Zapiski zza Atlantyku – 3 lipca

Niemożliwa miłość
Dwa wydawałoby się rożne wydarzenia, ale posiadające wspólny mianownik, miały ostatnio miejsce w życiu Ameryki.
W 1969 w jednym z barów gejowskich, Stonewall w Nowym Jorku, po raz pierwszy geje otwarcie zaprotestowali przeciwko brutalności policji. Wydarzenia te rozpoczęły ruch, którego celem było i jest uzyskanie równych praw dla wszystkich niezależnie od zainteresowań seksualnych. 40 lat temu, geje uznawani byli za niemoralnych, chorych ludzi, a „ich miłość” za nienaturalna. Walka gejów o swoje prawa jest walką emocjonalną, gdyż radykalizm społeczeństwa amerykańskiego oraz partii politycznych tkwi głęboko w przekonaniu wielu Amerykanów. Przekonanie jest takie, że pozwolimy gejom na pewne rzeczy, ale nie pozwolimy im na inne, ponieważ ich styl życia nie jest „naturalny”. Wielu nawet nie stara się zrozumieć, że są to tacy sami ludzie, którzy po prostu maja trochę inne zainteresowanie jeśli chodzi o miłość.
W przeciągu lat, podejście do gejów uległo pewnej zmianie. W niektórych stanach, pozwolono im nawet na zawieranie związków małżeńskich, służbę wojskowa czy pełnienie funkcji politycznych bez krycia się, że nie są heteroseksualistami. Ale nadal istnieje duża nietolerancja. Prezydent Obama jako kandydat na stanowisko prezydenta obiecał środowisku gejowskiemu wprowadzenia zmian . Obiecał przede wszystkim, że postara się o prawo dla gejów do zawarcia związków małżeńskich. Społeczność gejowska jest rozczarowana Białym Domem. I jest to zrozumiale. Można obwiniać prezydenta Obamę o to, że tej obietnicy jeszcze nie dotrzymał, ale dobre chęci nie zawsze wygrywają. Zmiana ustawy dotyczącej definicji rodziny musi zostać zaakceptowana przez Kongres. Jaka jest szansa, że Kongres, mimo, ze zdominowany przez Demokratów, którzy są bardziej liberalni w podejściu do tej sprawy, prześle mu dokument, który by zmienił ustawę definiująca rodzinę? Prawie żadna. Opozycja jest ogromna. Senator z Południowej Karoliny, Republikanin, Jim DeMint powiedział, że pozwolenie na zmianę definicji małżeństwa było by destruktywne dla wiary, rodziny i wolności obywatelskiej. Biały Dom waha się aby być bardziej agresywnym w tej sprawie gdyż obawia się, ze konserwatyści zrobią jeszcze większa rozróbę niż geje, jeżeli dojdzie do zmiany definicji rodziny. Zwłaszcza teraz kiedy priorytetem jest reforma służby zdrowia, przeciwstawienie się konserwatystom mogłoby mieć negatywne skutki .
List do polityków

Słuchając i czytając komentarze i reakcje na otwarty list Andrzeja Olechowskiego do Donalda Tuska, widać wyraźnie, jaka skarlały i zwyrodniały jest polski dyskurs polityczny i sama polityka.
Sprawa odejścia Olechowskiego z Platformy Obywatelskiej, jego motywacje i stanowisko jest rozpatrywane w kontekście bieżącej gry politycznej, układu zależności, układanki sił i koterii, a nie pewnych idei i wartości. Smutne, że tak również potraktował ten list partner polityczny Olechowskiego, premier Donald Tusk. Smutne, bo kiedy Platforma Obywatelska powstawała, jej twórców owiewały idee i wartości, programy i myśli zawarte w liście byłego ministra spraw zagranicznych i finansów.
Andrzej Olechowski jest w czasie i miejscu, gdzie już nic nie musi. Ma za sobą długą karierę, nie tylko polityczną, w której wykazał się i pragmatyzmem, i zręcznością. Niewielu pamięta, że brał udział w obradach Okrągłego Stołu, ale po stronie rządowej, wielu jednak chce mu pamiętać okres współpracy z wywiadem PRL – do czego się przyznał, otwarcie. Olechowski tak naprawdę nic nie musi i mógłby spokojnie patrzeć na degenerującą się i poddaną erozji intelektualnej polską scenę polityczną. Jednak woli opuścić partię polityczną, mającą ponad 40% poparcia, w której ma dalej pozycję mentora, na rzecz partii nowej, będącej de facto politycznym start up.
Ale czyni to z powodu takiego, że uważa, że środowiska, dla których PO została założona w w 2000 roku, zostały przez formację Tuska zdradzone, opuszczone i pozostawione same sobie. To diagnoza według mnie słuszna.
Olechowski zdaje sobie sprawę, że układ polityczny, który w Polsce działa, jest zamknięty i spetryfikowany. W Polsce, z różnych względów, także zasad finansowania partii politycznych oraz ordynacji wyborczej – mamy system niemalże jednopartyjny, z dwoma skrzydłami. To PO i PiS.
Andrzej Olechowski w SD
Na moim nowym blogu zapraszam do obejrzenia i wysłuchania mojego komentarza w sprawie odejścia Andrzeja Olechowskiego z Platformy Obywatelskiej.
Azrael
Tulenie sukcesu do piersi

Nie rozumiem tego wiecznego gęgania, że Lech Kaczyński nie podpisuje Traktatu Lizbońskiego. Brak zrozumienia dla motywów jego działania, niekoniecznie wynikających z kalkulacji politycznych, lecz raczej z pewnych uwarunkowań psychologicznych, świadczy po raz kolejny, że Pana Prezydenta naród nie kocha, nie rozumie i się z nim nie łączy – na dobre i na złe.
Niemcy właśnie powiedzieli, głosem ichniejszego Trybunału Konstytucyjnego, że Traktat Lizboński jest zgodny z Konstytucją RFN, ale prezydent Horst Köhler stwierdził, że nie podpisze dokumentów ratyfikacyjnych, ponieważ Bundestag musi dostosować swoje prawne prerogatywy do akceptowania wynikających z niego przepisów rangi niższej. Ma to zwiększyć prerogatywy Bundestagu, który decyzje rządu na szczytach unijnych musi najpierw wesprzeć konkretnymi swoimi aprobatami.
Tak naprawdę ten wyrok dotyczy kwestii wewnętrznej polityki legislacyjnej RFN, ale u nas już znaleźli się fachowcy, z nurtu przeciwników TL, którzy sugerują, że Lech Kaczyński do swej argumentacji, że jego ręka do podpisania dokumentów ratyfikacyjnych może zostać uruchomiona przez lud Irlandii, może dołożyć “bardzo silny” argument natury prawnej – tym razem niemiecki. Bo jeżeli niemiecki parlament ma takie wątpliwości, to przecież nasz “strażnik” praworządności też może mieć wątpliwości. Aż dziw, że jeszcze Michał Kamiński, czy inny erudyta, Szczygło, nie namówili Kaczyńskiego do wystosowania pisma do polskiego Trybunału Konstytucyjnego… choć przecież to nie leży w prerogatywach jego stanowiska, lecz parlamentu.
Inni złośliwcy twierdzą, że Lech Kaczyński czeka na sygnał przyzwolenia z Torunia, od cappo di tutti capi całej rodziny pisowskiej, ale to są karczemne oszczerstwa, od czasu, kiedy Lech Kaczyński godnie się zachował po słowach o czarownicy, skierowanych pod adresem jego żony, Marii, nie sądzę, aby Tadeusz Rydzyk był dla niego autorytetem. Prawda? Nikt nie sądzi…
Polska prawica to projekt zamknięty

Co jakiś czas w prasie, mediach elektronicznych pojawiają się opinie, komentarze, lub pytania, dlaczego to lewica w Polsce nie ma szans, dlaczego nie może się odbudować? Coraz częściej pada stwierdzenie, że Polska może, a wręcz powinna być państwem bez silnej politycznej reprezentacji lewicowej. Wypada się z tym zgodzić – tak, Polska może być krajem, gdzie w parlamencie nie jest reprezentowana klasyczna partia lewicy socjalnej, tak samo, jak w polskim parlamencie nie ma klasycznej partii prawicowej, rozumianej jako prawica konserwatywna.
Zatarcie pomiędzy pojęciami prawicy i lewicy było już wielokrotnie omawiane, także przeze mnie. W czasie kiedy żyjemy, w XXI wieku, klasyczne pojęcia i odniesienia do wartości kultywowanych i stworzonych w XIX i XX wieku, tracą rację bytu. Takie nazwiska, jak Edmund Burke, John Locke, Pierre Proudhon, czy Michał Bakunin, niewiele mówią nie tylko młodzieży, wyborcom, ale również samym politykom. Oni już tych idei i wartości nie potrzebują. Nie potrzebują ani tamtych programów, ani idei, ani odniesienia do wartości, osadzonych w określonym czasie i warunkach, będących tak naprawdę elementem pewnych doktryn filozoficznych, z których dopiero tworzyły się konkretne programy. Tym bardziej, że próby korzystania z nich, adaptacji do unikalnych sytuacji i etapów rozwoju społecznego, mogą prowadzić do głębokich patologii i tragedii. Doświadczenia stalinizmu, faszyzmu, w różnych postaciach, także tego z pierwiastkiem katolickim, jak we frankistowskiej Hiszpanii, są tego wymownym przykładem.
Lewica w Polsce rzeczywiście jest w głębokim impasie. Ale również w wielkim impasie jest polska prawica. Warto się zastanowić, dlaczego prawicowa myśl polityczna nie jest, jak to się teraz określa, “trendy”. I warto się zastanowić, dlaczego prawica, tak samo jak lewica, jest projektem ideowo zamkniętym.
Fetysz deficytu budżetowego

Nie jest dobrze z polską gospodarką. Nie jest tak dobrze, jak było jeszcze półtora roku temu. Nie jest dobrze, jeżeli patrzymy na wskaźniki produkcji przemysłowej, inwestycji infrastrukturalnych, zatrudnienia, spadają płace. Spada wartość inwestycji zagranicznych, malej polski eksport. Ale polski Produkt Krajowy Brutto rośnie, ma wynieść na koniec orku 0,8 do 1,1% na plusie. Dla przykładu Łotwa ma spadek na poziomie 19%, inne kraje bałtyckie podobnie, a Ukraina – planowany spadek aż o 23%!.
Polska jako kraj Unii Europejskiej, włączona w krwiobieg gospodarczy tej wspólnoty, radzi sobie doskonale. I nie wygląda na to, aby wbrew hiobowym wieściom, głoszonym przez zwolenników PiS – nagle się załamała. Polski system gospodarczy jest zdrowy – a polski system bankowy i zabezpieczenia w nim funkcjonujące – wręcz wzorcowe.
Czy jednak w Polsce kryzys może się pogłębić? Tak, może, ale nie będzie to zależne w najmniejszym stopniu od decyzji, lub jej braku, polskiego rządu. Wydaje się, że polityka nieinterwencjonizmu w polską gospodarkę się sprawdza. Tym bardziej, że zasoby finansowe, jakie Polska mogłaby przeznaczyć na rozwój rynku krajowego, są minimalne. Zawierają się one właściwie tylko w możliwościach powiększenia deficytu budżetowego.
Polska znalazła się w wyjątkowej sytuacji dlatego, że praktycznie nie musiała prowadzić żadnej interwencji na rynku bankowym, nie musiała dokonywać ani wykupu złych aktywów bankowych, czy konwersji prywatnych udziałów bankowych na udziały państwa. Gdyby rząd musiał dokonywać takich operacji, oznaczałoby to konieczność zaciągnięcia niekorzystnych kredytów.
Interesy i szantaże Kościoła Katolickiego

Komisja Wspólna Episkopatu i Rządu właśnie obchodzi swoją 60. rocznicę działania. Oznacza to, że ciało to działa od roku 1949 i powstało w latach głębokiego stalinizmu. Polscy komuniści widzieli więc konieczność działania Kościoła Katolickiego w Polsce, czyli się go po prostu bali… I to się nic nie zmieniło – rządzący dalej się Kościoła boją i idą mu na rękę, łamiąc przyrzeczenia działania w interesie ogólnospołecznym.
Prawdziwego znaczenie utylitarnego instytucja Komisji Wspólnej… nabrała dopiero po roku 1989, kiedy KEP za jej pomocą zdobył w Polsce coraz silniejszą pozycję. Nie społeczną, lecz instytucjonalną, wręcz państwową. Forum to stało się wręcz czymś ponad rządowym, strukturą mającą nieformalny wpływ na rząd i państwo. To na jej forum rozstrzygnęły się ustalenie dotyczące religii w szkołach, czy niekorzystne, kosztujące Skarb Państwa miliardy złotych straconych, rozwiązania dotyczące majątków zajętych po II Wojnie Światowej.
Ale polskiemu Kościołowi Katolickiemu to mało. Jemu już zupełnie otwarcie marzy się pozycja na scenie politycznej. Hierarchowie przestają się krygować, i już nie tylko z ambon pouczają, ale wypowiadają się otwarcie w mediach, jak i co powinno robić państwo. W sprawach społecznych, jak w związku z in vitro, w sprawach mediów, gospodarki, polityki wewnętrznej i zagranicznej.
Kościół broni swej pozycji, jaką mu zagwarantowano przez dwadzieścia lat uległości wszystkich rządów po roku 1989. Dlatego KEP doprowadził, że w nowej ustawie medialnej znalazły się zapisy nie o respektowaniu wartości chrześcijańskich, ale wręcz o ich przestrzeganiu, co jest niezgodne z Konstytucją RP, jako dyskryminujące inne wyznania, a także całe grupy społeczne. To jednak mało – KK chce mieć realny wpływ na to, jak będą te media finansowane. Sławoj Leszek Głodź chce powołania okrągłego stołu, który miałby się zająć stroną ekonomiczną i ideową mediów. Prawdziwie niezależna i dając realne szanse na prawdziwy pluralizm mediów. Oczywiście – pluralizm katolicki, tak jak alternatywą dla lekcji religii, ma być nauczanie etyki… chrześcijańskiej.
Niestety, rządzący zapominają, że nie wszyscy w Polsce są katolikami i nie wszyscy pragną mediów chrześcijańskich. Jeszcze na etapie projektu nowej ustawy medialnej Episkopat domagał się wyjaśnień, dlaczego w RZĄDOWYM projekcie ustawy medialnej nie znalazły się zapisy o respektowaniu wartości chrześcijańskich. Arcybiskup Sławoj Leszek Głódź wręcz posunął się do stwierdzenia, że to“. Niestety, zarówno arcybiskup, jak i stroną rządowa zapomniały, że w Polsce obowiązuje konkordat, w myśl przepisów którego rząd nie ma żadnego obowiązku konsultować, czy radzić się Kościoła Katolickiego, co i dlaczego powinno się znaleźć w nowej ustawie medialnej. Wartości chrześcijańskie powinny być respektowane w społeczeństwie otwartym, ale jedynie na poziomie prawa jednostki – i na równych prawach z innymi członkami społeczeństwa, wyznającymi inne wartości.
Presley i Jackson

“Nie będę płakał po Michaelu Jacksonie”, żeby nawiązać do pewnego znanego powiedzenia, ponieważ nie była to moja muzyka, ani moje poetyka przeżywania. Czego innego słuchałem w czasach jego świetności, czego innego słucham teraz, kiedy na topie są gwiazdeczki typu Britney, czy lady Gaga (?). Chciałby zwrócić uwagę tylko na kilka drobnych, a może ważnych, socjologicznie spraw;
Dziwna i wymowna jest zbieżność losów MJ i Elvisa Presley’a. Obydwaj z biednych rodzin, obydwaj z rodzin nie do końca normalnych (matka Presley’a była alkoholiczką, ojciec Jacksona oskarżany był o przemoc i kazirodztwo), obaj nie mieli poukładanego życia. Zmarli młodo, przyczyną pośrednią albo i bezpośrednią było uzależnienie od lekarstw.
Obaj nie stworzyli stylu muzycznego, który zapewnił im nieśmiertelność (Presley – rock and roll, Jackson – soul), obaj też skończyli karierę jako przedstawiciele popu. Jednak to oni będą, na wsze czasy postrzegani jako królowie muzyki. To dzięki Presley’owi rock and roll wyszedł z małych rozgłośni, a Jackson wyprowadził murzyńską muzykę z wytwórni Motown Records. No, i połączyła ich przecież Marie Lisa, córka Elvisa…
Jednak chyba najważniejsza i najtragiczniejsza zbieżność losów tych dwóch muzyków i piosenkarzy, genialnych w tym, co robili, było to, że obaj się wznieśli na wyżyny muzyczne i uwielbienia, aby następnie z nich się zsuwać w dół, aż do zatracenie i symbolicznej śmierci. Odcięci od świata realnego, praktycznie pozbawieni wsparcia (choć relacje MJ z niektórymi członkami rodziny nie były najgorsze), w sumie infantylni i naiwni.
Jednak rola kulturowa Jacksona jest nieporównanie większa. Był artystą multietnicznym, pierwszym czarnym muzykiem gatunku popularnego, który przełamał bariery, co zauważył już dawno Quincy Johns (który jest bezspornie współtwórcą jego sukcesów). Nie był tylko muzykiem czarnym, ale robił wszystko, nie tylko w przenośni, aby stać się białym. I to białą kobietą, ponieważ jego wzorcem była… Diana Ross.
Jackson, genialny muzyk był całkowicie bezradny wobec mechanizmu show biznesu. Dzięki niemu zrobił karierę, on go przemodelował gruntownie, zabił jego tożsamość i zniszczył. I jego talent również. To on potrafił pierwszy wykorzystać telewizję i potrafił się wykorzystać klip muzyczny. To co zostało z Jacksona w ostatnich 15 latach, było już tylko jego odbiciem. Została tylko jego muzyka, która już jest dawno kanonem, mającym wpływ na wiele innych gatunków muzyki.
Ale jego osoba będzie stawiana w kulturze i historii murzyńskiej emancypacji obok pastora Martina Luthera Kinga, Malcolma X, Muhammada Ali…
Azrael
Terlikowski naucza

“Rzeczpospolita” udziela swoich łam różnym dziennikarzom, publicystom, ludziom nauki i kultury. Oprócz stałego staffu redakcji i współpracowników, Paweł Lisicki do tematów kontrowersyjnych lubi zatrudniać ludzi z zewnątrz, dla pobudzenia dyskusji. Czasem chodzi o zlecenie polityczne, jak na przykład wsparcie Prawa i Sprawiedliwości piórem Tomasza Sakiewicza, czy Łukasza Warzechy, czasem też dokopanie prezydentowi, czy jego bratu – wtedy można poprosić Waldemara Kuczyńskiego albo Tomasza Wołka.
Ta “linia” redakcyjna zapewne przyświecała temu, aby zamówić temat i artykuł o homoseksualizmie u redaktora Tomasza Terlikowskiego. I pan doktor nie zawiódł pokładanych nadziei – napisał artykuł ostry. Ostry, ale nie polemiczny, za to na poziomie skrajnej homofobii. I to na poziomie marginesu, zarówno kulturowego, jaki i intelektualnego, z odcieniem fobii i zaburzeń maniakalnych.
Z takimi ludźmi, jak Tomasz Terlikowski, czyli z twardymi publicystami katolickimi w zasadzie nie zgadzam się nigdy, jeżeli chodzi oczywiście o zagadnienia światopoglądowe. W wielu innych tematach, jak na przykład lustracji w Kościele Katolickim, i owszem. Nie mogę się zgodzić, ponieważ publicyści ci z reguły głoszą opinię, że na gruncie moralności nie może być kompromisu – a z reguły tak zaczynając – prowadzą dalej swój wywód, że moralność, ta jedynie słuszna, katolicka, MUSI być jedyną obowiązującą w społeczeństwie, szczególnie polskim, której jak wiadomo, jest w większości katolickie, a większość ma ZAWSZE RACJĘ…
Zapiski zza Atlantyku – 25 czerwca
Generacja bankrutów
„Jest prawdą, że jedną z przyczyn kryzysu jest to, ze Amerykanie wzięli zbyt dużo pożyczek, na których spłatę ich po prostu stać nie było i nie jest…,ale również miliony Amerykanów podpisało kontrakty, których nie rozumiało. Bankowcy oraz pośrednicy pożyczek, nie ujawniali prawdy dotyczącej odsetek oraz spłat, skorzystali z naiwności Amerykanów, zarabiając ogromne sumy pieniężne przyczyniając się tym samym do bankructwa wielu ludzi.”
Prezydent Obama
Zgodzę się częściowo ze słowami prezydenta Obamy. Bankowcy, inwestorzy oraz pośrednicy pożyczek przez lata spekulowali i zarabiali na Amerykanach, którzy nie przez swoja naiwność, ale chęć posiadania i brak odpowiedzialności znaleźli się w takiej a nie innej sytuacji. Usprawiedliwianie Amerykanów, że podpisali dokumenty, których nie rozumieli, jest niesłuszne. Każdy potrafi czytać i pisać. Fakt, język dokumentów finansowych jest dosyć zawiły. Ale jeżeli ktoś zarabia 45,000 USD lub mniej na rok, to potrafi sobie obliczy , ze nie stać go na dom za 400,000 USD. Proste.
Przez lata, bankowcy oraz inwestorzy stanowili najbardziej wpływową i najlepiej zarabiającą grupę w USA. Mimo krytyki ze strony wszystkich oraz rozmów na temat regulacji tego systemu; bankowcy oraz inwestorzy nadal sobie dobrze żyją . A kryzys usprawiedliwia ich do tego aby np. zwiększyć już i tak wysokie odsetki obciążające karty kredytowe. Odsetki te nie są zwiększane dlatego, że ktoś nie płaci na czas lub nie płaci w ogóle. Są zwiększane ponieważ banki są chronione przez kontrakt zezwalający im na tego typu zachowanie. Dodatkowo, dotąd nie ma prawa, które by im na to nie pozwalało. Banki typu Citibank, Chase czy Bank of America, które dostały pomoc od rządu, właśnie to zrobiły.
Przeciętny Amerykanin ma kilka kart kredytowych. Kilka lat temu, dostanie karty kredytowej nie było łatwą sprawą. Trzeba było udowodnić, że miało się dobrą historię kredytową i dopiero wtedy banki wydawały kartę z limitem. Ale Amerykanie, którzy są narodem lubiącym wydawać, kupowali na karty wszystko, a balans rósł. W przeciągu ostatnich kilku lat, banki wydające karty kredytowe zarobiły tak dużo, że nikt nie sprawdzał dokładnie historii kredytowej i ludzie dostawali karty z limitem na 25,000 USD lub więcej. Banki które wydaja owe karty, zatrudniają osoby po najlepszych uniwersytetach finansowych oraz prawniczych. Osoby te są odpowiedzialne za stworzenie kontraktu aby klient ani sąd nie mógł go podważyć. Banki maja prawo podnieść odsetki nawet wtedy kiedy osoba płaci za kartę, ale na przykład nie zapłaciła na czas za gaz. Jeżeli ktoś nie zapłacił na czas minimum, banki nakładają kary, a odsetki automatycznie wzrastają o kilka procent.
Amerykanie żyją na kredyt. Jest to naród, który uwielbia wydawać, nawet teraz i większość tych wydatków idzie na kartę kredytową. Przeciętny Amerykanin ma 10,000 USD długu na kartach kredytowych. I to jest tylko jedna cześć długu. Bo przecież muszą tez płacić za pożyczkę na dom lub wynajem, oraz pożyczki za szkolę oraz za samochód, no i mieć na życie. Pokolenie Amerykanów to pokolenie bankrutów.
Iran i Tybet

“Nie wtrącaj się do spraw, którymi cię nie obarczono”
Konfucjusz
“Rewolucja” w Iranie dobiega końca. Piszę to w cudzysłowie, ponieważ tym mianem zostały określone zamieszki w Teheranie po wyborach prezydenckich z 12 czerwca. Ale nie była to żadna rewolucja, ponieważ ci, którzy wyszli na ulice, nie protestowali przeciwko porządkowi prawnemu i przeciwko władzy, teokracji państwa Persów, lecz tylko przeciwko fałszerstwom wyborczym. To media zachodnie, a także organizacje praw człowieka chciałyby, widzieć w tym ruch, który może zmienić oblicze tego państwa. Chyba są to mrzonki.
Persowie, w tym także ludzie młodzi, którzy mają dostęp do informacji z poza sfery oficjalnej, nie mogą nie widzieć, co się dzieje tuż u granic ich państwa. Z jednej strony Irak, pełen wojsk amerykańskich, z drugiej Afganistan, pozostający w głębokim chaosie i coraz bardziej niestabilny Pakistan. Wszystkie te kraje pogrążone nie tylko w awanturze, ale również – pod groźbą terroryzmu. To widać, i do tego Iran nie dąży. A do tego jeszcze – trudno, aby irańskie rozruchy cieszyły się poparciem państw zachodnich. I trudno, aby organizacje praw człowieka zaprowadziły w tym 70-milionowym, ale wielokulturowym kraju, państwo otwartej demokracji.
Kiedy w zeszłym roku, kilkanaście tygodni przed rozpoczęciem pekińskich Igrzysk Olimpijskich wybuchły zamieszki w Tybecie, cały, tak zwany demokratyczny świat, zakrztusił się oburzeniem. Natomiast ja spokojnie przypatrywałem się, jak to się będzie dalej rozwijało. Jakie formy i jakie działania zostaną podjęte przez rządy krajów zachodnich, USA, Francji czy Niemiec w tej sprawie. Bojkot przywódców? Sankcje gospodarcze? Odwołania ambasadorów? Może bojkot firm – sponsorów Olimpiady? No i jak się to właściwie skończyło?
Ustawa o prywatyzacji mediów publicznych

Decyzje i plany polityczne można przeprowadzać elegancko albo mniej elegancko. Dla jednych liczy się styl, dla innych – skuteczność. Skuteczność w polityce jednak jest rzeczą najważniejszą.
Nie od dziś wiadomo, że Platforma Obywatelska i sam premier Donald Tusk do mediów publicznych, a w szczególności do TVP przywiązani nie są. Nie widzą, w przeciwieństwie do innych sił politycznych w mediach siły sprawczej polityki, lecz raczej zupełnie niepotrzebny twór, który dawno już przestał pełnić role służebne na rzecz społeczeństwa, lecz jest tworem bizantyjskim, żyjącym dla siebie i pokaźnego grona pasożytów, którzy żerują na nim – za pieniądze abonamentowe. Dlatego jestem przekonany, że długofalowym celem PO było doprowadzenie mediów do stanu zapaści finansowej (bo w zapaści organizacyjnej TVP jest już od dawna), a następnie do podzielenia śmierdzącej masy upadłościowej – i jej sprzedaży. I tu się z premierem zgadzam – tak, media w takiej postaci, jako proste przedłużenie z czasów PRL istnieć nie mogą. I proszę tylko bez dawno już przebrzmiałych, wyświechtanych tekstów o misji…
Pierwszym krokiem premiera było zamknięcie kurka z dopływem środków z abonamentu, czyli z narzuconej daniny społecznej, nad którą ani Skarb Państwa, ani sami obywatele od momentu wypłynięcia pieniędzy z naszych portfeli nie mieli wpływu. Dalej były dwie drogi – albo przejęcie pełnej kontroli przez państwo nad tymi mediami albo ich likwidacja – czyli przekształcenie struktur publicznych TVP i PR w spółki prawa handlowego.
Wybrano rozwiązanie drugie – doprowadzenie TVP i radia do sytuacji, kiedy ze względu na brak środków będą musiały zostać postawione w stan likwidacji. I dopiero na czystej bazie technicznej powinno się zbudować nową strukturę, dostosowaną do wymogów prawa – a przede wszystkim wymogów konkurencji.
Ustawa medialna powstała oczywiście nie z powodu tego, aby TVP i PR uzdrowić i nadać im nowe formy, przystające do potrzeb społecznych. Ona powstała tylko dlatego, że zapisy prawa Unii Europejskiej obligują rządy państw członkowskich do pomocy mediom publicznym. Jednak to, co zostało przegłosowane kilka tygodni temu, i co dziś było procedowane w Sejmie, czyli poprawki Senatu, wcale nie miały uzdrowić i stworzyć nowe formuły telewizji i radia publicznego, lecz je po prostu zabić. I to się w pełni udało.
Sejm dziś przyjął poprawkę Senatu o zniesieniu minimum środków budżetowych na rzecz mediów publicznych, co było ustalone na linii Platforma Obywatelska – SLD. Jest wiadome, że z powodów zapisów ustawy o KRRiT prezydent ustawy nie podpisze, tylko skorzysta z prawa veta. SLD, łącznie z PiS, “oszukane” przez PO doprowadzi do przyjęcia veta, na jesieni tego roku. W międzyczasie okaże się, że nie ma środków na prowadzenie działalności – poza środkami, które specjalnym rozporządzeniem, z rezerwy budżetowej nie wyasygnuje rząd. I wtedy Skarb Państwa zacznie wdrażać procedurę likwidacji (w między czasie skończy się kadencja KRRiT…).
Już rok temu pisałem, że reorganizacja mediów nastąpi nie poprzez ich przekształcenie i przesunięcia krzesełek w inne miejsca budynków, redakcji i gabinetów – lecz poprzez likwidację istniejących struktur i powołanie nowych spółek. Mam jednocześnie nadzieję, że to co się stanie, pozwoli przede wszystkim TVP na pozbycie wpływów na działalność tej instytucji raka związków zawodowych. To jest moloch, zatrudniający 4700 osób, mający „na pokładzie” 30 związków zawodowych, którym steruje biuro reklamy, za misję uchodzą programy, takiej jak “Gwiazdy tańczą na lodzie”, “gwiazdy” pokroju Kammela brały po 60, i więcej, tysięcy złotych za twarz. Substancja telewizji, jej zaplecze techniczne, jej twórcy zostaną utrzymane. I jej dziedzictwo kulturowe, które powinno zostać integralną i niepodzielną częścią nowej telewizji.
I mam nadzieję, że nowa telewizja PUBLICZNA zostanie oczyszczona z polityków. Choć w to nie wierzę. Oni zawsze znajdą drogę…
Azrael
Uwaga: Już dziś zapraszam na swój nowy blog! Przenosiny już wkrótce. Zapisz adres w swoich zasobach, wprowadź do czytników rss, zapisz adres w zakładkach!
Rewolucja twitterowa

Udział mediów w najważniejszych wydarzeniach globu jest już normą. Normą i koniecznością, jaką narzuca nam ich świat. Atak na WTC, trochę przypadkiem, był filmowany i przekazywany on line od uderzenia pierwszego samolotu. Kamery były też w środku, przekazując obraz, taki jak widzieli i przeżywali ci, którzy byli w obu wieżach WTC.
Wojna i przemoc są dobrym materiałem medialnym. Najlepszym, ponieważ tak zaskakującym, że scenarzyści filmowi mogą sobie tylko marzyć, że mogą zrealizować film, czy serial o takiej dramaturgii.
Inwazja amerykańska na Irak, w 2003, była pierwszą wojną telewizyjną, na taką skalę. Zdjęcia nie tylko z linii frontu, ale również z ostrzeliwanego Bagdadu, też były autentyczne. Nadawane przez telefony satelitarne i telewizję satelitarną nocne bombardowania, wybuchy, ogień obrony przeciwlotniczej, dawały złudzenie uczestnictwa w centrum wydarzeń. Symboliczne obalenie pomnika Saddam Husajna, pod okiem kamer, było kwintesencją tego przekazu.
Równolegle do kamer i mikrofonów mainstreamu błyskawicznie zaczął rosnąć kanał informacji niezależnej, internetowej. Konwergencja elektroniczna spowodował, że obok słowa pisanego w internecie, portali i blogów, olbrzymie znaczenie zaczął mieć obraz, nagrywany cyfrowymi aparatami, kamerami, wreszcie telefonami komórkowymi. Zdjęcia nocnych walk w Afganistanie i Iraku były wymowniejsze, niż najbardziej sugestywne i dramatyczne przekazy korespondentów wojennych. Do tego kanał internetowej informacji był, i jest, praktycznie poza kontrolą, co pozwala na wykorzystywanie go nie tylko do przekazywania informacji i obrazów, ale również do walki politycznej. Ostatnio wielką karierę zrobił system mikroblogowania, Twitter, w którym za pomocą 140 znaków można przekazywać informacje, ale nie tylko, ponieważ błyskawicznie obrasta on w narzędzie i aplikacje, pozwalające na zamieszczanie zdjęć i filmów.
Paradygmat kłamstwa polityka

„Człowiek obdarowany został mową po to, aby ukryć swoje myśli.”
Charles Maurice de Talleyrand
Moralność w polityce to temat trudny i do końca nigdy nie rozwiązany. Czy polityk powinien się posługiwać kłamstwem, czy tylko nie powinien mówić do końca prawdy? To temat – rzeka. Rzeka wartka i mocno zamulona.
Czy polityk może być moralny, czy w samej idei uprawiania polityki może być obecny pierwiastek moralności? Jest to temat z cyklu tych nie rozwiązywalnych.
Moralność, jako zestaw norm, wzorów, zasad i ideałów postępowania, które regulują stosunki polityka ze społeczeństwem – a w bardziej wąskim znaczeniu – z jego wyborcami – ma ścisłą korelację z wykonywanym zawodem. Zawodem polityka, którego celem głównym jest nie niesienie pomocy społeczeństwu – lecz walka o zdobycie władzy i jej utrzymanie – czyli tak naprawdę są to techniki i metody manipulacji. I mało jest tu miejsca na wartości moralne, na ideały, czy na prawdę. Orężem polityka (oprócz mediów…) jest kłamstwo. Bo czym innym, niż kłamstwo są obietnice wyborcze, czymże jest „program naprawy”, czy „uzdrowienia”, „odzyskania” i „rozszerzania” niż kłamstwem? No, spójrzmy prawdzie w oczy – czy polityk może być moralny?!
Jeden z nuworyszy politycznych, Marek Migalski, jeszcze do niedawna uchodzący za politologa, choć już od dawna był postrzegany raczej jako spin doctor partii, z ramienia której został europarlamentarzystą, stwierdził, że jako polityka zamienił paradygmat naukowca, czyli “prawda- fałsz”, na paradygmat polityczny, zderzający ze sobą kwantyfikatory dobra i zła. To dość pokrętne stwierdzenie, bo po pierwsze, dr Migalski, jeszcze kiedy “robił” za naukowca, posługiwał się głównie manipulacją i sofistyką, po drugie, polityk powinien, dla interesu społecznego, dla obrony którego go społeczeństwo powołało, kierować się dobrem, a nie złem. To jednak niewiele ma wspólnego z pojęciem prawdy…
Kłamstwo, jak wspomniałem na początku, jest wpisane w strukturę zawodu polityka. Nie można go więc poddać analizie moralnej, wolno jednak określić, czy kłamstwo możemy uznać za uprawnione i akceptowalne. Jeżeli założymy, że kłamstwo ma służyć dostarczaniu innym fałszywej informacji, lub zablokowaniu dostępu do prawdy, w interesie samego polityka i interesie społecznym – to można by uznać kłamstwo za akceptowalne i usprawiedliwione.
Ring wolny!

“Radio Maryja” to miejsce, gdzie wszelkie talenty mogą się rozwijać bez problemu i bez specjalnych przeszkód. Nie chodzi tu tylko o talenty medialne, czy umiejętności kontaktu ze słuchaczami, ale również o wzmacnianie i wydobywanie cech ukrytych.
Otóż sam szef radia, redemptorysta Tadeusz Rydzyk, ojciec całej rodziny radiowej, ma zdolności profetyczne. Kilka late temu na przykład głosił, wieszczył, że do Polski przyjedzie 500.000 Żydów z Brazylii i Argentyny, aby skolonizować naszą piękną Ojczyznę. Czekamy i wypatrujemy statków i samolotów z żydowsko-brazylijską diasporą. Teraz z równą pewnością zakłada, że Polskę zaleją Chińczycy, i zrobią z nas europejski Chinatown.
Inny ksiądz – przewodnik RM ma z kolej talenty finansowe. Ojciec Jan Król jest znakomitym finansistą i inwestorem giełdowym, tak umiejętnie obracał pieniędzmi ze zbiórki na Stocznię Gdańską, oraz świadectwami udziałowymi NFI, że można go śmiało przeciwstawić królowi Midasowi. Tamten dotykiem zmieniał wszystko w złoto, temu po pełnym trzosie złota ino pustka się ostała…Inna gwiazda, związania z Toruniem i rozgłośną, była rzecznik do spraw dzieci, Ewa Sowińska, perfekcyjnie potrafiła odkryć preferencje seksualne postaci z filmu “Teletubbies”…
Ale nie tylko duchowe zdolności radio rozwija; Oto ksiądz Piotr Andrukiewicz, który w rozgłośni toruńskiej jest odpowiedzialny za kontakty z młodzieżą, pokazał młodzieży, jak wyprowadza się ciosy proste, haki i sierpowe na polach pod Jasną Górą. Z okazji Ogólnopolskiej Pielgrzymki Młodzieży Radia Maryja, rozegrał pojedynek bokserski z Rafałem Maszkowskim, niezależnym specjalistą od Radia Maryja, Tadeusza Rydzyka, i całego koncernu medialno – szkoleniowego z Torunia.












