie fundamentalne, zarówno dla sprawowania władzy wykonawczej, interpretacji zapisów Konstytucji RP – jak i przyszłości nowej ustawy zasadniczej
Lech Kaczyński kilka dni temu zapowiedział, że zwróci się do Trybunału Konstytucyjnego z zapytaniem i prośbą o wykładnie, jakie są faktyczne uprawnienia głowy państwa i rządu w kluczowych zagadnieniach obronności i polityki zagranicznej. Podejrzewam jednak, że TK uchyli się od odpowiedzi na ten temat – ponieważ zapisy i sformułowania ustawy zasadniczej były do tej pory interpretowane w zależności od podziałów politycznych – i nie ma żadnych innych regulacji, na których można by się oprzeć. Próba interpretacji konstytucji w tym zakresie – to ingerencja we prerogatywy władzy ustawodawczej. TK ma badać zgodność stanowionego prawa – a nie być rozjemcą w sporach. Fakt jest bezsporny – i Premier i Prezydent a także cała Rada Ministrów są w Polsce organami władzy wykonawczej.
Polska konstytucja, pisana pod rządy, urząd i Lecha Wałęsy i Aleksandra Kwaśniewskiego – jest bardzo nieprecyzyjna i zostawia duże pole manewru na interpretacje. Grozi to, jak zauważa dziś Piotr Gabryel w „Rzeczpospolitej”, faktyczną dwuwładzą. Patrząc na działania Kancelarii Lecha Kaczyńskiego, jego nominacje dotychczasowe i spodziewane – Legutko, Szczygło, być może Gosiewski – w samej kancelarii i Biurze Bezpieczeństwa Narodowego tworzony jest silny ośrodek wspomagający urząd prezydencki, ośrodek opozycyjny wobec nowego rządu Platformy Obywatelskiej i Polskiego Stronnictwa Ludowego.
Sprawa, wbrew pozorom – nie polega tylko na personalnych animozjach i grze pomiędzy Lechem Kaczyńskim o Donaldem Tuskiem – ale jest rozpoczęciem dyskusji, do jakiej polska demokracja dojrzała – jaki model rządzenia państwem zostanie wypracowany – i jaki zostanie zapisany w nowej Konstytucji?
Przekupa z Pałacu

Jako stary warszawiak (duchem… ) jeździłem lata temu na „Pragie” , na słynny Bazar Różyckiego. Tam się kupowało „eleganckie” rzeczy, których w społemowskich sklepach nie było.
Jednym ze stałych widoków były baby – przekupki, zachwalające towary, nachalnie, ale skutecznie. Szczególnie wryła mi się w pamięć taka jedna, sprzedająca gorące pyzy. Darła się jak stare prześcieradło, na pół bazaru, aż się głos odbijał od okolicznych domów z czerwonej cegły…
I dziś przeżyłem deja vu…
Michał Kamiński, wywijający papierem z faksu, na którym minister Sikorski przepraszał, że nie może się pojawić na spotkaniu u prezydenta – toż to dokładnie tamta przekupka od pyz… takoż samo tłusty, czerwona na twarzy… tylko tamta miała milszy głos…
Nie ma dla mnie znaczenia – i nie powinno mieć znaczenia dla nikogo, także dla tak zwanego autorytetu Lecha Kaczyńskiego – że fax dotarł o godzinie 16.03.
Faktem jest natomiast to, że przekupka Kamiński, tylko dla zaistnienia w mediach – zwołuje konferencję, na której ujada, niczym głodny brytan, bredzi coś o braku kultury Sikorskiego, krzyczy, że faks, który przyszedł po spotkaniu – to skandal i podważanie prestiżu, atakuje pośrednio Donalda Tuska – i do tego kpi z prac Rady Ministrów. Oczywiście – nie widzi, jak ośmiesza w tym swoim występie Lecha Kaczyńskiego. A właściwie urząd prezydencki…
Dzisiejsza nominacja Fotygi i popisy Kamińskiego – to kolejne elementy wojenki, jaką Kaczyński (i jego brat) zamierzają toczyć z nowym rządem. Jako żywo przypomina to… tak znienawidzonego Lecha Wałęsę! Kaczyński zapomina, co i rusz, że tak zwana Mała Konstytucja z 1992 roku została ZNIESIONA w 1997 – i Lech Kaczyński może się przyglądać najwyżej, co rząd, całkowicie umocowany i odpowiedzialny zapisami ustawy zasadniczej, robi w MON, MSWiA oraz MSZ.
Lech Kaczyński mimowolnie wkłada buty innego Lecha. Przekupka Kamiński natomiast próbuje grać rolę i kapciowego Wachowskiego i prawnika Falandysza… Tylko, że pomimo postury – nie ten wymiar…
Azrael
Błotny think tank

Zajmuję się pisaniem komentarzy politycznych na swojej stronie internetowej, na blogu, od maja 2006 roku, czyli 1,5 roku. Dla zabawy, przyjemności, relaksu - oraz, jak się przekonałem, dla kilkuset stałych czytelników. I ci czytelnicy, praktycznie z całego Świata, bo nawet z Sydney, Kapsztadu i Santiago de Chile - są największą wartością. Nie pisanie moje - tylko właśnie czytelnicy. Wspierający, czytający - i w swej ogromnej masie - nie komentujący. Ale w wielu przypadkach - oczekujący na moje prywatne opinie. To jest ten motyw, prawdziwy motyw pisania bloga.
Od mojego szanownego kolegi, guru html i webmasterstwa, Pawła Wimmera, dowiedziałem się, że powstała platforma blogowa, pod nazwą Salon24. Zajrzałem, założyłem konto - i pierwszy post puściłem dokładnie 17 października 2006 roku. Śmiało mogę twierdzić, że jestem jednym z najstarszych autorów na tym portalu.
Pacynka z pałacu

Anna Fotyga, według przecieków, jakie uzyskała „Rzeczpospolita”, ma otrzymać nominację na stanowisko szefa kancelarii Lecha Kaczyńskiego.
Informacja z tych, jak się to mówiło w slangu tak zwanej IV RP – porażających.
Fotyga ma zostać, przynajmniej formalnie, szefową i Michała Kamińskiego, który zajmuje się wizerunkiem medialnym obecnego prezydenta, i Macieja Łopińskiego, szefa jego gabinetu, oraz ministra Draby, który zajmuje się kwestiami prawnymi.
Zadaniem Fotygi, jak się przypuszcza, będzie tworzenie ALTERNATYWNEGO ośrodka kształtowania polityki zagranicznej. Dla kogo i czego alternatywnego – nie trudno zgadnąć.
Sukcesy Anny Fotygi z czasów jej szefowania MSZ są znane szeroko – są równie porażające, jak jej oczy, zawsze szeroko otwarte i zdumione.
Romaszewski nie jest idiotą i będzie miał samochód!

- Chciałem zostać wicemarszałkiem, bo to zwiększa możliwości działania - powiedział. - Ma się samochód do dyspozycji (…).Przywileje wszystkich korcą, Borusewicza także - przyznał. Jak dodał, jeśli Platforma nie poprze jego kandydatury, na stanowisku wicemarszałka Senatu może być wakat. - Będę mniej zarabiał, a więcej pracował - stwierdził pytany, czy nie żałuje, że nie został wicemarszałkiem Senatu.
Gazeta Wyborcza, 2007-11-06
- Wyjaśniliśmy sobie z Bogdanem Borusewiczem wszystkie kwestie. Muchotłuk emocjonalny spowodowany kampanią chyba się skończył. Ale w życiu nie miałem takiego PR jak wtedy, gdy Platforma odrzuciła moją kandydaturę
- Dlaczego pan uważa, że powinien pan być wicemarszałkiem? Ze względu na zasługi?
- Za zasługi to może dostanę order. To pani myśli, że jestem takim idiotą, iż po 18 latach w Senacie nie mogę być dobrym marszałkiem? To jest moja siódma kadencja, byłem czterokrotnie przewodniczącym Komisji Praw Człowieka. Przez 18 lat czegoś się nauczyłem, mam bardzo szeroką wiedzę na temat życia publicznego. Na tle innych senatorów Platformy oraz Prawa i Sprawiedliwości mam większe kompetencje.
Rzeczpospolita, 2007-11-28
Senator Romaszewski nie został wybrany trzy tygodnie temu na wicemarszałka Senatu, sprzeciwili się temu, na wyraźny zresztą sygnał Donalda Tuska, senatorowie Platformy Obywatelskiej. Dziś decyzją senatorów objął upragnione stanowisko.
Parlamentarzysta PiS to jedna z postaci – ikon korowskiego ruchu oporu – ma ponoć trudny charakter – i nie jest raczej człowiekiem, który lubi pracę od podstaw. Romaszewski zasiada nieprzerwanie w ławach senatorskich od 1989 roku. Może był czas zastanowić się nad tym, jak spożytkować swoje doświadczenia gdzie indziej – gdzie i docenią i dadzą samochód, gabinet i godziwą pensję. Bo parlament powinien być miejscem służby publicznej – a nie synekurą.
Zachowanie Romaszewskiego, mało godne jak na senatora, objawiło się, kiedy na przesłuchaniu Andrzeja Gwiazdy to kolegium Instytutu Pamięci Narodowej, tenże milczał jak grób, kiedy Borusewicz był oskarżany o to, że był narzędziem SB… choć niewykluczone, ze to właśnie sam Gwiazda i Anna Walentynowicz pozostawali pod wpływem działań i fałszywek peerelowskich służb.
Romaszewskiemu należy miejsce w historii, portrety na ścianie i notki biograficzne w podręcznikach i encyklopediach. I już nic więcej. Dobrze by było, aby już poszedł na zasłużoną emeryturę.
Azrael
Stylowe rozwiązywanie problemów

Komentatorzy zbliżeni do prawicy, Prawa i Sprawiedliwości albo nawet powiązani z poprzednią władzą niejasnymi interesami kapitałowymi, sugerują, że działania Donalda Tusk i jego rządu mają wymiar li tylko medialny i PR – owski. Że poza stylem, miękkością i słynnym już przesłaniem „miłości”, nic realnego się nie dzieje. Twierdzi tak między innymi redaktor naczelny „Nowego Państwa”, młody jeszcze i zdolny, Michał Szułdrzyński.
W jego artykule w „Rzeczpospolitej” z 27 listopada, zarzuca on Tuskowi i Platformie Obywatelskiej, że za bardzo posługują się oni mnemotechniką socjologiczną, mającą w umysłach wyborców wymazać przeszłość i nauczyć ich życia tylko teraźniejszością.
Zgadza się – taki jest cel Tuska. Należy zapomnieć, dla zdrowia psychicznego społeczeństwa, ostatnie dwa lata, gdzie język konfrontacji, nienawiści, sztucznego słowotwórstwa, tworzył atmosferę napięcia i walki – bez usprawnienia działalności państwa i administracji. Czas na autentyczne rozwiązywanie problemów. Szybkie, sprawne i wyprzedzające konflikty. A że jest to przekazywane zgoła innym językiem i stylem – to znajduje zrozumienie i akceptację społeczną.
Dwa dni temu pisałem o błędach – teraz czas na trafne pociągnięcia nowego rządu.
In vitro a serwilizm katolicki

Minister zdrowia, Ewa Kopacz, zapowiedziała, że proces zapłodnień in vitro, czyli pozaustrojowych – będzie finansowany z budżetu państwa. Na początek refundacja będzie dla najbiedniejszych – później dla wszystkich. Koszty tego zabiegu to nawet kilkanaście tysięcy złotych.
Należy to wspomnieć, że Światowa Organizacja Zdrowia uznaje, że niepłodność jest chorobą społeczną, Zabieg in vitro jest skuteczny w około 40%. Jest ostatnią nadzieją dla par nie mogących mieć potomstwa w sposób naturalny. Ocenia się, że w Polsce ilość par, które, z różnych przyczyn nie mogą mieć dzieci – dochodzi nawet do 1,5 mln…
Zabiegi in vitro po raz pierwszy zostały zastosowane w Polsce przez profesora Szamatowicza z Akademii Medycznej w Białymstoku.
Zabieg ten jest dofinansowywany we wszystkich starych krajach Unii Europejskiej.
Jeden z katolickich dziennikarzy, Tomasz Terlikowski,we wpisie na blogu ,wystąpił z ostrym protestem przeciwko temu pomysłowi Ewy Kopacz. I zrobił to w sposób wyjątkowo, jak na publicystę, sposób perfidny.
Koniec bezkarności?

Minister Nauki i Szkolnictwa Wyższego, Barbara Kudrycka, zapowiedziała kontrolę Wyższej Szkoły Kultury Społecznej i Medialnej Tadeusza Rydzyka w Toruniu. Minister powiedziała te słowa;
“Funkcją organów państwa, takich jak resort szkolnictwa wyższego, jest przede wszystkim działalność kontrolna i wykorzystam ją, by sprawdzić, czy szkoła ta nie narusza prawa”. (za „Rzepą”)
Proste przesłanie, państwo po prostu chce wypełniać swoje funkcje.Tadeusz Rydzyk dziś na antenie swojego radia odpowiedział, że działania ministerstwa to odwet, represje w stylu stalinowskim, nagonka, itp…
WSKSiM powstała w 2001 r. Jej założycielem i pierwszym rektorem był Tadeusz Rydzyk, który to stanowisko dzierżył do 2006 r..
Błędy, błędy…

Czas na zajęcie się błędami Platformy Obywatelskiej. Politycy mogą sobie pozwolić na 100 dni oddechu dla nowej ekipy – komentatorzy – nie. Bo ulotność informacji jest tak duża, że nie wolno jej nie katalogować i zachowywać.
Platforma ma już kilka błędów na swoim koncie, które mogą się za nią ciągnąć.
Pierwsza sprawa – to powołanie Komisji Sejmowej ds. Służb Specjalnych.
Tryb rozwiązania tego problemu, głównie medialny, przed kamerami telewizji – jest nie do przyjęcia. Już początkowe założenie – czyli komisja 5 osobowa – było strzałem nie trafionym. Oczywiście, dyskusje o tak zwanych parytetach, nie miały sensu, bo gdyby liczyć te udziały w zależności od liczby mandatów, do jednego miejsca procentowego po przecinku – to poszczególne komisje, nie tylko służb specjalnych, musiałyby liczyć po kilkadziesiąt osób.
Ale komisja 7 osobowa – 3 PO, 2 PiS i po jednym z PSL i LiD – była do przyjęcia. Dałoby to możliwość dość swobodnego manewrowania, w wypadku konieczności przesłuchania samego członka komisji w jakiejś sprawie. Ten kandydat do stanięcia przed komisją – to oczywiście Antoni Macierewicz, którego wyczyny z ostatnich dwóch lat zostaną, mam nadzieję, dokładnie prześwietlone.
Potem mieliśmy niby umowę na skład 4 osobowy – i kością niezgody stała się osoba właśnie zawsze „szczerze” uśmiechniętego pana Antoniego. Ponoć strony umówiły się, że 4 osoby do składu – lecz bez byłego szefa SKW. PiS błyskawicznie podjął medialny kontratak, że takich ustaleń nie było…
Nie ma się co czarować – sprawa nominacji Antoniego Macierewicza to dla PiS świetna zabawa medialna. Jest jasne, że zarówno LiD, jak i PO zareagują na niego, jak na zadżumionego. I słusznie – dla człowieka ogarniętego różnego rodzaju maniami – nie ma miejsca w tego rodzaju komisji, która po pierwsze – musi być szczelna, po drugie – powinna być sprawna…
Jest jednak pewne ale… i to duże. To Konstanty Miodowicz, kandydat Platformy do tej komisji. Jego rola, wespół z pułkownikiem Brochwiczem w sprawie prowokacji Jaruckiej wobec Włodzimierza Cimoszewicza w 2005 roku – jest dyskwalifikująca tego człowieka, nie tylko na tą funkcję. Można negować osobę Macierewicza – ale równie nieodpowiedni jest Miodowicz.
PO jedno co może teraz zrobić – to szybko doprowadzić do składu siedmioosobowego. Bo pozostawienie komisji bez członka PiS – to następna zadyma medialna.
Ludwik Dorn - samobójstwo czy cwaniactwo?

Polityk odchodził z życia publicznego do tej pory tylko w dwóch przypadkach – kiedy przegrał walkę – wyborczą – tak jak Roman Giertych, lub o pryncypia – jak na przykład Marek Jurek – lub kiedy się skompromitował. Moralnie, obyczajowo, albo wprost z powodu korupcji – jak niejaki Richard Nixon, na przykład (choć już taki Clinton wytrzymał…) albo Sawicka.
Rzadko się zdarza, że polityk odchodzi samodzielnie, bez przymusu, że świadomie wybiera inną drogę – jak Wiesław Walendziak.
Ale już całkowicie niezrozumiałe jest odejście z polityki poprzez popełnienie seppuku. Nie zwykliśmy do tej pory w Polsce, w której daleko jeszcze do standardów demokracji i zwyczajów kultury politycznej – widzieć polityka, który dla idei – nie zawsze słusznych – poświęca swoją karierę.
Czytając życiorys polityczny Ludwika Dorna, można w nim znaleźć właściwie trzy dominujące elementy – walkę, odejścia i powroty. Nie ma tam żadnych kompromisów, żadnych zagrań „pod siebie”. Kiedy „Lutek” uważał, że trzeba odejść, bo pozostanie w jakimś układzie nie zgadza się z jego poglądami – to rzucał wszystko – i odchodził. Jego kariera opozycjonisty i polityka po 1989 jest barwna i pełna zwrotów – jeszcze ciekawsza, niż jego życie prywatne – które też było bogate w zwroty i szybkie odejścia – ale bez powrotów.
Nowy paradygmat społeczny Donalda Tuska

Za sobą mamy dwuletni okres władzy ekipy Jarosława Kaczyńskiego. Rządów dla Polski, we wszystkich wymiarach nieudanych. W polityce społecznej, w polityce zagranicznej, w bezwładzie zmian gospodarki państwa. Tak, wskaźniki ekonomiczne są znakomite, choć nie tak, jak na przykład estońskie. Ale czy w Polsce został zainicjowany chociaż jeden znaczący projekt przemiany, w jakiejkolwiek dziedzinie, poza sferą quasi ideologi „odzyskiwania państwa”?
PiS przegrał wybory. Mając za sobą media publiczne, dużą część prasy, dobre wskaźniki statystyczne i wszelkie narzędzia kontroli i represji społecznej – jednak przegrał. Z demokracją, swobodą wypowiedzi, wyrażoną wyborami. Jest to niewątpliwy sukces polskiej transformacji, 18 lat wolności obywatelskiej, którą Jarosław Kaczyński próbował pod hasłami silnego państwa zniwelować, ograniczyć do nic nie znaczących procedur – do sztafażu, za którym się próbował ukryć ze swoją chęć władzy – władzy dla siebie – a nie dla dobra obywateli.
Prawdziwa niezależność „Rzeczpospolitej”

Wiele się mówi i pisze o niezależności mediów, gazet od wpływów politycznych. A czasem odwrotnie. To media mają ponoć kreować przestrzeń polityczną i nawet suflerować władzy.
Wróg ludu, dla prawicowych publicystów i polityków – Adam Michnik – prezentowany jest niczym Mefisto, który z Piekła, ze swojej „Agory” z ulicy Czerskiej, steruje duszami polityków.
Niezależność dziennikarska i otwartość światopoglądowa dla redaktorów „Rzeczpospolitej” była zawsze dla nich wartością „nadrzędną”. Na sugestie, że ich publikacje, komentarze, postawa wskazuje na wyraźne inklinacje w stronę Prawa i Sprawiedliwości – odpowiadali, że jest to przecież tylko postawa propaństwowa.
A jak to jest naprawdę?
Oto fragment wywiadu dla miesięcznika branżowego „Press”, numeru listopadowego.
Z kolei sam Wróblewski [obecnie menedżer „Polskapresse”] tak wspomina swoje starania o posadę redaktora naczelnego ”Rzeczpospolitej” wiosną ub.r.: ”Tuż przed jednym ze spotkań zadzwoniła osoba zbliżona do środowiska PiS-u i poprosiła o pilne spotkanie. Znaliśmy się wcześniej, więc rozmowa toczyła się otwartym tekstem. Ten człowiek postawił mi propozycję – zostanę naczelnym Rzepy na pół roku, potem zastąpi mnie Paweł Lisicki, a ja zostanę prezesem „Presspubliki”. O powiedział, że trzeba się jeszcze spotkać z Jarkiem. To było chore wycofałem się.”
Środowisko dziennikarskie, o czym pisałem niejednokrotnie, kieruje się korporacyjną logiką i lojalnością.
Takie wyznanie Tomasza Wróblewskiego jest jak bomba rzucona w szambo „niezależnych mediów”.
Ciekaw jestem reakcji kierownictwa gazety.
Czy panowie Lisicki, Gabryel, Wildstein, Zdort, Terlikowski, Janke, Ziemkiewicz i pani Lichocka – dalej będą twierdzić, że kolegia redakcyjne zatwierdzają publikacje w duchu pełnego poszanowania pluralizmu i niezależności?
Azrael
My tu gadu, gadu…
… a licznik bije…
Jak się okazało, przekroczyłem parę dni temu liczbę 1000 wpisów na blogu.
Prowadzę swoją stronę od maja 2006 roku, wychodzi więc tylko chyba troszkę mniej niż 2 wpisy dziennie.

Ciekawe są też inne liczby, to jest prawie 580.000 unikalnych odsłon ( ku dy mi do takiego Korwina, czy Michalkiewicza, a i na forum gazeta.pl się nie udzielam, jak niejaki G.) i ponad 9.500 komentarzy.
No, zobaczymy jak długo jeszcze ta zabawa będzie trwać…
Azrael
Expose – za długie, za trudne…

No to już wiemy, co Donald Tusk chce robić przez najbliższe 4 lata – a nawet trochę dłużej. Bo takim granicznym rokiem jest 2012 – rok wejścia do strefy euro.
Trzy godziny, siedem minut. Rekord w polskim parlamencie. Wysłuchałem z przyjemnością i uwagą – może dlatego, że na leżąco i w odbiorze stereofonicznym. Nie robiłem notatek – bo i po co? Wszystko i tak portale podawały w skrócie – i jeden z dziennikarzy - blogerów też, z komentarzem, który miał być w założeniach dowcipny. Nie był.
Co mi się podobało? Atmosfera, pozytywna, emanująca z Tuska pozytywna energia i takie optymistyczne myśli. Początek, dość emocjonalny, skierowany głównie w stronę społeczeństwa – mówiony całkowicie bez kartki
Potem już poszło – o gospodarce, o infrastrukturze, o polityce zagranicznej.
Dla mnie jednak najważniejsze sprawy – to bardzo wyraźne położenie nacisku na infrastrukturę, w tym informatyczną, oraz na generalne zmiany w ochronie zdrowia – ale głównie w dziedzinie finansowania. Moje sugestie o spółkach handlowych, publicznych – plus rozbicie NFZ – znalazły się w expose. Nie było natomiast zaznaczonej sprawy reformy finansów. Dziwne.
Generalnie – Tusk wie, co chce osiągnąć, zarówno w sferze społecznej – czyli prawdziwą jedność, zaufanie do władzy i integrację – i w sferze ekonomicznej i cywilizacyjnej. Tylko, że mam jednak wrażenie – że nie wie jeszcze dokładnie jak….
Pomimo, że expose było dość spójne – to jednak zabrakło mi w nim takiego globalnego celu. Nie został on do końca zarysowany.
Ale nie było w nim tego, czego Polacy mieli za dużo – czyli pseudo ideologii, polityki historycznej, rozliczeń. Tusk patrzy do przodu.












